Trans, psychodelia i opowieść prowadzona dźwiękiem – piąty album Popsysze to wymagająca, ale wciągająca podróż przez różne stany skupienia i emocji.
Agresywnie, rytmicznie witają nas bębny z basem, gitara niecierpliwa – coś tam sobą zapowiada, ale jeszcze przed pierwszą minutą zerwie się ze smyczy. Głowa się gibie, stopa wystukuje rytm. Przepadam w transie „Nero 1”, numeru otwierającego najnowszy album Popsysze. Powieź, bo tak nazywa się już piąty pełnogrający album zespołu, wydany końcówką stycznia, to zestawienie 7 kompozycji składających się na 43 minuty materiału. To psychodeliczno-rockowa, a momentami trans-progresywna przejażdżka. Momentami jest tutaj srogo psycho. Kolejne wydawnictwo utrzymujące mnie w przekonaniu, że Trójmiasto umie w muzykę.
Wejście w trans – koncepcja i narracja
Wspomniane „Nero 1” to ponad 7-minutowe intro, w którym jesteśmy delikatnie wprowadzani w koncepcję wielu oblicz i historii utrwalonych na albumie. Od połowy utworu rytmiczna sekcja wiedzie prym, muzyka nabiera tantrycznego charakteru. Przymykam oczy – już inaczej bujam głową niż w momencie otwarcia utworu, dużo wolniej, mniej obecnie.
Mam słabość do koncepcyjnych albumów. To tak, jakbyśmy mieli do czynienia z opowieścią – jesteśmy prowadzeni za rękę po następujących po sobie muzycznych rozdziałach. W Powiezi spójny charakter jest obecny nie tylko w zarejestrowanych dźwiękach, ale już na poziomie tytułów utworów. Otwierające „Nero 1” przechodzi w „Nero 2”, zmieniając muzyczne oblicze. To dopiero początek zaskoczeń.
Druga część „Nero” to kontynuacja wejściówki, pomimo że muzyczne oblicze jest zupełnie inne. Jest eterycznie, trip-hopowo, przestrzennie, post-rockowo. Czuję, że jest to przejście pomiędzy kolejną opowieścią – jakby poczekalnia. Nadaje to spójności historii. Mogłoby się wydawać, że taki przerywnik byłby czymś krótkim, jednak to ponad 5 minut materiału, po których zostajemy wyrwani ze „spoczynku”.
Między światami, psychodeliczne odloty
Następuje „Nienasycenie” – kolejna progresywno-psychodeliczna wyprawa w kosmos. Wprowadzający riff przechodzi w surrealistyczną kompozycję. Przypomina mi to psychodeliczno-rockowe dzieła lat 60.
„Mrugnięcie 1” balansuje między orientem a ciężką psychodelią, w kulminacji zahaczając o metal progresywny. Dużo na albumie jest „dalekich podróży”, które wymagają od słuchacza oddania się kompozycjom. Można daleko odpłynąć, jeśli się na to pozwoli.
Dopełnieniem jest „Mrugnięcie 2”, w którym folkowe perkusjonalia (przenoszące mnie wyobraźnią nad ognisko, gdzieś nocą, niedaleko lasu – może na Lubelszczyźnie, gdzie nocą niebo jest gwieździste) przeplatają się z elektroniką i kakofonicznym pejzażem. Aranżacja i oddalony wokal Jarka Marciszewskiego („w chmurze mrugnięcie, w chmurze echo”) przypominają mi szwedzką klasykę doom/gotycko-metalową, czyli Wildhoney Tiamatu. To właśnie „Mrugnięcie 2” (i następujący po nim „Przesył”) są moimi faworytami, sprawiając, że bardzo często wracam do Powiezi.

Rytm, który prowadzi
Wspomniany „Przesył” to taneczna i rytmiczna kompozycja na granicy snu i jawy. Szalenie się cieszę, jak stabilnie – a wręcz troskliwie – jestem tu zaopiekowany i prowadzony przez bas, pozwalając sobie bujać w obłokach z gitarami i perkusją. Ten etno-eteryczny klimat przelewa się na „FOMO”, gdzie złagodniała, odrobinę afro-rockowa gitara brzmi bardziej jak psychodeliczne objawienie Paula Simona. Czuć też trochę gitarowy klimat lat 80., co nadaje całości albumu wielowarstwowości i pełni.
Budowanie napięcia, tantryczne zapętlenia, psychodeliczna głębia i oddalone, momentami eteryczne wokale to wspólne mianowniki dla albumu Powieź zespołu Popsysze. Cała reszta to szalona jazda – momentami ciężko-rockowa, niekiedy taneczno-etniczna. Album wymagający i satysfakcjonujący. Popsysze zaprezentują swoją twórczość na zbliżającym się Sea You Showcase Festival w Gdańsku – zdecydowanie warto zapuścić się na ich występ i oddać się tej muzyce. (My będziemy pod sceną, do zobaczenia!)