O muzyce jako przestrzeni wolności, nostalgii i przypadku rozmawiamy z Baklu – krakowskim artystą muzyki ambientowej.
fot. Bartek Staśko
Czy ja mam się bać?
Czy masz się bać wywiadu? Myślę, że nie. Chyba, że się boisz siebie!
O kurde! Aż tak wchodzimy głęboko? Powinienem dać radę. O, może tak się umówmy, że dam radę.
Nie chcę aż tak głęboko wchodzić. Chciałem z Tobą pogadać o ambientach i całej kulturze związanej z tą muzyką. Co Ty jako twórca sądzisz o tym wszystkim? Co czujesz? Żeby nam było łatwiej zacząć… Czy czujesz, że dzisiaj ambienty to jest muzyka, która jest już mainstreamowa? Czy jest to jednak nadal sfera niszowa? Czy czujesz, że nadal ambienty trochę walczą z tą muzyką popularną, czy są na tyle popularne, że docierają już do dużej liczby osób? Jak to odczuwasz?
Nie wiem, czy nazwałbym to walką. Nie do końca jestem przekonany, czy to jest określenie trafne w kontekście właśnie muzyki ambientowej, że ona walczy z muzyką popularną. To może trochę nad wyraz. Nie wiem, czy ma w ogóle szansę, żeby zawalczyć. Muzyka popularna, jak sama nazwa wskazuje, jest muzyką popularną i popularna jest dlatego, że słucha tego bardzo wiele osób.
Też mam wrażenie, że jest popularna, bo jest trywializując prosta w odbiorze w przeciwieństwie czasami do muzyki ambientowej, która kulturowo gdzieś jest uważana za muzykę trudniejszą mimo iż została stworzona jako “tło”, a to co jest popularne jest często uważane za “proste”.
Pewnie tak, można by iść takim trybem, ale wiesz…, inaczej, nie widzę tutaj walki między tymi dwoma gatunkami muzycznymi. Nie szedłbym takim tokiem, żeby stawiać je tak, że one ze sobą walczą w jakikolwiek sposób. Nie wiem, czy muzykę ambientową można nazwać już mainstreamową. Czy ona będzie, czy była. Mi się wydaje, że zawsze jakoś oscylowała wokół różnych innych kultur albo specyficznych ludzi. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że w pewnym momencie trafia się na coś z ambientu, z tego świata i albo Cię to kupi i Cię wciągnie, albo przejdziesz i w pewnym momencie znowu gdzieś trafisz na coś z tego świata. Wydaje mi się, że trochę tak jest z ambientami i to nie jest na zasadzie walki. Pewnie każdy rodzaj muzyki może mieć coś takiego, że po prostu złapiesz to, usłyszysz i Cię to kupi totalnie. Jesteś wciągnięty…
Jeżeli chodzi o mainstream i ambient. Przez streamingi ta muzyka się rozrosła, już nie ma tego swojego core’u, jaki kiedyś oscylował np. wokół Briana Eno, to po prostu ewoluowało w świat. Dla mnie w tym momencie ambient i to taki ambient, który jest słuchalny dosyć mocno i ma dużo odsłuchań na streamingach, to jest nowy lo-fi, to jest nowa dziewczynka z kotkiem, która się uczy siedzi przy radiu.
Już w sumie skończyła studia.
To teraz już widzisz, ona naturalnie już nie słucha lo-fi. Teraz jak skończyła studia i poszła do pracy, to musi się jeszcze bardziej wychillować i słuchać ambientu.
Wspomniałeś o Brianie Eno. On opisał ambient jako muzykę interesującą, gdy słucha się jej nieuważnie i wtedy, gdy się ją ignoruje. Zgadasz się z tym twierdzeniem?
Hmm… czy ona wtedy najbardziej trafia. I tak i nie. Lubię się zastanowić nad tym, czego słucham, ale są takie albumy, które po prostu chcę słuchać i chcę móc czerpać z nich nie analizując. One mi się podobają, tak po prostu. Na takiej płaszczyźnie na jakiej są. To jest zawsze bardzo indywidualne podejście, co się komu podoba, jaka melodia do ciebie trafia i czy ja się nad tym zastanawiam? Jak czegoś słucham, to chcę, żeby to do mnie po prostu trafiało.
W założeniu Brian Eno to ten twórca który dał temu życie, ambient miał być muzyką tła, taką czystą muzyką tła, na której nie mamy się skupiać i mamy jej nie analizować. Ale z drugiej strony nasze predyspozycje słuchania są takie, że my chcąc nie chcąc zaczynamy się skupiać,zaczynamy analizować, nasza percepcja zaczyna działać.
