Końcówka wakacji przynosi piękny okres dla melomanów – sezon koncertów klubowych rozpoczyna się, zapraszając słuchaczy do siebie. Klub RE postanowił zbudować melancholijny muzyczny domek, który gości smutne dusze.
Dwóch artystów, którzy na pierwszy rzut oka mają ze sobą wiele wspólnego: subtelne melodie, sprowadzenie uwagi słuchaczy na tekst i szczerość, która bije od pierwszych sekund granej muzyki. Do zbudowania wspólnego domku zaproszono dwóch artystów z Krakowa: Najniższego Człowieka oraz NEAL.
O twórczości Tomka mieliśmy już okazję pisać (a nawet i rozmawiać i słuchać!) już wielokrotnie. Zaczarował nas totalnie swoją szczerością, umiejętnością otwierania się i opisywania tych emocji, które bywają trudne. Pierwsze koncertowe spotkanie było w formie akustycznej w Kiki Bar, gdzie zostałam zauroczona tą prostą formą, która robiła robotę. Byłam bardzo ciekawa, jak Najniższy Człowiek wypada na większej scenie, w towarzystwie zespołu.
Występ na scenie Re upewnił mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z bardzo dobrym artystą. Pomimo większej sali cały set był bardzo intymny i czuły. Koncert rozpoczął się premierowym zagraniem na żywo „Moim latem”, który utulił fanów jak promienie słońca w piękny dzień. Występ był obfity w materiał z debiutanckiego krążka „Wracam do siebie”. Przerwy między numerami wypełniało częste przypomnienie, aby dbać o swój dobrostan psychiczny.
Twórczość Najniższego Człowieka rozkwita na scenie. Wierci w naszych sercach, powodując wzruszenia i sprawiając, że chce się wracać do takich występów. Niektórzy mogą powiedzieć „po co chodzić tyle razy na jednego artystę, gdzie każdy koncert wygląda tak samo?”. Osobiście chodzę po tę dawkę emocji, która nie wybrzmiewa tak bardzo, jak przy słuchaniu płyty w domowym zaciszu. Jeżeli mamy farta to można być świadkiem otwierania się autora, co owocuje pięknym występem. Tutaj doświadczycie tego przy każdym wykonie na żywo.



Jeżeli znacie takie zespoły jak AcidSitter czy Neal Cassady to możecie poznać bardziej wrażliwą, akustyczną stronę wokalisty owych grup. Wydane w 2024 roku Sex Tapes to płyta bardzo surowa w brzmieniu, duszna i charakterna. Dużo nostalgii, tęsknoty ale i lekkiego pazura, który sugestywnie wodzi słuchacza do zanurzenia się w tym świecie.
Obecni na koncercie zostali zaskoczeni małym prezentem od muzyka w postaci… śpiewników. Zawierał on 20 utworów wybranych przez artystę, który na samym początku zachęcił wszystkich do korzystania z nich i wspólnego śpiewania. Szybko to zjednoczyło ludzi, którzy bardzo chętnie korzystali z zaproszenia, łącząc się w pary, aby dołączyć do zabawy.
Słuchając występu można było odnieść wrażenie, jakby muzyka prowadziła cały zespół w stronę godzinnej improwizacji niż zaplanowanego koncertu od jednego numeru, do kolejnego. Utwory takie jak „Meltdown on New Year’s Eve” czy „Dad’s Devil Advocate” nabierają całkowicie nowej głębi i mocniejszego brzmienia, które zmiecie słuchacza z planszy. Jeżeli spodziewaliście się spokojnego koncertu to nie tutaj: NEAL zaprasza do swojego świata: trochę chaotycznego, trochę nieokiełznanego ale z dużą dozą melancholii.
Oprócz numerów znanych z płyty debiut miało kilka nowych, jeszcze nie wydanych numerów, które zostały entuzjastycznie przyjęte przez obecnych. Wiele osób tańczyło, wspólnie śpiewało czy patrzyło zaintrygowane na to wszystko, co działo się na scenie.



Intrygujące jest jak różnorodnych artystów można było zobaczyć na scenie klubu. Pozwolę sobie porównać obu muzyków do wody. Występ Najniższego Człowieka był jak ogromne jezioro, oświetlone światłem księżyca w bezchmurną noc: spokojne, ukazujące się w całości obserwatorowi a po zanurzeniu płyniemy coraz głębiej, gdzie możemy odszukać uczucia głęboko schowane przed światem. NEAL natomiast jest porywającą falą, której słuchacz daje się ponieść w nieznane, rozmyślając nad swoim życiem w trakcie tej podróży.