Hardcorowa rozróba w Garage Pub [RELACJA]

2026-10-24 • Natalia Drymlak

Miniony piątek (16.10.2026) stanął pod znakiem niekontrolowanej zabawy przy ciężkich brzmieniach zafundowanych przez cztery kapele. Zapraszam Was na relację z Kraków Hardcore Show 2026.

Ten wpis prawdopodobnie stanie się moim listem miłosnym do koncertów tego typu. Już od jakiegoś czasu chętnie odkrywam tę odnogę muzyki punkowej, skupionej na surowym, agresywnym brzmieniu i szczerym do bólu przekazie. Dla mnie ten gatunek pokazuje całe swoje piękno w występach na żywo, gdzie muzyka niesie artystów i rezonuje z publiką. Nigdy nie wiesz, co będzie się działo obok Ciebie w tłumie ale jedno jest zawsze pewne – spotkasz otwartych ludzi, którzy swoje codzienne problemy i maski odrzucają na bok i wpadają w szał odczuwania każdej nuty na swój indywidualny sposób. Jedni będą wrzeszczeć tekst utworu, drudzy machać głową w rytm a jeszcze inni zużywać swoje pokłady siły w intensywnym pogo. Za co lubię te koncerty? Czy warto kiedyś się wybrać na event takiego gatunku muzyki? Swoje przemyślenia zostawiam na sam koniec.

Krakowski Garage Pub chętnie zaprasza artystów z tego gatunku do organizowania lokalnych eventów. Zaraz obok Warsztatu chętnie goszczą muzyków lubujących się w cięższych brzmieniach. Lokal usytułowany w centrum miasta przyciągnął wiele fanów gotowych na poznanie zaproszonych artystów.

Klasyczne uderzenie Blow for Blow

Grupa tworząca w klasycznym stylu przybyła z Pomorza, aby zaprezentować swoją twórczość. Prezentując swój artystyczny dorobek rozgrzali obecnych w pubie, wkraczając pewnie na scenę. Zespół rozpoczął wieczór bardzo energicznie i z konkretnym powerem, zachęcając ludzi do headbangingu. Klasyczna odmiana hardcore jaką zaprezentowali połączyła słuchaczy z różnych grup wiekowych, pokazując genezę gatunku.

Ostatnia Próba: na poważnie i z przymrużeniem oka

Na scenę kolejna wkroczyła grupa przyjaciół, którzy grają ze sobą od wielu lat i postanowili założyć zespół. Chemia pomiędzy członkami zespołu jest bardzo wyczuwalna już od pierwszych zagranych nut – widać, że mają sporo satysfakcji z tworzonej muzyki, co bardzo cieszy. Zespół skupił się na utworach z ostatniej płyty zatytułowanej „Po drugiej stronie”. Zafundowali dawkę energetycznego, bardziej skocznego grania, gdzie utwory o często trudniejszej tematyce bywały przełamywane… żartami. Dowcipy serwowane ze sceny dały klimat takiej swojskości – jakbyśmy oglądali własnych znajomych na scenie. Zdecydowanie rozkręcili imprezę, gdzie wiele osób ruszyło do skakania po Garage Pubie.

DeadDue robi koło i zaprasza gości na scenę.

Chłopaki z Warszawy pokazują swoją moc na scenie, fundując wycisk słuchaczom już od pierwszych sekund występu. Grupa zaprezentowała materiały z dwóch wydanych płyt, gdzie łączą klasyczny hardcore z elementami nowoczesnego numetalu: „Straight Message” i „Cycle Of Violence”. Było trochę wspólnego krzyczenia, wiele kółek w tłumie oraz goście: na scenę wkroczył wokalista Road Tomorrow (o nich zaraz opowiem) i gościnnie wpadł frontman krakowskiej grupy My Own Abyss. Miło obserwowało się gościnne występy, które upewniały, że można przyjaźnić się na rynku muzycznym i wspólnie tworzyć niezapomniane wieczory dla miłośników dobrych emocji koncertowych.

Świeża krew Road Tomorrow

Ostatnią grupą, jaką miałam przyjemność zobaczyć tego wieczoru było Road Tomorrow z Warszawy. Poznałam ich muzykę w ciemno i bardzo cieszę się, że to zrobiłam: to moja koncertowa miłość od pierwszego wejrzenia! Ekipa ma wszystko to, co kocham w występach na żywo: niesamowita energia przez cały występ, chwytliwe numery, zachęcające do zabawy i umiejętność porwania tłumu od pierwszego numeru. W klubie nie było ani jednej osoby, która nie została porwana do zabawy przy żywiołowym „Bow Down”. Zdecydowanie to był występ, który zachęcił do ludzi do wspólnej zabawy: tworzyły się spore grupki wspólnie skaczącej publiki i można było zauważyć pozytywne interakcje między uczestnikami. Mam nadzieję, że będzie okazja zobaczyć chłopaków w najbliższym czasie – odczuwam spory niedosyt.

Czy warto było?

Oprócz świetnej muzyki, którą zaprezentowały zaproszone zespoły, obecne osoby otrzymały to, co bardzo kocham w koncertach tego gatunku: poczucie wspólnoty. Chodząc od lat na koncerty różnego gatunku nigdzie nie odnalazłam tak świetnej społeczności, jaka zbiera się wokół koncertów hardcore czy punkowych. Wszyscy spędzają czas wspólnie rozmawiając pomiędzy występami, wspólnie bawią się, zwracając uwagę na bezpieczeństwo drugiej osoby (złota zasada: if someone falls – pick them up!). Tworzy się piękna przestrzeń do bycia sobą i tworzenia koncertowej rodziny, do której bardzo chce się wracać. Zachęcam Was kiedyś do wybrania się na ten tani wieczór w małym klubie, gdzie płacisz śmieszne pieniądze za 3-4 zespoły, których często nie znasz ale chcesz zobaczyć coś autentycznego. Ową autentyczność znajdziesz w tym miejscu: na scenie i wśród ludzi, którzy będą Cię otaczać tego wieczoru.