To jest tak, że ja nie potrafię nie analizować, nie rozkładać tego na czynniki pierwsze. Jest to dla mnie naturalne, że jak słucham różnego rodzaju utworów, to zazwyczaj mam właśnie tak, że jak one gdzieś mnie poruszą i tak usłyszę, że tam jest coś takiego, co jest fajne, to automatycznie wręcz zaczynam się zastanawiać, jak ktoś to zrobił.
A co cię ostatnio poruszyło?
Właśnie sobie słuchamy albumu w tle podczas naszej rozmowy i usłyszałem to dosłownie w dzień, kiedy to wyszło, dzień przed moim koncertem. Sergio Diaz De Rojas – „Forgotten Fragments„, To jest piękna płyta, pianistyczna. Nie ma jakichś wielkich, głębokich przesłań, ale ma ładne melodie. Czasami tyle wystarcza.
Czyli chwyta cię prostota przede wszystkim?
Tak, w zasadzie jakby to ogołocić ze wszystkiego, to zawsze zostaje melodia, czy ona jest bardzo rozciągnięta i jest nabudowana, czy jest solo i jest tylko melodią. Oczywiście, wiem, że teraz trendują różnego rodzaju rzeczy skupione bardzo mocno na rytmie, na jakimś konkretnym core’rze. Podobno też jest tak, że im bardziej coś jest takie skrzeczące, scratchujace, wręcz bym powiedział rytmiczne, ale na poziomie takim…
Organicznym?
Organicznym. To chwyta i faktycznie coś w tym jest. Ale tak naprawdę wydaje mi się, że jednak melodia to bardzo dużo – jak nie większość. Melodia cały czas jednak sprawia, że te wszystkie utwory coś niosą ze sobą, mają historię. To jest bardzo chaotyczne wszystko, co ja mówię.
O to chodzi trochę w tym wszystkim. Nie wchodźmy sobie na głowę, aby perfekcyjnie mówić o sprawach które są dla nas ważne.
A propos Briana Eno! Oglądałem ostatnio na Apple’u bardzo piękny dokument. To jest bardzo mądry człowiek i ma bardzo trafne spostrzeżenia. To zaskakujące po prostu. Miał piękne studio… jak to oglądałem, poczułem duży szacunek. Natomiast, z tym stwierdzeniem o które pytałeś to nie jest tak, że ja się nie zgadzam. Wiem po sobie po prostu, że lubię się czasami skupić i wchodzić i rozbijać utwory na czynniki pierwsze, ale też jest cudowne to, żeby, to coś czasami po prostu było i nie zakłócało mi odbioru tego, co widzę, co przeżywam, a jednocześnie brzmiało w uszach, nie? To jest takie przyjemne.
A czy w dzisiejszych czasach, jak słuchasz takich ambientów, czy…rozmawiając z ludźmi, którzy słuchają, tworzą, to wydaje Ci się, że aby słuchać ambientów, trzeba mieć jakąś wiedzę na ten temat? Mam wrażenie, że nadal z tyłu naszych głów, w naszej kulturze panuje takie przekonanie, jeśli chodzi o muzykę klasyczną, tą muzykę w cudzysłowie wielką, że żeby ją “zrozumieć”, trzeba posiadać pewną wiedzę, jak ją odbierać. Czy musisz trochę wiedzieć o świecie, żeby przyjmować tą muzykę do siebie?
Chyba nie. Myślę, że nie, bo wiesz, to jest trochę tak– mi się tak wydaje, że jak masz kogoś, kto się super zna na sztuce i idzie do muzeum i patrzy na czarny kwadrat na białym tle Malewicza, to będzie to analizował i będzie z tego wyciągał piękno, choćby pod kątem wykonania dzieła. Ale ktoś, kto w ogóle się na tym nie zna i to zobaczy, oczywiście może podejść i powiedzieć: „gówno”. Może się też tym zachwycić bez żadnej analizy. Tak naprawdę nie wiesz, co ten ktoś przeżywa ani co ma w głowie. Po prostu podejdzie, zobaczy przytoczone dzieło i dla jednego laika to jest coś strasznego, a dla innego to będzie coś pięknego.
Czyli ambient to dla Ciebie wolność?
