Kim Gordon – PLAY ME

2026-03-21 Witek Bartula

Kim Gordon ma 72 lata i wydała trzecią solową płytę, na której robi trap.

Zważywszy na jej wiek i muzyczny rodowód, powyższe zdanie brzmi jak mem. Ale gdy wgłębimy się w postać samej Kim, zabrzmi to bardzo logicznie. Pamiętam, gdy przy odsłuchu jej pierwszego albumu No Home Record doszedłem do utworu Paprika Pony i opadła mi szczęka. Był to rok 2019 — Kim miała wtedy 66 lat i zamiast bawić nas nostalgią z Sonic Youth, postanowiła na eksperymentalne formy. Było to jednak jedynie preludium.

Przy kolejnym albumie The Collective z 2024 roku, w wieku 70 lat, skręciła w stronę nowoczesnej sceny bitowej, zjadając rapową konkurencję na śniadanie i pokazując młodzikom, jak poprzez modny gatunek dać upust swojej indywidualności i ekspresji. Bo nie chodzi tutaj o fakt, że jako babcia weszła w młodzieńcze obuwie, ale o to, że pozostała w tym wszystkim sobą — legendarną Kim Gordon z Sonic Youth, która pomimo niewielkiej skali głosu potrafiła wykorzystać go w stu procentach i być jedną z najbardziej charakterystycznych wokalistek oraz archetypem „Dziewczyny z zespołu”.

Kim Gordon to esencja bycia cool, więc to nie trap płynie w jej żyłach — to ona płynie w żyłach trapu. Kiedy oglądałem zapis koncertu tej 70-letniej ikony, zadawałem sobie i innym pytanie: „Czy wyobrażacie sobie swoje babcie robiące coś takiego?”.

Gdy w wywiadach Kim Gordon jest pytana o to, jak i dlaczego postanowiła obrać taki kierunek, odpowiada, że kluczową postacią jest Justin Raisen — znany w środowisku producent, który współpracował zarówno z artystami mainstreamu m.in. Lil Yachty, Charli XCX, jak i alternatywy, m.in. Yves Tumor czy Animal Collective. Współpraca pomiędzy Kim i Justinem zaczęła się spontanicznie — na zasadzie: „Mam tu fajny bit, może się dograsz?”. No i dograła się — a potem stworzyli razem trzy pełnoprawne albumy.

Oprócz otwartości na inne gatunki zaważyła tu też naturalna estetyka Kim — od zawsze bardziej fascynowała się rytmem niż melodią, co częściowo wynika z jej ograniczonej skali wokalnej. Nie patrzyła więc na bity jak na mainstreamowy trend, ale jako na narzędzie, którym może się posłużyć. Z drugiej strony, słuchając jej wywiadów, mam wrażenie, że to doświadczenie bardzo ją otworzyło — sama przyznała, że kiedyś była sceptyczna wobec współpracy z dużymi gwiazdami, a dziś nie wyklucza nawet kolaboracji z Tylerem, the Creatorem. Myślę, że to jest klucz do zrozumienia jej sukcesu – nie odrzuca popu czy trapu, z którymi nigdy nie miała nic wspólnego, a próbuje z nich skorzystać i wejść w nieznane dla niej rejony, dzięki czemu tworzy coś niepowtarzalnego, a zarazem esencjonalnego.

Trzeci album Kim Gordon PLAY ME to w wielkim skrócie połączenie jej dwóch poprzednich płyt — gitarowego eksperymentu z trapowymi bitami.

Pierwszy utwór — tytułowy Play Me, a zarazem ostatni singiel — penetruje jednak nowe rejony. Zbudowany na samplach perkusji i trąbki, przypomina oldschoolowy, undergroundowy hip-hop z lat 90., czyli coś, czego u Kim Gordon wcześniej nie uświadczyliśmy. I ponownie — ta konwencja pasuje do niej idealnie, jak i odwrotnie — wydaje się, jakby sam hip-hop był dla niej stworzony.

Z kolei GIRL WITH A LOOK jest odjazdem w stronę post-punku, z nieco shoegaze’ową gitarą w tle. Połączenie tych dwóch estetyk jest już bardziej oczywiste, ale dodany emocjonalny i przejmujący wokal Gordon sprawia, że mam ciary przez cały numer.

Oba te utwory, jak i zdecydowana większość materiału, nie przekraczają trzech minut i z jednej strony można postawić zarzut, że są proste i nieskomplikowane. Z drugiej jednak strony — dzięki ich odmiennemu charakterowi — każdy z nich jest bardzo esencjonalny.

BLACK OUT trwa minutę trzydzieści osiem i jest to trapiszcze totalne. Legenda głosi, że jeden z utworów z albumu miał być pierwotnie przeznaczony dla Playboia Cartiego — i stawiam, że chodzi właśnie o BLACK OUT.

Tu dochodzimy też do łyżki dziegciu — w nadmiarze trapu zaczyna brakować nieco pomysłów.

SQUARE JAW, POST EMPIRE i NAIL BITER to utwory, których nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu nie jestem w stanie zapamiętać czy zanucić. To oczywiście nie są złe produkcje, ale nie są tak obezwładniające jak choćby DIRTY TECH — którego zresztą też nie darzę sympatią, ale już po pierwszym odsłuchu wiedziałem, że go nie zapomnę.

Oprócz trapowych zagrywek mamy też powrót nostalgii do Sonic Youth w postaci wspaniałego NOT TODAY. Motoryczna perkusja, tempo, skale melodyczne i brzmienie gitar sprawiają, że czujemy się jak na początku lat dwutysięcznych, gdy zespół wydał album Sonic Nurse.

Gordon żegna nas utworem BYEBYE25! — czyli rekonstrukcją singla z poprzedniej płyty. To zupełnie niepotrzebny dodatek, który — poza krytycznym komentarzem o Trumpie i amerykańskim życiu — wnosi niewiele i wypada słabiej niż oryginał.

PLAY ME to album nierówny. Nieco lepszy niż debiut, ale słabszy niż drugi. Zapewne gdyby Kim wraz z Justinem bardziej popracowali nad oryginalnością wypełniaczy, które obciążają środkową część albumu, moglibyśmy dostać materiał na miarę płyty roku. Nie zmienia to jednak faktu, że znajdziemy tu jedne z lepszych utworów w jej karierze — i takie, które na żywo będą naprawdę potężne. A samej Kim Gordon należy bić pokłony.