Groundbiter – About The End Of Each Of Us

2026-10-14 • Natalia Drymlak

Zacznę dość odważnie – czuję, że znalazłam Spiritbox made in Poland – dokładniej made in Rybnik. Nu-metalowa grupa Groundbiter wydała konkretny krążek debiutancki.

Staram się śledzić na bieżąco co dzieje się ciekawego na naszej rodzimej scenie metalu alternatywnego. Gatunek ten kręci się wokół mojego życia zachowując się jak morze – raz pojawia się w tle, nie zaburzając spokojnych wód a raz zmiata wszystko jak huragan, dominując w moich słuchawkach. Widząc nową grupę na horyzoncie zawsze napawa mnie nadzieją na odkrycie nowego, intrygującego zespołu.

Groundbiter muzycznie dopiero raczkuje na naszym rynku bo rozpoczęli działalność w 2025 roku. Zespół działa w formie DIY robiąc wszystko samodzielnie – od tworzenia tekstów, grania na instrumentach po mastering i nagrywanie tworzonego materiału.Już na etapie researchu zostałam kupiona: jako wielka fanka twórczości Poppy, numerów Spiritbox i działalności Linkin Park po śmierci Chestera (przed również – spokojnie, osobiście rozdzielam to na dwa zespoły). Ucieszyłam się bardzo, na możliwość poznania albumu w takich klimatach bo są mi bliskie.

Subtelny „Drive” otwierający płytę stawia nas w pozycji osoby uciekającej od odpowiedzialności i próbującej zostawiać rzeczy za sobą. Agresywniejsza druga część numeru zadaje nam pytanie: czy dobrze robimy? Czy powinniśmy przyjąć to na klatę i stawić czoła problemom? Refren osobiście kojarzy mi się z samochodem sunącym po autostradzie. Spokój osiągnięty za kółkiem przerywany jest gitarami lub agresywnym wrzaskiem. Pędzimy dalej w naszej muzycznej podróży: „The Sand” rozwija pytania, które mogliśmy sobie zadać przy poprzednim utworze. Subtelnie wierci nam dziurę, budując napięcie wywarzonymi gitarami i perkusją, która prowadzi nas przez zwrotki. Numer wypada spokojniej, dobrze balansując między zachowawczym graniem a zaskoczeniem słuchacza partiami rapowymi czy growlem.

To nie koniec rapowych wstawek, przynoszących na myśl twórczość Linkin Park czy pierwszej płyty Wirefall – „Bleached” bierze to, z czym często utożsamia się nu-metal: trochę rapu, sporo melodyjności (w tym przypadku w refrenie, który jest rewelacyjny) i dużo pieprznięcia. Przechodzi zgrabnie do bardziej balladowego „Earthrise”. Dobrze wypada taka spokojniejsza wstawka, ponieważ tworzy integralną część z poprzednimi numerami, nie wybijając nas z rytmu czy klimatu. Widać, że Groundbiter technicznie sobie dobrze radzi z płynnym łączeniem między utworami w jedną, spójną całość. „Brightless” od razu skojarzyło mi się z piosenką, która mogłaby zostać żywcem wyciągnięta z „Negative Spaces” od Poppy (również polecam, świetny multigatunkowy album). Lżejsza melodia spotyka się z surowymi gitarami po środku, gdzie znajduje się wokalistka, każąc nam otworzyć oczy.

Drugą połowę krążka otwiera nam singiel „De/humanized” nie trzymając się w ryzach i atakując nas od pierwszych chwil agresywną, ciężką gitarą i rapem. Absolutnie nie dziwi mnie wybór tego numeru na singiel promujący płytę: mamy tu wszystko, co znajdziemy na całej płycie. Oprócz wymienionych wcześniej składników mamy świetny bridge, zachęcający do agresywnego pogo, subtelnie wyśpiewany refren oraz dominującą perkusję, nadającą wszystkiemu rytmu. Po usłyszeniu tego numeru po raz pierwszy od razu przyszła mi myśl, że bardzo chętnie usłyszałabym go na żywo w jakimś małym klubie, wypełnionym fanami metalu.

„Deathless” traktuje trochę jak takiego sędziego, który rozlicza słuchacza z oddalenia się od własnego „ja”. Poruszana jest tu trudność w szczerej ekspresji i obawa o odbiór otoczenia. Tekst mocno mnie tu zaciekawił bo nie są to rzeczy, o których myślimy na co dzień. W dojrzały sposób zwracana jest tu uwaga, zachęcająca nad refleksją czy nasze zachowania, są zgodne z nami samymi. Wewnętrzne rozterki kontynuujemy w następnym numerze. Tytuł odnosi się do destrukcyjnego gazu musztardowego, który potrafi niszczyć tkanki i parzyć skórę. „Yperite” opowiada o dostrzeżeniu negatywnego wpływu, jaki miała na nas druga osoba (albo my sami, zależnie od interpretacji). Ciężko tu nie wychwycić mieszankę smutku, żalu ale i wściekłości, spowodowanej przyzwoleniem na takie zachowania.

Końcowe minuty albumu nie oszczędzają słuchacza: „COTV” to historia uświadamiająca o byciu odpowiedzialnym za swoje życie. Znowu dostajemy tu emocjonalny wachlarz lirycznie jak i instrumentalnie: wracamy do agresywnego rapowania i gitar, kończąc na melodyjnym odzyskaniu sił do walki i zawalczeniu z tym, co sprawiało nam ból. Dzieje się tu dużo, ale nadal w zgrabny sposób, nie przytłaczając w trakcie słuchania. Ostatni numer jest idealną klamrą do całości albumu. Całość płyty, która prowadziła nas przez różne stany smutku, bezsilności i frustracji na stan rzeczy kończy się odzyskaniem sił i pokazaniem środkowego palca wszystkim rzeczom, które ciągnęły nas w dół. „Meltdown” w pierwszych sekundach podsumowuje, by zakończyć wszystko z przytupem. Zdecydowanie mój ulubiony numer z całej płyty, ukazujący wszechstronność grupy i dając nam satsfakcjonujący koniec.

Mamy tu do czynienia z bardzo solidnym debiutem. Młoda ekipa z Rybnika udowadnia, że nawet w sposób chałupniczy można stworzyć solidny album. Słuchacz dostaje świetne teksty, nieoczywisty storytelling, porywające melodie, solidną dawkę emocji i dobrej zabawy. Przeczucie mi mówi, że zawojują sceną metalową w naszym kraju – czekam tylko na okazje posłuchania Groundbiter na żywo.