Noren – wokalista i producent pochodzący z Krakowa. Jego twórczość skrywa tajemnicę, wprowadza melancholię, a jednocześnie rozświetla promiennymi dźwiękami inspirowanymi reggaetonem. Utwory budzą tęsknotę za szumem fal morza oraz snują wyobrażenie o mistycznych syrenach. To też spotkanie w dusznym klubie, w którym możesz ukoić swoje emocje i je wytańczyć.
Rozmowa o krajobrazach wyobraźni, które towarzyszyły powstawaniu EP-ki starlike, o surowości dźwięków, mroku i estetyce siren core. To także refleksja nad presją sukcesu, widzialności i pieniędzy w świecie muzyki oraz nad potrzebą wewnętrznej walidacji.

fot. Olga Neugebauer
Czym chciałbyś się dzisiaj z nami podzielić?
Najbardziej chce się podzielić krajobrazem i klimatem, który wytworzył się w mojej głowie podczas pisania najnowszej EPki starlike. Wszystkie te numery, to było coś co tkwiło w mojej głowie od dawna. Wyobrażałem sobie siebie, że jestem na południu Europy, nad brzegiem morza. Jest jesienna pogoda – to nie jest to morze z letnich zdjęć, ale to listopadowe. Zbliża się wieczór, a za mną jest rozświetlone miasto i w tym krajobrazie poczułem komfort. Chce być mentalnie w takich miejscach.
Kojarzy ci się ten krajobraz z poczuciem bezpieczeństwa?
Kojarzy, ale nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Bardziej kojarzy mi się z jakąś historią, w której chciałbym żyć. To pewne wyobrażenie o tym, jak to jest być małym artystą, o tym, gdzie to wszystko zmierza i gdzie jestem obecnie. Chce sobie pomóc trochę w tym świecie. Świecie kapitalizmu, gdzie ciężko robić muzę, żeby móc zarobić z niej pieniądze, żeby być dostrzeżonym. Przenoszę się więc do swojego świata fantazji i piszę swoją historię. O chłopcu, który po prostu robi muzyczkę jako mały artysta i jest zagubiony pośród miast, pośród codzienności. To rzeczy, które się dzieją w moich piosenkach. Tworząc towarzyszą mi często też zapachy lub wyobrażenia o nich. Zapachy minerałów, soli, pieprzu i metalu. To mnie mega inspiruje.
Dlaczego akurat te minerały? Z czym się to kojarzy?
Z perfumami, które znalazłem w niszowej perfumerii. Było tam mnóstwo nieoczywistych, dziwnych zapachów. Mokrej ziemi, ziemistych warzyw. Pani pokazała mi taki, który łączył te wszystkie mineralne zapachy. One mocno zarysowały mi obraz nadmorskiej świątyni w głowie.
To dosyć surowy zestaw zapachów.
Ta surowość gdzieś we mnie jest. Ta mineralność. Także industrialne dźwięki to coś co we mnie rezonuje. Surowe, metaliczne dźwięki, które fajnie jest wtrącać do produkcji i stanowią fajny kontrast. Świat muzyki jest pełen kontrastów. Lubię gdy w muzyce pojawia element mroczności. Nie zawsze jest to taka standardowo popkulturowa mroczność.
Tutaj ta surowość bywa przeciwstawieniem, jest też trochę manifestem na tą popkulturową mroczność…?
Totalnie tak. Ja lubię też tą popkulturową mroczność. Fajnie jest ją odkrywać na nowe sposoby. Nowe sposoby na okazywanie tych samych emocji czy klimatu. Często się słyszy, że już wiele osób robi mroczne piosenki, że jest tego za dużo. Że może teraz wesołe? Wielu eksperymentalnych artystów “przełamuje” ten mrok i znajduje do niego kontrasty.
Skojarzyło mi się to przeciwstawienie w muzyce z Bambi Thug i jej piosenką z Eurowizji Doomsday Blue.
Dobre skojarzenie. Miałem ją na swojej playliście, zanim stała się popularna przez Eurowizję. Byłem z tego dumny w pewien sposób. (śmiech)
Jak taka muzyka trafia na Twoje playlisty?
To jest w sumie ciekawe, bo ja nie słucham muzyki jeszcze tak uważnie, jak bym chciał. Słucham bardziej piosenkami niż artystami. Jeżeli odkryję jakiegoś artystę i ma piosenkę która mnie zainteresuje, to później korzystam z algorytmów, żeby znaleźć piosenki w podobnym klimacie. Ważniejsze znaczenie ma dla mnie “produkt”, utwór, jego język, piosenka, niż sam artysta.