Jak każdy wymiar sztuki, jeżeli jest przekazany w taki sposób, jak artysta, twórca chciał, to jest to wymiar sztuki. I tak ambient jest dla mnie wolnością. Z założenia, zawsze trochę moje ścieżki którymi próbowałem dojść do momentów wolności, do obecnego miejsca bardzo mocno skupiały się na dużej ilości melancholii i nostalgii. W moim mniemaniu. A propos czarnego kwadratu, możesz mieć swój konkretny kierunek, który znajdujesz, gatunek w sztuce i on Ci się podoba, niezależnie od tego, czy będzie trochę bardziej “zielony”, czy trochę bardziej “czerwony”, “czarny” czy “biały”, ale skupia się wokół pewnego tematu który jest dla ciebie ważny daje ci wolność. Wszystko, co jest związane z pejzażami muzycznymi oscylującymi wokół ładnych melodii, które są trochę zamglone, trochę nostalgiczne i melancholijne po prostu mi się podobają. Zawsze mi się podobały. Niosą dla mnie duży ładunek emocjonalny. Jest to dla mnie ważniejsze niż chociażby słuchanie muzyki popularnej. Ona też jest ważna i powinna mieć swoje miejsce, ale tak na co dzień to raczej wolę ten inny punkt zaczepienia.
Czy mógłbyś jeszcze rozszerzyć ten temat? Bo ta muzyka ambientowa jest pewnym stylem, pewną gałęzią w muzyce i pewnym też sposobem myślenia o dźwięku. Jak Ty jako twórca i odbiorca odbierasz dźwięk i ten styl?
Ambient jest na tyle szeroki i na tyle jest różnych tam elementów, że czasami nie wiem czy jestem w stanie uchwycić ten styl. Czasami to proste pianinkowe melodie. Możesz mieć piękną, doniosłą filmową orkiestrę, która Ci będzie robiła tło i będzie Cię po prostu wyciągała w to miejsce, w którym jesteś i która będzie tworzyła pewien pejzaż. Będziesz miał zglitchowane, strasznie różne dziwne rzeczy, które też będą miały ładunek emocjonalny, który tam zawarł twórca, albo Ty go po prostu usłyszysz. Więc nie da się tego trochę jednoznacznie określić… Co ja wyciągam? Tak? Takie było pytanie?
Tak, co z tego wyciągasz? Jak ty myślisz o dźwięku w ambiencie, o samym ambiencie, jaki jest Twój sposób myślenia o tej muzyce?
Mój sposób myślenia… Zazwyczaj staram się próbować zrobić coś takiego, co sam bym chciał słuchać. Lubię po prostu melancholijne melodyjki, smętne, nostalgiczne, ale też pewnego rodzaju pełne nadziei, takich dźwięków szukam. Dla mnie w takim ambiencie, który ja lubię, jest bardzo dużo dźwięków syntezatorowych i takich stricte poglitchowanych, zaszumionych. Tam można dużo ukryć. Kto ma usłyszeć, to usłyszy. Kto ma coś z tego wyciągnąć, to wyciągnie. Możesz w tym nawet schować trochę tego, co miałeś na myśli to robiąc. Możesz w tym trochę schować to, że robił to człowiek, że jest to niedoskonałe, że było zrobione to w momencie, kiedy było robione. Lubię słuchać muzyki gdzie słyszę te rzeczy, które zostały jako artefakt. Bardzo dużo ma takich rzeczy u siebie Taylor Deupree. Nie wiem, czy robi to celowo, ale uwielbiam to. Zastanawiam się – ciekawe czy to nagrał przypadkowo i zostawił, czy robił to celowo i nagrywał sto ścieżek i tak to miało brzmieć, ale może to nie ma znaczenia? Ale brzmi zajebiście.
Albo był to czysty przypadek.
Albo był to czysty przypadek i może akurat ta ścieżka była na setkę i na niej oparł cały koncept. Coś pięknego. Albo musiał wydać płytę i poszło.
To, na ile taki przypadek kieruje Twoją twórczością?
