Wojtek Siwik to artysta wizualny i muzyk, absolwent krakowskich intermediów, balansujący między surowym hip-hopem a rozmytą, filmową psychodelią. Po dobrze przyjętym debiucie powraca z albumem „omackiem” – koncepcyjnym zapisem dwunastu godzin nocy bez snu i momentami nocnego zawieszenia.
Zacznę może od, wydawałoby się, banalnego, ale trudnego pytania: po co Ci w ogóle ta muzyka w życiu?
O Jezu, to jedno z tych pytań! Ale wiesz co? Chyba warto na nie odpowiedzieć. Studiowałem Intermedia i tam jedna z prowadzących warsztat dyplomowy powtarzała, że trzeba odpowiadać na takie bazowe pytania. Można się z nich dużo dowiedzieć o sobie. Więc po co mi muzyka? Myślę, że to mój sposób dzielenia się doświadczeniem. Muzyka nie polega na tym, że muszę ludziom opowiadać historie czy przybliżać konteksty wprost. Lubię przekazywać to, jak się czuję w różnych momentach. Mam wrażenie, że od małolata taki sposób doświadczania – przez to, że ktoś dzieli się bardziej uczuciami niż konkretami – był mi najbliższy.
Czyli to nie jest język zwerbalizowany, tylko rodzaj innego porozumienia?
Dokładnie. Pamiętam, że jak zaczynałem studia, miałem taką rozkminę, że język literatury jest dla mnie zbyt gęsty, zbyt dosłowny. Wiadomo, że są metody, żeby to obejść, ale zawsze wydawało mi się, że słowo pisane zmusza cię, żebyś się do czegoś odwołał, zamknął to w słowach. A język muzyki czy obrazu ma potencjał, żeby istnieć tak mega czysto, afektownie. Jak chcę komuś przekazać uczucie, to lubię to robić bez zapośredniczenia tych wszystkich bezpośrednich i konkretnych kontekstów.
Dlaczego?
Nie wiem, pewnie jakiś psychoanalityk, np. Lacan czy ktoś, znalazłby na to solidne wytłumaczenie, ale ja po prostu wolę bez.
Może to kwestia uniwersalności? Emocje łatwiej zrozumieć każdemu, niezależnie od pochodzenia.
Wydaje mi się, że to po prostu grawitacja w stronę konkretnych emocji i sposobów „chowania” rzeczy. Konteksty klasy, rasy czy środowiska nie zawsze są wspólne, ale emocjonalność jest uniwersalna.
Choć mam wrażenie, że my się boimy mówić o emocjach prosto.
To pewnie też ma jakieś korzenie psychoanalityczne…, ale tak to czuję.
Daj się trochę poznać osobom, które Cię nie znają. Jak się zaczęła ta Twoja przygoda i droga do muzyki?
Zaczęło się, jak miałem może dziesięć lat. Miałem już dostęp do Internetu i przeglądałem filmiki na YouTube, głównie z muzyką. Bardzo mi się podobało, że mam do tego dostęp. U mnie w domu muzyki było dużo. Jak w niektórych domach włącza się programy informacyjne, tak u mnie, jak nic się nie działo, puszczało się teledyski na VH1. Pamiętam moją pierwszą MP3-kę. Zgrałem sobie We Didn’t Start the Fire Billy’ego Joela, Highway to Hell AC/DC i jakąś piosenkę z kabaretu, którą lubiłem.
No i tak postawiły się pierwsze domina. Lata leciały i w pewnym momencie przeszedłem z pasywnego słuchania do aktywnego działania. Zacząłem uczyć się grać na gitarze, jak miałem 12 lat. Sam. Na gitarze mojego ojca, który zresztą miał zespół punkowy za małolata. Potem założyłem zespół ze znajomymi z gimnazjum, graliśmy covery Metalliki i piosenki Toola. Później kumpel pożyczył mi płytę Returnersów i zachwyciłem się hip-hopem. Za każdym rogiem znajdowałem coś nowego, co mi się podobało, i rozszerzałem to, co chciałem robić. Zacząłem kleić bity w wieku 16-17 lat, nagrywaliśmy pierwsze mixtaep’y – nie były jakiejś lotnej jakości, ale były. W końcu zacząłem robić muzę do projektów wizualnych i tanecznych.
A potem przyszedł moment na debiutancką płytę.