Ja mam bardzo podobnie!
To ciekawe, bo mam wrażenie, że mało osób tak słucha. Ja najbardziej zapamiętuję melodię. Jak odkryję, że są pewne piosenki w których zaczynam słyszeć podobne melodie, to robię „oho”, stoi za tymi brzmieniami jeden człowiek i dopiero wtedy zaczynam interesować się samym artystą.
Czujesz, że jest coś w tym złego?
Może czuję. Często słyszę opinie, że powinno się słuchać albumami i artystami.
Z drugiej strony masz tak, że obecnie jest tyle różnych dróg na myślenie, postrzeganie świata. Także z jednej strony otwartość i tolerancja – z drugiej strony nawet w takich prostych rzeczach odnajdujemy naszą wewnętrzną niezgodę, na to że ktoś może robić i myśleć inaczej niż to jest w nas i niż to jest kulturowo „nakazane”.
Otwartość ma zawsze jakieś granice. Ostatnio się z tym gryzę. Myślę sobie: jak rzeczywiście duża jest otwartość w muzyce wśród osób, które znam? Często będąc w miejscach gdzie mogę wymienić się muzycznymi gustami, zauważam ukierunkowanie na konkretne rodzaje muzyki. Przykładowo: DJ’e mający sporą wiedzę z zakresu muzyki elektronicznej często koncentrują się na wybranych krajach, pomijając Kraje Globalnego Południa. Mimo, że rodzajów muzyki elektronicznej jest mnóstwo, to na przykład reggaeton bywa pomijany, mimo, że znacząco wpłynął na muzykę elektroniczną. Jak zacząłem się uczyć DJ-ki to odkryłem, że najbardziej podobają mi się gatunki wokół latino i afrobeat. Kiedy gram reggaeton jako DJ, ludzie tego nie znają aż tak bardzo. Nawet bardziej znani DJ’e na lokalnej scenie, z którymi miałem okazję o tym rozmawiać nie podzielali mojego zdania.
Czy to jest coś w tym, że jest taka cicha niezgoda społeczna w środowisku na pewne gatunki? Jak słuchanie disco polo trochę, tylko w innej skali?
Być może. Sam reggaeton został trochę spłaszczony przez popularność takich utworów jak np. Despacito. Oczywiście w różnych gatunkach są różne piosenki. Także te bardziej mainstreamowe. Podziwiam zawsze ludzi, którzy są zajarani wewnętrznie na różnorodność rzeczy i się jej nie wstydzą. Dzięki temu ja też coraz mniej się wstydzę.
Czy z drugiej strony nie wynika to z tego, że jako ludzie mamy ograniczony zasób na wiedzę i nie da się przyswoić potężnej biblioteki gatunków? Nasze gusta muzyczne też się w pewnym momencie zakorzeniają i osadzają w nas. Jest trochę ciężko wyjść ze swojej strefy komfortu.
Nadal mnie to gryzie, że będąc osobą, która siedzi w świecie artystycznym, zajmuje się tym, powinno się znać podstawy. Nie trzeba uwielbiać tych gatunków, ale warto przynajmniej rozumieć, skąd pochodzą i jak wpływają na współczesną scenę.
Może to chodzi o inny język? I to nie ten język mówiony, a język jako pewien kod gatunku muzycznego? Każdy gatunek myślę w inny sposób będzie wyrażał nasze potrzeby i emocje.
Nie pomyślałem o tym. Hip-hop jednak przekazuje inne emocje, house przekaże inne emocje, pop przekaże inne, reggaeton inne. Nie ma możliwości operować wszystkimi. Zawsze też pewna część każdego gatunku dostanie się w końcu do mainstreamu. Wtedy części osób dany gatunek może zacząć kojarzyć się „płasko”. Tylko z tym co w mainstreamie usłyszeli.
A jaki jest język twojej muzyki? Co chcesz opowiedzieć swoją muzyką?