Wydaje mi się, że bardzo, dużo i często. Jak opieram się o taśmy, o loopy, które lubię robić w taki sposób, na magnetofonie, że nie wycinam sobie określonej części taśmy na określoną długość, ani nie wycinam sobie konkretnego miejsca w kasecie, tylko zazwyczaj sobie wymyślam koncept utworu i nagrywam sobie na tą taśmę to, co sobie zagrałem na jakimś syncie, czy na kalimbie. Dopiero jak to nagram na kasetę to ją wyciągam z magnetofonu, łapię miejsce start-stop, zaznaczam sobie markerem, wyciągam sobie tą taśmę i jak ją mam już wyciętą, to wtedy pojawia się przypadek, bo nie wiem, czy ją do końca w stu procentach dobrze obciąłem, czy tam już jest to, co mam mieć nagrane, co chciałem mieć nagrane. Zawsze ten aspekt nieoczywistości przypadku robienia pętli występuje, istnieje i będzie. Bardzo to lubię. To jest wręcz powiedział bym w pewien sposób takie medytacyjne, nie? Później jak już sobie zawinę, skleję, spróbuję sobie włożyć do kasety stworzony fragment, jest bardzo często tak, że jest to niewymiarowe. Trzeba kombinować, więc muszę jakoś to zawijać. Pierwszy moment odpalenia definiuje tak naprawdę jak ten utwór będzie brzmiał później. Bo bardzo bym chciał zachowywać tą “jakość”. Jeżeli ona będzie pół sekundy dłużej albo będzie się ten loop ucinać nie w takim miejscu jak miał się ucinać pierwotnie, to już będzie definiowało, że coś z tym utworem muszę zmienić. Nie będzie on taki na początku, jak myślałem, ale ta taśma go definiuje. Jest to dla mnie korzeń, trzon na którym się będę opierał. W przypadku, innych rzeczy, chociażby związanych z Abletonem, to też bardzo lubię robić po prostu tak, że nagrywam sobie coś i nie wiem, siedzę i gram i z takiego take’a, który tam ma dwadzieścia minut, wyciągam sobie po prostu moment, który mi się najbardziej podoba, ale już go nie nagrywam drugi raz. On u mnie jest już osadzony w danym miejscu. Nawet jeżeli gdzieś tam się wyjebałem po drodze, no to ok, albo to zamaskuje, albo jest to właśnie to co staje się takim smaczkiem, glitchem… Czy to jest odpowiedź prawidłowa?
Tu nie ma nieprawidłowych odpowiedzi. Czy ambient to nie koncept w którym czasami fajnie
i przyjemne jest zostawić coś, czego nawet nie miałeś na myśli, albo porzucić ten koncept, że to nie musi być takie dośrubowane, wysmakowane, dopieszczone, że to nie musi być perfekcyjne w każdym calu.
Tak. Prosty przykład. Franka z mojego albumu została zrobiona dosłownie na tym koncepcie. Tam głównym motywem jest pianino z taśmy, która to taśma została przeze mnie źle przycięta i jego rytm nie jest na cztery, nie jest na trzy, jest jakoś pomiędzy. Jest złamanie, które trwa przez cały kawałek. Stwierdziłem, że oprę na tym całość. Zrobiłem to, bo po prostu mi się ten motyw spodobał. Miał być początkowo inny, wyszło tak, ok, zostajemy, idziemy dalej.
Wspomniałeś dużo o nostalgii i o tym, jak ona wpływa na Twój odbiór muzyki. Opowiesz coś na temat Twoich nostalgicznych przeżyć, które wpływają na to jak odbierasz dziś świat? Jak zaczęła się Twoja przygoda z ambientem?
U mnie naturalnie transformował zajawka. Byłem po prostu “dziewczynką na studiach”, która słuchała bicików do uczenia się. Skończyłem studia. Na studiach zarówno robiłem bity i rzeczy low-fi’owe, grałem dużo różnych imprez z SP404 i byłem w to strasznie wkręcony. Twierdziłem wtedy po prostu, że całe życie będę robił sample i ciął, i składał z tego dźwięki. To było dla mnie naturalnie cudowne, piękne. Ale człowiek gdzieś tam dorasta, nie? Trochę się zmienia, trochę się zmienia mu spojrzenie na rzeczy. I idzie bardziej w szalonym kierunku albo się trochę uspokaja.
Ty się uspokoiłeś?
