Sala koncertowa krakowskiego Klubu RE pokryła się gęstym dymem, wprowadzając tajemniczą aurę do całej sali. Ekipa zza oceanu wjeżdża z buta na scenę, rozbijając ów dym ostrym jak brzytwa gitarowym graniem.
Tutaj zasadzę pewne ziarno niepewności w odniesieniu do linijki wyżej: czy na pewno tak było? Dla osób znających twórczość DEAFDEAFDEAF odpowiedź wydaje się prosta, lecz dla nowych słuchaczy pytanie może być delikatnie kłopotliwe. Skupiając się na obcowaniu z zespołem na streamingach, można odnieść wrażenie, że pierwsze skrzypce grają utwory spokojniejsze, które mogą nastawić nas na stonowany w energii koncert. Na szczęście chłopaki z Manchesteru udowodnili wszystkim zebranym, jak poruszyć scenę i ludzi zgromadzonych wokół niej.

Od pierwszych gitarowych riffów witani jesteśmy niespotykaną energią muzyczną, która zaprasza słuchaczy do tańca i zabawy. Mocnym kontrastem do intensywnej pracy instrumentalistów na scenie jest wokalista, który swoim wokalem zdaje się tańczyć w parze z klimatycznym dymem, zapraszając go do emocjonalnego walca, przełamywanego ostrym pogo co kilka utworów. Skupiając uwagę na frontmanie stojącym przy mikrofonie, możemy zauważyć styl śpiewania z pewną senną manierą w głosie. Ruch sceniczny ograniczony do absolutnego minimum pozwala muzyce wyjść na pierwszy plan i przemawiać najgłośniej.


DEAFDEAFDEAF potrafili wrzucić do pieca, grając najbardziej intensywne utwory na koniec i wyciskając z wieczora jak najwięcej. „Nothingness” rzucił fanów w konkretne pogo, gdzie można było poczuć ciężkie melodie całym ciałem. Wychodząc z klubu, byłam przekonana, że doświadczyłam koncertu kompletnego – pełnego emocji, energii i pozwalającego muzyce mówić w pełni własnym głosem.