To jest bardzo szerokie pytanie, ale pomyślmy. Bardzo duża część nawiązuje do konkretnego okresu w moim życiu. Mój sposób pisania jest bardzo storytellingowy. Każda piosenka, którą robię nawiązuje trochę do tego jaki mam krajobraz w wyobraźni, inspiracje z przeszłości. Te przeżycia łącze z tymi obecnymi. Cała EPka to trochę pożegnanie z uczuciami, których chciałbym się pozbyć. Z uczuciami nastoletniego marzenia o zostaniu wielką gwiazdą. To było coś co ze mną dorastało i bardzo długo było wypierane, aż do teraz. To pragnienie o byciu widocznym, rozpoznawalnym. Poczułem że ta droga zaczyna być zgubna. Przez cały czas tworzenia ostatnich utworów starałem się pożegnać z tym uczuciem. Starałem się odkryć w sobie czy to faktycznie jest coś, czego potrzebuję.
Czujesz że świat ci mówi, że póki ktoś cię nie zauważy, póki nie robisz pieniędzy z tego porządnych, nie robisz tego codziennie, to że może że nie jesteś artystą godnym posłuchania?
Tak. Choć dociera do mnie że nie ma się co dziwić. Nasze pokolenie było budowane na takiej zasadzie, że dopiero jak coś osiągniesz, to możesz coś robić, możesz się pochwalić. Wtedy możesz też odpocząć, bo tak to musisz pracować, pracować i pracować. Dla mnie EPka to była trochę terapeutyczna sesja. Kiedyś powtarzałem sobie, że póki nie będę zarabiać pieniędzy z muzyki, to w sumie muszę mega dużo pracować bez przerwy. No bo – muszę mieć pracę i potem jeszcze robić muzykę po pracy. Na odpoczynek nie ma czasu. Abstrahując to poznaje ostatnio trochę osób ze środowiska artystycznego, którzy mają już jakiś dorobek i często są mega zdziwieni, że ja mam w ogóle takie marzenie. Te osoby nie mają w ogóle fanu z tego, że osiągnęły pewien sukces.
Jednak się okazuje, że jak dotkniesz tego to tam wcale nie jest tak przyjemnie?
Tak. Dla mnie to nie było przekonujące przez bardzo długi czas. Nadal myślę, że bardzo cenna jest wolność robienia tego co lubisz. Ale ten świat sukcesu to wcale nie musi być część mojej historii. Często jest tak, że marzymy o spełnieniu konkretnego scenariusza, który mamy w głowie. I to nie jest tak, że musimy pozbyć tych pragnień. Możemy zauważyć, że da się je spełnić w zupełnie inny sposób.
Teraz jest dużo mniej zazdrości we mnie, a bywam bardzo zazdrosny. To było coś, co chciałem, żeby we mnie umarło. Po wydaniu starlike chciałem pozbyć się chęci zabrania różnych rzeczy innym osobom. Fajnie jest doceniać to, co się ma i fajnie jest doceniać, że ktoś inny ma coś fajnego – bez chęci zawłaszczania tego dla siebie.
Trochę dziś przerzucam odpowiedzialność na świat, ale mam poczucie że po części nas tak programuje. Na bycie zazdrosnym.
Szczególnie ten artystyczny. Muzyka idzie tam, gdzie są pieniądze i tam, gdzie jest taki influence społeczny. To jest magnes który wszystko ściąga i przez to ludzie myślą, że tam jest ta wartość. Nie ma co dziwić, większość moich znajomych, czy zwykłych słuchaczy którzy nie są super wkręceni w muzę, będzie słuchać osób, które mają po 100 tysięcy wyświetleń. Z drugiej strony – słuchanie popularnej muzyki sprawia, że możesz lepiej poznać swoich znajomych i przekrój tego co się dzieje w społeczeństwie. Możecie chociażby śpiewać piosenki razem na karaoke czy domówkach(…).
W twoim wizerunku dominuje mocno siren core. Co wpłynęło na to?
Na pewno dużo trendów z Tik-Toka które mnie zainspirowały. Samo morze jest też dla mnie bardzo ważne. Uwielbiam pływać i myślę o wodzie cały czas. To “bycie syreną” rezonuje ze mną. Szkoda mi, że nigdy nie będę mógł być prawdziwą syreną, mieszkać pod wodą. Chociaż mówienie tego na głos wydaje się trochę dziecinne.
Dziecinne, ale to część twojej historii. Pamiętasz pierwszy swój moment w życiu gdy zobaczyłeś morze?