Ja się uspokoiłem. Ale cały czas oscyluje wokół tych dźwięków. Bo tak naprawdę dla mnie od takich lofiowych bicików, do ambientu, który lubię i słucham, nie jest bardzo daleko. To wszystko się gdzieś łączy. Jakbym miał zrobić taką playkę z moimi ulubionymi kawałkami, powiedzmy około hip-hopowymi
i kawałkami, które są moimi ulubionymi kawałkami ambientowymi, to pewnie byłaby jakaś nić połączenia, może nawet niejedna. Tak się to u mnie myślę przetransformowało, przynajmniej ja sobie tak to tłumaczę. A czemu akurat takie nostalgiczne dźwięki? Zawsze tak miałem, wiesz? Już od czasów takich szczeniackich, jak byłem w gimnazjum, podstawówce, to słuchałem bardzo dużo różnych numerów i bardziej mnie zawsze przyciągały te spokojniejsze. Z Black Sabbath Paranoid najbardziej lubię Planet Caravan. To jest świetny album, świetny zespół i podejrzewam, że bardzo dużo ludzi lubi ten kawałek, ale jednak pewnie Black Sabbath nie lubią dlatego, że wydali akurat ten kawałek. A ja na przykład tak. Dużo słuchałem Toola, bardzo gdzieś lubiłem te mocniejsze brzmienia, ale też poukładane w pewien sposób. Bardzo dużo słuchałem też rapu i zawsze mnie kręcił jazz, ale taki jazz, taki jak grał Tomek Stańko. Miałem etap w liceum, gdzie dużo słuchałem rzeczy jazzowych. Wiedziałem, że z niego można wyciągnąć fajne sample i po prostu próbowałem zrozumieć cały etap, co gdzie z czym łączy się, jak to ten dźwięk na siebie wpływa. Nigdy nie uczyłem się też muzyki. Jest taka płyta Lontano Tomka Stańko. Byłem na, na jego koncercie w Filharmonii Częstochowskiej – to było niesamowite przeżycie, byłem dzieciakiem, który w liceum pojechał pierwszy raz do filharmonii. Nie że ze szkoły czy z rodziną tylko sam stwierdziłem, że jadę. Gdy wyszła ta płyta i dużo jej słuchałem. Usłyszałem na żywo jak ją grał i byłem oczarowany. To były pierwsze zalążki tego, że ambient mi się będzie podobać. Ta płyta dla mnie pomimo tego, że to jest po prostu zajebiście freejazzowa płyta, tak bardzo mocno w stylu Tomka Stańko, to ma melodycznie-nostalgiczne elementy. Na przykład Lontano w ogóle wszystkie te trzy części Lontano, tego kawałka… one są takie, że w pewnym momencie jest tam dużo chaosu, przynajmniej ja bym tak to określał, ale w pewnym momencie się te wszystkie elementy zgrywają, przecinają… W ambiencie czasem jest tak, że dużo może się rzeczy nie zgrywać, ale w pewnym momencie ci się to zgra w całość. Zrobi ci to tło, później się może znowu rozmyć. Jest to chaotyczne, co mówię, ale mniej więcej ja wiem, o co chodzi, mam nadzieję, że odbiorcy wywiadu także zrozumieją…
Tworząc muzykę, czy teraz jak wydałeś nowy album, ważne jest dla ciebie, aby twój słuchacz zrozumiał twoją muzykę i żeby usłyszał to, co chciałeś przekazać? Czy jednak dajesz i sobie i słuchaczom możliwość, żeby interpretowali to, tak jak chcą?
Tutaj postawił bym kropkę po prostu. Albo trzy kropki…zostawiłbym to poletko dla słuchacza… .
Czyli nie masz takich myśli, że jest coś konkretnego, co przekazujesz swoją twórczością i to musi zostać odebrane?
Nie, nie mam tak. A jeżeli mam, to chyba bym wolał zostawić to dla siebie, a jeżeli słuchacz by chciał się dowiedzieć, to odkryje to w muzyce albo zinterpretuje. To jest zdrowe wyjście.
Czyli jednak jest coś prywatnego w twojej twórczości?
Myślę, że w każdej jest.
Każdy inną prywatę potrafi zakamuflować.
To prawda. Są takie utwory jak Franka – to jest imię mojego psa. Ten utwór jest w pewnym sensie miłosną odą do zwierzęcia. Natomiast co ktoś tam usłyszy, to jest jego kwestia. Każdy z tych utworów czy na tej, czy na jakimś innym albumie coś przekazuje. Kemp Twoich snów teraz na mixtapie Stan Powietrza. On opowiada o bardzo jednym konkretnym wyjeździe i dla mnie to był kemp moich snów i to było cudownie. Może to jest ta prywata.
A czy podczas tworzenia Drafts pojawiły się momenty, w których Twoja twórczość starła się z wymogami dzisiejszego rynku i musiałeś nagiąć swoje zasady dla stworzenia tego albumu? Miałeś na tyle swobodną rękę, żeby zrobić ten album tak, jak Ty chciałeś?
