SEA YOU widzi potęgę lokalności. [RELACJA]

2026-04-14 Łukasz Łukasik

Okazuje się, że na mapie polskich festiwali i showcaes’ów są miejsca w których radość z czerpania muzyki nie musi wcale być owiana wielkimi nazwiskami. Udowodniła to 5 edycja SEA YOU 3city Music Showcase, która nie tylko oczarowała poziomem organizacji i line-upem, ale dała poczucie, że w Gdańsku można poczuć się jak w domu.

To moja pierwsza styczność z tym festiwalem, która na długo zostanie w mojej pamięci. Choć sam uczestniczyłem jedynie w Biforze i piątkowym programie, to bardzo żałuje, że nie mogłem spędzić więcej czasu z trójmiejską sceną muzyczną. To co dało się odczuć od samego początku, to otwartość którą z chęcią odwzajemniało się wobec wydarzeń.

Bifor który odbywał się w Instytucie Kultury Miejskiej już 9 kwietnia otwarty był dla każdego chętnego. Dwa panele wokół ważnych jak na dzisiejsze czasy tematów – roli artystów i artystek w debacie publicznej oraz ewolucji bandów w brandy – były świetną okazją na wysłuchanie nie tylko branżowych historii, doświadczeń i opinii, ale także był to moment na poznanie samych panelistów nieco bliżej. Wieczór zamknął koncert formacji Klawo, która przybliżyła publiczności repertuar kultowego zespołu Kombi w nietuzinkowej, jazzowo-soulowej odsłonie. Cieszy fakt, że młodzi twórcy przestają traktować polską muzykę jako kicz, a wręcz przeciwnie – oddają jej hołd. Sala tego wieczoru była pełna i niech ten fakt nie dziwi. Młody zespół stanął na wysokości zadania poziomem muzycznych umiejętności.

W piątkowy wieczór festiwal przeniósł się do Teatru Szekspirowskiego, który stał się sercem muzycznych doświadczeń. Dla mnie stał się miejscem odkryć lokalnej sceny, której przyznam się szczerze – jako obecnie krakus – do tej pory nie śledziłem. Po tym wieczorze dużo się w tej materii zmieni.

Główną scenę otworzył zespół Loveworms, dzięki któremu ponownie wróciłem myślami do nastoletniej ery. Po pierwszych brzmieniach w mojej głowie pojawiła się estetyka czasów Avrile Lavigne po Fontaines D.C. Okazuje się, że punk jest wiecznie żywy i niech odradza się w takich właśnie projektach.

Pierwszym koncertem na jakim byłem na drugiej scenie – Scenie Magazyn – był koncert Bazgrołków. Okazał się on idealnym przedłużeniem energii z głównej sceny. Noise i shoegaze oprawiony stroboskopowymi, pełnymi agresywnych i jaskrawych kolorów wizualizacjami mógł pobudzić w niejednym słuchaczu niepokój i wydobyć buntownicza złość. Ale nie uznaje tego za ujmę, wręcz przeciwnie. Czuć w młodej scenie poszukiwania piękna w brudzie. Nie dziwi ten fakt w dzisiejszym świecie pełnym niezgody i niepokoju.

Fani lżejszych brzmień także mogli odnaleźć coś dla siebie. W tym tkwi cała magia showcaesów. W połowie wieczoru główna scena wypełniła się Yass’em za sprawą projektu Tymon Tymański Yasstet z autorskimi reinterpretacjami muzyki Theloniousa Monka. Mała scena zaś wybrzmiała synth-popowymi kompozycjami projektu L.A.S., które były miłą odmianą poprzednich propozycji wywołującymi niewymuszony lekki uśmiech na twarzach słuchaczy.

Jako człowiek jednocześnie otwarty na nowe propozycje muzyczne, ale w zapętleniu słuchający na co dzień jednak wąskiego zakresu gatunków do których rap się nie zalicza, przyjemnym odkryciem było to, jak dobrze można bawić się na rapowym projekcie Budka Surfera by UNDA. To wybuchowy miks osobowości i brzmień. Członkowie świetnie czują scenę i publiczność. Gratuluje, w jaki sposób można łączyć gatunki i przekazywać energię bez miałkich trendów mainstreamu i kultury wizerunkowości.
 
Jednak to co najdłużej zostanie w mojej pamięci to koncert zamknięcia piątkowego wieczoru. Po długiej przerwie na scenę powróciło SPOIWO. Myśl która mi towarzyszy pisząc ten artykuł to taka, że powroty których się obawiamy, mogą być tymi najpiękniejszymi. To właśnie dzięki temu zespołowi. Dla nich był to powrót, dla mnie piękne odkrycie. To tutaj chłopaki zamykali swoją trasę koncertową, a ja otworzyłem się nie tylko na nowe ale i na ludzi. W muzyce tego projektu odnajduje coś więcej niż tylko post-rockowe produkcje na wysokim poziomie. To jest już miejsce, w którym elementy czysto muzyczne odchodzą na dalszy plan. Tu pierwszą rolę gra estetyka i połączenie sceniczności i gry świateł, która w pozytywnie patetyczny sposób przenosi w świat nostalgii i refleksji, pewnej podróży w głąb siebie. Polecam ją przeżyć każdemu.

Mógłbym jeszcze wiele opisać jeśli chodzi o warstwę programową. Chciałbym jednak poruszyć aspekt, który sprawił, że nie mogę doczekać się już ponownej wizyty w Trójmieście. Mam poczucie, że ogromną siłą tego showcaes’u jest lokalność i otwartość publiczności, organizatorów i artystów na każdego. Cieszy także fakt, że miejsca w których odbywał się festiwal były przystosowane dla osób niepełnosprawnych, a panele były tłumaczone także na język migowy – bardzo to doceniamy! Czułem się tu jak wśród starych dobrych znajomych, mimo iż osobiście nie znałem nikogo. Mam nadzieje, że kolejne edycje będą równie dobrze dbały o lokalsów, bo jak nigdy potrzebujemy dbać o takie społeczne struktury i dawać im przestrzeń na to, aby nie zostały pożarte przez globalną generyczność.