Pamiętam, że byłem z rodziną na wakacjach w Grecji. Jechaliśmy autobusem i w pewnym momencie na horyzoncie wyłoniła się w słońcu tafla niekończącej się wody. Gdy popatrzyłem na to, byłem tak podekscytowany. Nie wiem, czy pamiętasz swoje uczucie podekscytowania z dzieciństwa, dla mnie to są silne wspomnienia. Pamiętam jak duża była wtedy moja wyobraźnia. Wyobrażałem sobie to morze wzdłuż i wszerz, że ono jest takie szerokie, takie wielkie, ale jednocześnie też takie głębokie… W ogóle będąc dzieckiem od razu myślisz o tych wszystkich aspektach i to jest bardzo naturalne. Potrafi cię zafascynować samo słowo głębokość. To takie otwarte wrota do jakiejś pięknej historii widziane w prostych rzeczach. Wracając do siren core. Wyobrażenie syreny w mojej głowie jest o takiej groźnej postaci mitycznej, która jest jednocześnie piękna. Bycie ładnym, bycie estetycznym łączy się z mrokiem. Syreny są piękne, więc są przeciągające jak gwiazdy. Syrena jest kimś czarującym, wpływowym.
Ale też fałszywa w swojej mitologii.
Tak. Mimo iż bywają piękne, mogą cię oszukać i wykorzystać swoją wpływowość. To jest takie double sided, jesteś piękny, ale jednocześnie możesz mieć shady zamiary. Lubię uchwytywanie takich dysonansów. Mam piosenkę, którą lubię – z KRISPIm. Nazywa siren feast. Pisząc tekst, wyobrażałem sobie, że idę do takiego nadmorskiego pałacu w którym jest bankiet. Takie nieuchwytne miejsce bogatych ludzi, które wydawało mi się ekscytujące. W tej piosence, w tym pałacu siedzą piękne syreny. W pewnym momencie wychodzą z nich demony, a postaci zaczynają tańczyć w obłędzie. Widząc to, zdaję sobie sprawę, że nie jestem w przyjaznym miejscu, tylko w miejscu, gdzie może mi się stać krzywda.
Grasz też w zespole genetic mess. Jak w ogóle doszło do powstania tej formacji?
Genetic mess powstało tak, że poznałem Szymona Trzebeleckiego przez Internet, widząc jego teledysk z ówczesnym zespołem. Okazało się, że znałem wcześniej dziewczynę Szymona i w ten sposób spotkaliśmy się i zaczęliśmy pierwsze granie. Z początku to były klimaty bardziej rockowe. Później, gdy minęła pandemia, trafiliśmy do Outpost, gdzie zaczęliśmy mocniej eksperymentować z gatunkami.
Szymon stał się moim najbliższym przyjacielem. Bardzo się dobrze rozumiemy. On jest bardzo wrażliwy, słucha drugiej osoby. Jeżeli mam jakiś problem, że coś mnie zaboli w życiu – czy tym codziennym czy artystycznym, to mam w nim pełne oparcie.
Wydaliście niedawno utwór nie ma innych miejsc pod wydawnictwem Outpost Collective. Czy to wasz pierwszy utwór śpiewany w języku polskim?
Tak. Ja lubię też śpiewać po polsku. Nie chcę się ograniczyć do jakiegoś języka, będę pisać w takim języku, w jakim będzie mi dobrze uchwycić pewne emocje. Myślę, że fajnie jest być otwartym. Nawet nie mam problemu, żeby te języki mieszać i żeby wplatać rzeczy po polsku. Czasem mam jakąś emocję, którą lepiej potrafię opisać po angielsku, czasem po polsku. Sformułowanie nie ma innych miejsc, super brzmi po polsku. Ciężko byłoby tę samą treść przekazać po angielsku.
Mam wrażenie że przymus śpiewania w ojczystych językach i eksplorowanie swojej etniczności jest ostatnio mocnym kierunkiem w kręgu artystycznym.
Zastanawiam się, czym jest ten język w muzyce. Każdy język jest tak specyficzny i specyficznie wyraża emocje. Dla mnie angielski był domyślnym. Może to abstrakcyjne ale jakby przylecieli kosmici i mieli tylko jakiś zmysł muzyczny, to dla nich może wszystko brzmiało tak samo? Każdy język? Albo nie zwróciliby uwagi na treść, jedynie na jego melodię? Ta różnorodna melodyczność to coś co potrafiłoby do nich dotrzeć. Ważne dla mnie jest, aby dobierać te słowa pod to, jak one po prostu brzmią samoistnie. Słowo jest już często muzyką samo w sobie.