Jak to robiłem, to się w ogóle nad tym nie zastanawiałem. Teraz z perspektywy czasu myślę, że zrobiłbym wiele rzeczy inaczej. Mam nadzieję, że lepiej. To jest niekończąca się opowieść. Na szczęście miałem dużo swobody. Dużo się nauczyłem podczas tego procesu. Jak wydajesz muzykę i jesteś takim twórcą, który nie jest obarczony tym, że musi dowieźć na konkretny termin. Nie czeka na niego milion ludzi i się pyta, za ile będzie Twój album, tylko sobie samemu coś robisz to trzeba mocno się zmobilizować, żeby to jednak wypuścić. Ja mógłbym to szlifować jeszcze dwa lata. Zresztą ten album powstawał mniej więcej dwa lata i mógłbym to przepalić. Już miałem takie wrażenie, że dochodzę do momentu, że mam dosyć i już więcej tego nie będę słuchać i nie będę już potrafił poprawić tego, co chciałbym poprawić. Na pewno poprawiłbym wiele rzeczy związanych z różnego rodzaju szumami i jakąś tam jakością tego dźwięku, bo ten materiał jest dosyć zaszumiony. Jest dużo rzeczy z kaset. Ja nie jestem wielkim fanem kompresji w ambiencie, niektórych rzeczy specjalnie nie wyciągałem, niektóre rzeczy jak wyciągnąłem to też zrobiłem to celowo. To są takie decyzje, które podjąłem raczej sam, może teraz bym podjął inne, ze względu na to, żeby ten cały materiał był trochę bardziej przejrzysty, ale może za dwa lata, trzy stwierdzę, że jednak tak jak jest teraz, jest ok i tak miało być. Jak sobie wracam do moich starych rzeczy, to mniej więcej raz na rok jak sobie tam czegoś posłucham, to sobie myślę, o kurde, w ogóle mogłem tego nie pokazywać. A w następnym roku, kurde, zajebiste to było, zajebiście robiłem, fajne.
To też nie jest taka trochę, brzydko nazwę przywara dzisiejszych niszowych artystów, którzy przez presję naszej kultury, wchodzą sobie na głowę i podważają swoją twórczość, swoje decyzje, swoje emocje przede wszystkim. Jednak, przez twórczość dużo emocjonalności, myślę, ukrywamy, o czym już wspominałeś. Jednak przez społeczną i wydawniczą presję, musi być perfekcyjnie dopieszczone, być może jakieś konkretne pod wydanie, bo to się będzie sprzedawać.
Myślę, że jest w tym bardzo dużo prawdy i myślę, że w ogóle abstrahując od gatunku to bardzo dużo twórców, takich właśnie niszowych, takich, którzy się w ogóle zastanawiają, czy coś wypuścić, to mają takie rozterki, takie problemy, takie zastanawianie. Jest to jednak odkrywanie siebie.
Trochę obnażanie siebie.
Dokładnie. Niektórym to przychodzi bardzo łatwo i nie mają z tym żadnego problemu i nawet się do końca może nie zastanawiają. Abstrahując od tego, czy oni wypuszczają muzykę, czy robią cokolwiek innego. Niektórym to przychodzi bardzo ciężko i, dlatego tak ważne jest, że jeżeli coś robisz i robisz, i chcesz to robić i to dokończyć, to jednak, żeby koniec końców to wypuścić musisz zebrać te wszystkie Twoje decyzje do kupy i stwierdzić, nawet jeżeli mogę zrobić to lepiej, to już to wydaję. Bardzo łatwo jest zatracić się w takim myśleniu– mi się nie raz to zdarzyło. Mam kilka takich utworów, które po prostu nigdy nie wyszły, nigdy się nie pokazały. Nie wiem, czy kiedykolwiek się pokażą tylko dlatego, że po prostu słuchałem ich tak długo, że już straciłem rachubę, co tam jest dobrego, a co nie. To jest jak data przydatności. W zależności od tego, ile razy przesłuchasz dany utwór, w pewnym momencie on już się przeterminuje w Twoich uszach, w Twojej głowie.
Trochę wygasa.
Trochę wygasa.
Trochę jak emocje. My też się zmieniamy. Też wygaszamy pewne rzeczy w sobie.
Tak, to jest właśnie coś, z czego sobie zdałem sprawę. To jest chyba najfajniejsze w wydawaniu muzyki, że jak już to zrobisz, wypuścisz, to pójdzie. Taka wydana, taka pokazana ma dużo więcej, dużo większą moc, bo jednak się nią podzieliłeś, jednak właśnie się obnażyłeś. Jak do niej wrócisz po jakimś czasie, przynajmniej ja tak mam, to, to działa, jak pocztówka. Widzę od razu miejsce, czas, przypominam sobie, kiedy to robiłem, jak to robiłem, co tam było.
