KAKO NA OFFie

2026-06-26 kakofonia

Kakofoniczne TOP 5 (łącznie 10) OFF Festival 2026

Wystartowało lato, przed nami słoneczne miesiące, a nic tak nie pasuje do wakacyjnej oprawy jak muzyczne festiwale. Jednym z tych najbardziej wyczekiwanych jest OFF Festival, który ponownie w Katowicach gościć będzie światową i krajową reprezetacje muzyki niezależnej. Dwójka z naszych kakofonicznych osobowości redaktorskich przygotowała sybiektywne zestawienie 5 najciekawszych zjawisk tegorocznej edycji OFF Festival.

Wybory redaktora Michała Saguckiego

Chalk

Pochodzące z Belfastu trio udowadnia, że post-punk i klubową elektronikę dzieli naprawdę mały strumyk, który można przeskoczyć. To właśnie robi Chalk tworząc hipnotyczne, surowe kompozycje pełne industrialnych brzmień, gitarowych ścian i pulsujących syntezatorów. O debiutanckiej płycie Chalk – Crystalpunk pisaliśmy już na Kakofonia.art i odsyłamy do pełnej recenzji. 

Nu Genea

Muzyka tego duetu z Neapolu towarzyszy mi już od poprzedniej LP, “Bar Mediterraneo”. Jest to mieszanka stylów, która bardzo trafia w moje serduszko. Nu Genea odświeża brzmienie disco, funku i afrobeatów, czerpiąc inspiracje z muzyki śródziemnomorskiej oraz włoskiej kultury lat 70. i 80. To połączenie tanecznego groove z analogowym ciepłem i słoneczną atmosferą. Życzę sobię pięknej pogody na koncert Nu Genea bo dla mnie to istota letniej imprezy.

Joshua Idehen

I know you’re hurting, everyone is hurting, everyone is trying, you have got to try to tegoroczne wydawnictwo, które już zdążyło się wielokrotnie zapętlić na głośnikach. Joshua to poeta, wokalista i performer, który z niezwykłą swobodą porusza się między światami jazzu, elektroniki i muzyki klubowej, a słowo jest jego głównym narzędziem ekspresji, pełnym rytmu, refleksji i społecznego komentarza. 

Getdown Services

Duet z Wielkiej Brytanii serwujący przewrotną mieszankę dance-punku, synth-popu i satyry. Getdown Services z humorem opowiadają o codzienności, brytyjskiej prowincji i absurdach współczesnego życia. Już czuję w stawach te skoki na “Dog Dribble”, będzie ogień.

W.I.T.C.H.

Legenda afrykańskiego rocka i pionierzy nurtu Zamrock, który narodził się w Zambii na początku lat 70. W.I.T.C.H. łączą psychodelię, garażowego rocka, funk i lokalne afrykańskie rytmy, tworząc brzmienie, które po dekadach przeżywa światowy renesans. Ich powrót na scenę stał się jednym z najbardziej inspirujących muzycznych comebacków ostatnich lat. Jako miłośnik afrobeatu, w którym odnajduje potężne pokłady inspiracji, nie mogę się doczekać tego koncertu. 

Selekcja redaktora Witka Bartuli

Sunny Day Real Estate

Niemal co roku w line-upie OFF Festivalu pojawia się zespół, który można nazwać legendą. Czasem większą, czasem nieco bardziej niszową, ale zawsze z wyjątkowym dorobkiem. W tym roku takich wykonawców jest więcej niż jeden, jednak to właśnie Sunny Day Real Estate najbardziej zasługuje na to miano. Jedna z ikon sceny Seattle lat 90., kojarzona przede wszystkim z post-hardcore’em i będąca jednym z najważniejszych zespołów w historii emo, choć siłą rzeczy wpisująca się również w grunge’owy krajobraz tamtej dekady. Grupa od czasu do czasu powraca – z nową muzyką lub koncertami – pozostając żywym symbolem brzmienia lat 90. Nic więc dziwnego, że zajmuje tak eksponowane miejsce w programie OFF Festivalu, nawet jeśli oficjalnym headlinerem pozostaje Amyl and the Sniffers. 

Earl Sweatshirt

Od czasu wydania „Some Rap Songs” status Earla Sweatshirta zmienił się diametralnie. Dawny reprezentant Odd Future, kojarzony z alternatywną odsłoną rapu dla młodszej publiczności, wyrósł na jednego z najważniejszych artystów współczesnego undergroundowego hip-hopu. Jego melorecytacyjne flow oraz abstrakcyjne, celowo surowe i poszarpane bity wyraźnie odbiegają od tego, co dominuje w mainstreamie. Earl należy też do grona raperów, którzy na nowo interpretują estetykę oldschoolu, nadając jej świeże, autorskie brzmienie — obok takich twórców jak MIKE. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to właśnie on najpełniej definiuje ten nurt. 

Arthur Verocai

W latach 70. Arthur Verocai wydał swój znakomity, imienny album, który przeszedł wówczas niemal bez echa. Rozczarowany jego komercyjną porażką wycofał się z działalności muzycznej. Dopiero po dwóch dekadach krążek zyskał status kultowego i stał się prawdziwą kopalnią sampli dla producentów hip-hopowych. Każdy, kto dobrze zna klasyczny rap, bez trudu rozpozna na nim melodie wykorzystane później w wielu kultowych utworach. Renesans zainteresowania twórczością Verocaia sprawił, że artysta powrócił do komponowania i od 2002 roku wydał jeszcze kilka albumów. Tym bardziej cieszy, że na OFF Festivalu wystąpi w towarzystwie AUKSO Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy. Wszystko wskazuje na to, że będzie to jedno z najbardziej wyjątkowych wydarzeń tegorocznej edycji.

Einstürzende Neubauten

Kolejna legenda, której obecność na OFF Festivalu była wyczekiwana od lat. Działający nieprzerwanie od 1980 roku Einstürzende Neubauten od samego początku wyróżniali się w podejściu do tworzenia muzyki. Instrumenty budowane przez samych muzyków w połączeniu z industrialnym charakterem brzmienia dają wyjątkowy, często wręcz performatywny efekt wizualny podczas koncertów. Muzyka industrialna ma dziś wiele odsłon — od mainstreamowego oblicza kojarzonego z Marilynem Mansonem, przez stadionowy rozmach Rammstein, po alternatywną estetykę Nine Inch Nails. Jednak to właśnie Einstürzende Neubauten pozostają jednymi z najważniejszych pionierów gatunku i zespołem, bez którego trudno wyobrazić sobie jego historię. Jeśli nie trafili na szczyt tego zestawienia, to tylko dlatego, że w przeciwieństwie do kilku innych wykonawców stosunkowo regularnie koncertują w Polsce.

The Flaming Lips

Ci, którzy pamiętają rok 2011, wiedzą, z jakimi cudownymi wariatami mamy do czynienia. The Flaming Lips nigdy nie byli w Polsce szczególnie popularni, ale mają grono wiernych fanów, którzy śledzą każdy ich ruch — a jest co śledzić, bo Wayne Coyne i spółka to wyjątkowo nieprzewidywalny zespół. Na OFF Festivalu zagrają swój drugi najpopularniejszy album, Yoshimi Battles the Pink Robots, który jest esencją popu wczesnych lat dwutysięcznych. Nie chodzi tu tylko o chwytliwe melodie i słodko-gorzkie teksty, ale też o brzmienie i produkcję, która daje wrażenie, jakby cały album był zrobiony z gumy — trudno to inaczej opisać. I choć sam jestem fanem albumów bardziej psychodelicznych jak The Terror czy Embryonic, to i tak będę płakać rzewnymi łzami.