W tym roku mija 5 lat, odkąd legendarne Syny zakończyły działalność. Pustkę po tym alt-rapowym duecie skrupulatnie wypełniają takie składy jak Tonfa, Ziomcy oraz nasz krakowski wieszcz — Wojtek Siwik. Porównania do Synów nie są przypadkowe, gdyż już na pierwszej płycie Wojtka dało się usłyszeć sporo muzycznych nawiązań, czy to w brzmieniu, czy w melodiach. Szczególnie używanie autotune’a w niekonwencjonalny sposób przywodzi na myśl Piernikowskiego.
Na nowym albumie Wojtek idzie jednak o wiele dalej. Mnogość cytatów muzycznych, nawiązań i styli, które porusza, jest ogromna, a jednocześnie zachowana w unikalnym świecie Szarego Pudla. Weźmy na warsztat przejście stylistyczne i różnicę między „strobo” a „all lowercase” — pierwszy numer nawiązuje do współczesnych trapowo lo-fi’owych produkcji spod znaku Surf Gang, podszytych dodatkowo hyperpopem. Drugi zaś prowadzi nas w zupełnie inne wyobrażenia, na co wpływa brak perkusji, brudne gitary i depresyjna atmosfera, przywołująca najlepsze produkcje billyego woodsa lub Deana Blunta. Czuć, że wszystkie te elementy zbudowały Wojtka, który nie unika odwołań i co jakiś czas nimi rzuca przy okazji wywiadów.
Cały album osiąga swój peak dosyć szybko, bo na wysokości czwartego utworu — „srebro leczy rany”. W warstwie wokalnej na refrenie pojawia się Gabriela Klara Matylda, której delikatny głos jest podsycony autotunem. Proporcje pomiędzy głosem Gabrieli a autotunem są idealne i pokazują, jak to narzędzie może być świetnie wykorzystywane — zresztą nie pierwszy raz przez Wojtka. To właśnie ten utwór powinien znaleźć się w instrukcji obsługi autotune’a dla każdego młodego, gniewnego trapera-rapera, dzięki czemu uniknęlibyśmy zalewu tak chujowej muzy.
Jest taki mikrogatunek filmowy, właściwie bardziej wytrych narracyjny, który nazywa się „nocturnal odyssey” i polega na tym, że akcja całego filmu rozgrywa się w trakcie jednej nocy. Bohaterowie często zatapiają się w otaczający ich świat, ludzie coraz bardziej widmieją, a widz czuje, że w miarę postępującego, metronomowego kliku wskazówek zegara zasady obowiązujące w świecie ulegają nadgięciu — aż do momentu, gdy nie do końca jesteśmy w stanie odsiać realia od duchów, fakty od emocji, dobro od zła.
Tak swój album opisuje Wojtek. Gdy spojrzymy sobie na całość i połączymy kropki, okaże się, że „omackiem” to cholernie sugestywny świat, który funkcjonuje jak miasto. Trochę jak Silent Hill, trochę jak Twin Peaks, ale to jednak Kraków. I nie wiem, czy jest to poprawna interpretacja powyższych słów, ale to miasto jednak oddaje ducha zawartego na „omackiem”.
Tu też dochodzimy do pierwszego z dwóch problemów, jakie mam z tym albumem. Otóż premiera niefortunnie odbyła się z początkiem wiosny — i to w słoneczne dni. Jak napisałem reszcie kakofonicznej ekipy: „musicie mi dać czas, żeby odpowiednio zatopić się w ten świat”, gdyż słuchanie go na trawie skąpanej w słońcu mija się z celem i wiem, że jego ostateczny wizerunek objawi się w okolicach późnej jesieni. Drugim zarzutem jest produkcja. Jest brudno i ma być brudno, ale momentami mam wrażenie, że brzmienie bywa muliste, a wokal gubi się — i to w niezbyt dobrym sensie. Słuchając „strobo”, mam wrażenie, że Wojtek czasem rapuje z bardzo wyraźną dykcją i słyszę idealnie kształt danego słowa, a czasem robi to w sposób na tyle niechlujny, że gubią mi się całe zdania. Pewnie są to zabiegi świadome, jednak mogłyby być zrobione lepiej, szczególnie że na pierwszej płycie takiego problemu nie odczuwam.
Tuż przed tym, jak usiadłem do pisania tej recenzji, jechałem PRL-owską windą na piąte piętro. Na słuchawkach leciało mi „Płoną krzyże nad framugami” — jeden z bardziej niepokojących utworów i chyba najlepszy storytelling Wojtka. Winda jednak zamiast zatrzymać się na piątym piętrze, zjechała na parter, potem znowu na piąte, a potem stanęła pomiędzy piętrami. Pomyślałem, że spoko, że to nie tak wysoko, przeżyję. Wtem ruszyła w górę. Najpierw 5, potem 6, potem 7… Utwór był gdzieś w okolicach trzeciej minuty, w swoim najbardziej niepokojącym fragmencie, a ja pomyślałem: „Kurwa, inaczej sobie to wyobrażałem. Miałem nadzieję na The Cure albo Joy Division, no ale ta płyta Wojtka też dobra do umierania, dzięki Wojtek!”.
Na szczęście dane było mi dokończyć recenzję i opisać tę historię samemu artyście, który ładnie podsumował to, pisząc mi: „Przykro mi, ale też trochę dziękuję, zajebista historia, choć akurat przy tym numerze to też bym poczuł, że to już ostatnia anegdota w życiu”. Mam nadzieję, że dane mi będzie również dotrzeć na premierowy koncert!
P.S. Okładka kwalifikuje się na tego peja