Tak, stwierdziłem, że trzeba to zebrać. Zbiegło się to z moją magisterką. Stwierdziłem, że mój dyplom to będzie koncert – ale żeby go zagrać, musiałem mieć z czym wyjść do ludzi. Więc siadłem i nagrałem płytę. Od tamtej pory jakoś ta moja twórczość jest głośniejsza, niż mi się wydawało.
Ten debiut był trochę wymuszony przez okoliczności. Jesteś osobą, która bez konkretnego bodźca mogłaby zostać ukryta i nigdy nie wydać tych rzeczy?
Chcę myśleć, że nie, ale nie obiecuję, że to dobra odpowiedź. Zawsze chciałem się tym dzielić, ale miałem momenty rozkminy, że ta płyta wychodzi za późno. Miałem 25 lat i czułem, że to „późny debiut”, bo robiłem muzę od tak dawna, a inni wcześniej zbierali się do wypuszczania rzeczy. Coś mnie trzymało – czy to umiejętności, czy ta presja z tyłu głowy, że nie jesteś gotowy.
Teraz już tak nie mam. Lubię się dzielić tą moją muzyką, chociaż boję się, że czasem włącza mi się cynizm. Jak zaczynam myśleć o tych wszystkich sprawach wokół muzyki: środowiskach, biznesie. branży muzycznej… Wtedy myślę, że nagrywanie do szafy jest jakąś opcją. Ale mimo że czasem człowiek zawiedzie się na przemyśle czy community, to i tak dalej robię tę muzę. Gdyby trzeba było robić do szafy, to pewnie nadal bym to robił, ale fajnie, że coś mnie zmusiło, żeby jednak wyjść ze swoją muzą do ludzi.
No właśnie, jako niezależny twórca – czy w ogóle musisz myśleć o muzycznym biznesie? Czy nie lepiej po prostu cieszyć się tworzeniem?
Utopijnie chciałbym powiedzieć, że tak, można się tym nie martwić. Tylko to zależy, czego potrzebujesz i jak chcesz trafić do ludzi. Jak jesteś 18-letnim raperem, którego słuchają tylko w twoim liceum, to jest to jakaś doza niezależności. Ale ta potrzeba bycia „zauważonym” jest w ludziach zinternalizowana. Pierwsza myśl to często: „powinienem wydać to w labelu”. Ja mam poczucie, że fajnie jest inwestować w kulturę niezależną. Nie uważam, że moim celem jest jak najszybsze zostanie „zależnym” i puszczanie rzeczy przez wielkie projekty, wytwórnie czy stacje radiowe.
W ogólne nie myślę o komercjalizacji. Super jest to poczucie społeczności – słuchanie muzy wysyłanej przez wave’y na dysku w chmurze przez znajomych. Jakiś czas temu na Instastory pisałem, że słuchałem EP-ki mojej przyjaciółki – będzie gościnnie na mojej nowej płycie – i nie chciałem się przełączać na żadne aplikacje. Chciałem siedzieć i słuchać tych surowych, niezmiksowanych prewek. Uwielbiam to poczucie, że celem samym w sobie nie jest ucieczka z tej niezależności, a pozostanie w niej i czerpanie wszelkich jej dóbr.

Przejdźmy teraz do Twojego najnowszego projektu – podzielisz się, o czym jest „omackiem”?
Płyta wychodzi 28 kwietnia. Robiłem ją przez ostatnie dwa lata i miałem kilka założeń. Chciałem, żeby była mniej hip-hopowa niż pierwszy album, bo sam zacząłem słuchać innych rzeczy. Chciałem, żeby empirycznie przypominała filmy, które trochę masz wrażenie, że są snem – takie bardzo długi i rozmyte. Szukałem jakichś refleksji o śnieniu, aż obejrzałem film Night Shift – o kobiecie na nocnej zmianie w hotelu. I wtedy do mnie dotarło: fascynuje mnie nie sam sen, ale ten moment, kiedy nie śpisz a powinieneś.
Album ma 12 traków, które odpowiadają 12 godzinom nocy. Opowiada o poczuciu liminalności. O tym, że mój dom rodzinny jest kilkaset kilometrów od Krakowa, co wiąże się z byciem na dworcach czy w pociągach o trzeciej rano. Opowiada bezsenności, ale też o takiej codziennej liminalności – o tym dziwnym poczuciu zawieszenia, jakiego doświadczasz na przykład w pierwszym tygodniu roku. O przemieszczaniu się po momentach przejściowych właśnie po omacku.