Jak jest to jakieś zaklęte w Tobie. Że przeżyłeś o to do końca wydając to.
Tak. Jest to jak kartka z pamiętnika. Jest to dokończone i zamknięte. I jaka by nie była finalnie, ta twórczość, to sprawia frajdę. Przynajmniej u mnie tak jest, że nawet jeżeli wiesz, są jakieś tam potknięcia, to zazwyczaj, w większości przypadków to jest fajnie.
Wróćmy do procesu wydawniczego Twojej płyty. Jak on wyglądał?
Ja miałem to szczęście, myślę, że wysłałem po prostu materiał demo całej płyty do Jędrka z Superkaset. Przedstawiłem się ładnie, powiedziałem jak się nazywam, wysłałem mu ten album, powiedziałem mniej więcej z jakiego jestem środowiska, gdzie coś robiłem. Pokazałem mu Bagry i mówię, że to jest mój nowy album i chciałbym go wydać u Ciebie w Superkasetach, daj znać, co myślisz. Po jakimś czasie przypominałem się w tym temacie, chyba ze dwa razy, to był okres wakacji. Jędrek wrócił do mnie z informacją, że spoko, że fajnie, że dobra, robimy to! To był strzał. Myślałem o Superkasetach,
na zasadzie, że robię rzeczy z kaset. Myślę fajna nazwa, robimy. Gdzieś słuchałem sobie też wtedy Etnobotaniki i widziałem, że chłopaki tam wydają. Myślałem, nie wydają w sumie ambientu, ale czemu by nie uderzyć? Pod kątem, ogarniania tematów wydawniczych, to jest tego multum, – robota taka na telefony, wymiana informacji, wymiana wiadomości, zbieranie zamówień – robisz trochę robotę za księgowość, za sprzedaż, za różnego rodzaju działy. Na szczęście nie trwa to wiecznie, najbardziej gorącym jest ten czas, kiedy prezentujesz materiał i to wychodzi. To jest też bardzo miłe, dużo pozytywnych komentarzy się pojawia i wiadomości od ludzi i to jest super, kiedy można obserwować po prostu, że Twoja muzyka się sprzedaje i trafia do ludzi, to rekompensuje wiele. Bardzo fajnym procesem który lubię był ten, że robiłem wszystko z grafiką samemu. Robiłem okładki, mockupy i ta okładka po prostu ze zdjęcia Wiktora Rydza, on mi dał swobodę. Powiedziałem mu, że chcę sobie pokminić z tą okładką, trochę porozszerzać różnego rodzaju perspektywę, wstawić w kwadrat, że mam pomysł, że przód będzie się łączył z tyłem, a cała koncepcja ma być trochę ciągłością do okładki z Bagrów. Powiedział, że jak najbardziej! To był naprawdę przyjemny etap. Ja go trochę równolegle robiłem z miksami. I tak naprawdę miksy, o ile miksy były takim etapem, że ok, czuje że nie męczyłem się przy tym procesie to robienie masteru samemu sobie nie polecam nikomu.
Czyli robiłeś jakby praktycznie wszystko sam nad swoją płytą?
Tak. Na tą płytę zrobiłem wszystko sam. Tak postanowiłem, zrobiłem i tyle. Ale jeśli chodzi o mastery…
z mixem jest trochę tak, że wiesz, zależy kto ma podejście i workflow, ale ja na przykład mam tak i wiem, że sporo osób tak ma, że miks teraz się robi na bieżąco.
Miks to jest, przynajmniej w moim odczuciu mocny proces twórczy, który wpływa na sam wydźwięk, brzmienie i artystyczny przekaz utworu.
Tak! W ambiencie tym bardziej. Miks i master dla mnie przy tej płycie się zacierał. Podejrzewam, że bardziej w muzyce popularnej, takiej z perkusją, która ma być mocniejsza. Z wokalem. Wtedy bym się tego nie podjął w ogóle. Tutaj podszedłem do tego tak, że mam wizję jak to ma brzmieć na końcu i tym masterem mogę tylko to ewentualnie jeszcze podkręcić, uwydatnić. Okazało się, że trzeba też zrobić trochę osobny master na winyl, więc pomyślałem, że też to zrobię i trochę po prostu robiłem master na winyl na zasadzie uczenia się tego procesu, więc zobaczymy jak wyjdzie. Nie polecam tego, tylko dlatego, że to jest już na końcu, kiedy już masz materiał przesłuchany tak wiele razy. Musisz się wtedy nad nim bardzo mocno skupić. Bardzo wiele razy go jeszcze przesłuchać. Jak już to skończyłem, to chyba nie słuchałem przez trzy, cztery tygodnie w ogóle tego materiału. Nawet chyba mało muzyki wtedy słuchałem.