Noc zmienia zasady gry?
Tak i to bardzo! Fascynuje mnie to, jak zmieniają się te zasady, kiedy zapada zmrok. Ludzie inaczej reagują, inaczej myślą, inaczej się komunikują. Jest taka niepisana zasada, że nocą łatwiej o wylewność. Piszesz do kogoś wiadomość przed snem o jakiejś crazy godzinie, a rano, w świetle dnia, jesteś zażenowany tym, jak bardzo się odkryłeś. I to nie musi być wina używek, po prostu noc to dobry moment na wylewność.
Może w ciągu dnia nie mamy dziś czasu na takie otwieranie się, każdy z nas gdzieś goni, tysiace komunikatów zalewa nasza głowę...
Tak, masz rację. Mnie się to wszystko zgadzało z tym „omackiem”. Świat się wycisza nocą, nie ma bodźców, łatwiej się skupić. Do tej pory lubię oglądać filmy po nocach, bo wtedy czuję, że jestem bardziej w nich – wiesz, nie ma nawet świateł za oknem, nic cię nie rozprasza. Może dlatego w wakacje jak byłem dzieciakiem to bywało mi smutno. Jak byłem dzieckiem ewidentnie za dużo wolnego czasu miałem w ciągu dnia. W nocy filmy oglądałem, a w ciągu dnia było mi smutno.
Od zawsze byłeś „nocnym markiem„?
Jak wracam teraz do dzieciństwa to tak! Myślałem o tym dużo w trakcie tej płyty. Wydaje mi się, że jej wydźwięk i tematyka przewijały się już od małolata.
Skoro o filmach mowa – co ostatnio Cię poruszyło?
Widziałem „Kabaret” Boba Fosse’a z 1972 roku. Przyjechał mój przyjaciel i zaproponował, żeby sobie to wrzucić. Świetny film do obejrzenia z kimś. Mega chaotyczny, o miejscu, które jest taką enklawą – zamykasz się tam, performujesz postać i świat się przekrzywia. Widziałem ostatnio też „Morvern Callar„, reżyserii Linne Ramsay, który jest o dziewczynie, której partner w pewnego świątecznego dnia popełnia samobójstwo i zostawia ją z powieścią, którą napisał. To jest film z początku lat dwutysięcznych, brytyjski realizm, więc wszyscy nie mają tam zębów i ciągle ćpają. Wyrwał serce ten film, bo on jest trochę o balansowaniu między żałobą, a poczuciem wolności, kiedy właśnie okazuje się, że ktoś, kto był ci bliski był jednocześnie ciężarem. Mega mnie zachwycił ten film. Dużo pięknych scen, świateł w nocy.
Jakby zatem wyglądał film inspirowany Twoją płytą? Jak wyglądałoby nocturne odysey na bazie „omackiem”?
Jakoś dużo myślałem o przekuwaniu obrazu na muzykę, a teraz mam wyzwanie. W ogóle z tej strony nie patrzyłem na ten materiał…
Czas, miejsce i akcja filmu „omackiem”. Co ci pierwsze przychodzi do głowy?
Gdybym miał tę muzykę z powrotem przekuć na obraz, to byłaby to noc, ale bez określonej godziny czy pory roku. Miejsce? Stacja benzynowa, sklep całodobowy albo dworzec. I dwójka bohaterów – chłopak i dziewczyna wyłamujący się schematom społecznym, razem tam pracują. Mają problemy tożsamościowe i po prostu błądzą. I to byłaby ta akcja: błądzenie.
W tym sklepie byłby też dział z płytami CD do auta. Takimi koszami, gdzie możesz sobie kupić za grosze niebywałe smaczki. Dajmy na to Emahoy Guèbrou – etiopską pianistka. Do tego ktoś właśnie kupuje kwas chlebowy i wodę na drogę. Zaczyna szukać tam kolejnych dziwnych produktów i smaczków na drogę, ale im dłużej tam błądzi między półkami, tym bardziej czuje, że coś jest nie tak… A jak rozwinie się ta fabuła – musicie przesłuchać płyty sami.
Najlepiej podczas bezsennej nocy…