Sam proces masteringu po tym wszystkim wydaje mi się już jako bardzo “mechaniczna” strona wydawania odcinając tą artystyczną.
Tak. Myślę, że w przyszłości jak będę robić kolejne rzeczy, to do masteru oddałbym materiał komuś,
ale zależałoby mi na tym, żeby dać to komuś, kto albo uczestniczył chociażby trochę gdzieś w etapie powstawania albumu, zna mnie trochę, rozumie moje pomysły i ja rozumiem jego. Prostu musi mi się podobać jego twórczość, jego muzyka. Tak miałem z Bagrami. Bagry dałem Pruskiemu do masteru. Bardzo go szanuję pod kątem tego jak robi muzykę. Jestem zadowolony jak zrobił to z Bagrami. To był też czas, gdzie chodziłem do niego na zajęcia, słuchałem dużo jego rzeczy, dużo siedziałem nad jego płytą, nad kawałkiem Playground i pamiętam, że bardzo mi się podobała. Tu stwierdziłem, że chcę sobie to po prostu samemu wszystko poukładać. Też dlatego, że miałem pewne obawy, że zatraci się ten charakter. Może niesłusznie. Stwierdziłem, zrobię to w całości po swojemu i myślę, że pierwszy i ostatni raz(…).
To jest to pewnego rodzaju wyczyn. Dla małego twórcy, który robi muzykę sam dla siebie, to jest cholernie trudne, żeby robić muzykę od a do z sam mimo wszystko. Jednak zabiera to mnóstwo czasu
i trochę budżetu z portfela.
I życia.
I życia. Coś za coś. Ale to chyba jak ze wszystkim w życiu, z drugiej strony.
Wiesz, ludzie chodzą do knajpy, żeby po prostu zabijać czas. Nie? Ludzie schodzą do garażu i dłubią
w samochodzie, chociaż planują go w sumie sprzedać koniec końców.
Każdy ma chyba taką strefę zabijania czasu, strefę spędzania czasu ze sobą…
Dzisiaj niby dzisiejsze czasy zabiły, zabijają hobby, gdzieś takie coś słyszałem. Widziałem nawet jakiś taki filmik…
Zgadzasz się z tym?
Czy zabijają hobby te media społecznościowe? Myślę, że jeszcze nie w naszym pokoleniu, ale do tego trochę to wszystko zmierza. Wydaje mi się, że clou w hobby to to aby robić, a nie robić aby to pokazywać. A my pokazujemy już wszystko, wszędzie. Nie ma już takiego, robię to tylko po to, żeby to robić i żeby to mi sprawiało coś i wywoływało we mnie coś konkretnego. Wracam cały czas myślami, że w zasadzie to jest ten core. Jak sobie uświadomisz, po co coś tak naprawdę robisz, jaki chcesz uzyskać efekt, to będziesz z tym okej, bo się w pewien sposób pogodzisz sam ze sobą. Ja myślę, że ja się w pewien sposób z wieloma rzeczami pogodziłem przy robieniu muzyki i dla mnie robienie sobie muzyki mogę śmiało określić jako hobby. Może jestem jednym z ostatnich posiadaczy, którzy mają hobby haha. Pomimo tego, że gdzieś tam wrzucam sobie filmiki do internetu i się tym dzielę, coraz częściej mam myśli takie, że w sumie nie ma to znaczenia. Chce spróbować się tym nie dzielić i zobaczyć, czy też będę chciał to dalej robić. Wydaje mi się, że tak, ale póki co, to tylko mi się wydaje. Muszę spróbować. Wiesz, to jest pewnego rodzaju wyzwanie, bo to jest właśnie to, o czym rozmawiamy, nie?
Jest trochę wyzwaniem. Choć to też jest mimo wszystko ta nostalgia, ucieczka przed dzisiejszym światem.
Jeżeli tylko można, to dlaczego nie? I tak jesteśmy przytłoczeni tym strasznie. Przynajmniej ja jestem. Mówię za siebie.
Myślę, że dużo osób jest przytłoczonych, niestety.
Może właśnie po to jest ambient, nie? Może to jest właśnie ta ucieczka do czegoś spokojniejszego?
C**j wie…