Gorillaz od zawsze było tworem odzwierciedlającym współczesne trendy – czy to w mainstreamie, czy w muzyce alternatywnej – i przerabiającym je na popową modłę.
Każda płyta Gorillaz była w jakimś stopniu odbiciem dnia dzisiejszego. Tak więc na pierwszym albumie mieliśmy do czynienia z trip-hopem, dubem, pokłosiem britpopu i oldschoolowym (jak na dzisiejsze standardy) rapem – wszystko to zostało przerobione na bardziej przystępne i popowe wersje.
Drugi album to już bardziej ujednolicone pop-rockowe brzmienia oraz w dalszym ciągu rap. Ta przystępność sprawiała, że z oryginalnych gatunków wyciągnięto najlepsze aspekty i potraktowano je instrumentalnie. Dzięki temu wyszły cholernie chwytliwe popowe szlagiery, jak nieśmiertelne „Clint Eastwood” czy „Feel Good Inc.”.
Na Plastic Beach z kolei Damon Albarn wziął na warsztat elektronikę – momentami bardzo imprezową i patetyczną – a słowo „plastic” miało tu charakter definiujący cały album. Była to niestety ostatnia z wielkich płyt Gorillaz.
Od wydania Humanz z Gorillaz zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Jedno wydawnictwo za drugim – ni to EP-ki, ni to albumy – niby konceptualne i z oryginalnym podejściem, a jednak wszystkie wydają się do siebie podobne. Oczywiście wśród tego zalewu wydawnictw zdarzały się rewelacyjne i odkrywcze utwory, jak np. „Aries” z legendarnym basistą Joy Division i New Order, Peterem Hookiem czy „Strange Days” z Robertem Smithem. Sam Damon Albarn również nie próżnuje – wikła się w kolejne projekty lub kolaboracje, jak np. rewelacyjny i współcześnie brzmiący utwór „Pure Love” z DJ-em Koze.
Ale gdzieś w tym wszystkim wciąż brakowało esencji, bo przedostatni pełnoprawny album, Cracker Island, wydawał się wtórny i bazujący na tych samych schematach.
Aż w końcu Damon Albarn oraz twórca animowanych postaci Gorillaz, Jamie Hewlett, postanowili odbyć serię wycieczek do Indii i doznać objawienia… W międzyczasie tych duchowych podróży dotknęła ich ta sama tragedia – śmierć ojców – co automatycznie zmieniło perspektywę pobytu w Indiach. Co więcej, Damon wykąpał się w Gangesie, gdzie rozsypał prochy swego zmarłego ojca.
Osobiście nigdy nie czułem, aby duchowość była częścią muzyki Gorillaz czy Blur. Jedynie druga solowa płyta Damona Albarna ma w sobie coś niepokojącego i transcendentnego. Jednak The Mountain stawia duchowość jako punkt wyjścia i chyba właśnie ten aspekt jest tu wyznacznikiem całości.
Pierwszy singiel nie zapowiada jednak uduchowienia – „Happy Dictator” ma charakter zgoła polityczny i, typowo dla Gorillaz, humorystyczny. Singiel nie traktuje o jednym przywódcy, a raczej wyśmiewa ogólny archetyp dyktatora, jednak został zainspirowany wyjazdem Albarna do Turkmenistanu i sytuacją w tym kraju. Absolutnie satyryczny i gorzko-słodki charakter utworu, jak i dodatkowe melodyjne wokale braci Mael z zespołu Sparks, sprawiają, że jest to jeden z mocniejszych i najbardziej wyważonych momentów na płycie.
Popatrzmy jednak na samą strukturę albumu.
Pierwszy utwór – tytułowy „The Mountain” – bardzo mocno określa inspirację muzyką Wschodu, chociażby poprzez użycie typowo indyjskiego instrumentu, czyli sitaru. To naprawdę obiecujący wstęp, szczególnie że mamy tu do czynienia z typowym dla Gorillaz przerabianiem gatunków na modłę popową. „The Mountain” otwiera się bardzo charakterystycznym motywem, na podstawie którego zbudowana jest reszta melodii i brzmień. Jest to idealny opening płyty odzwierciedlający duchowe poszukiwania Albarna i tematykę Indii.
Niestety na tym zabawa z Indiami na pewien czas się kończy. I tu zaczyna się mój największy zarzut wobec tej płyty – przez środkową część albumu nie dzieje się nic nadzwyczajnego, odkrywczego czy nawet szczególnie charakterystycznego. Co prawda mamy kolejny popowy gwóźdź w uszy – „Orange County”, który uwodzi naiwnym i prostym gwizdaniem – jednak w mojej ocenie jest to typowy „ZARA pop” z zapyziałej galerii handlowej, a nie singiel na miarę większych i mniejszych hitów Gorillaz.
Kolejny punkt nijakości to „The Empty Dream Machine”. Ciekawe, że tutaj sytuacja jest dosyć odwrotna niż w pierwszym utworze – Damon również używa sitaru, jednak tylko jako dodatku do monotonnej i niezbyt ciekawej warstwy klawiszowej. Trochę zmarnowany potencjał, gdyż gościnnie udzielają się tu Jonny Marr z The Smiths oraz Black Thought z grupy The Roots, którego rap ani nie dodaje, ani nie odejmuje całości i jest równie mało charakterystyczny co rozwleczony instrumental.
Ciekawie robi się na pewno w siedmiominutowym „The Manifesto”, a szczególnie w pierwszej jego części. Jest to faktyczne łączenie stylów – połączenie gwiazdy argentyńskiego rapu Trueno z indyjskimi motywami przykuwa uwagę, szczególnie, że rap w języku hiszpańskim zatacza coraz szersze kręgi popularności w całej Europie i USA. Druga część to już typowe Gorillaz i chwyty, które znamy z Demon Days, ale za to solidne i charakterne.
Niestety zaraz potem znów robi się nieciekawie i wpadamy w dwa nijakie utwory.
Przy pierwszym odsłuchu płyty z tego marazmu wyrwał mnie „Damascus” i – szczerze mówiąc – to chyba mój ulubiony utwór. Zaczyna się niewinnie, by po minucie wpierdolić nam ostrymi syryjskimi syntezatorami, za którymi stoi nie kto inny jak Omar Souleyman, a na mikrofonie pojawia się Mos Def, znany dziś jako Yasiin Bey. Słysząc tego nowojorskiego rapera, człowiek czuje się jak w domu. Nie tylko ze względu na to, że Mos Def pojawił się niegdyś w jednym z najlepszych utworów Gorillaz – „Stylo” – ale też dlatego, że syryjskie brzmienia są mu niezwykle bliskie. Z jednej strony Albarn zrobił utwór bezpieczny, stawiając na oczywiste połączenia, ale z drugiej – takiego połączenia u Gorillaz jeszcze nie uświadczyliśmy. Dodatkowo imprezowy charakter „Damascus” sprawia, że poziom melanżu automatycznie wzrasta.
Po tej wiksie znów wracamy do nijakości. I nie zrozumcie mnie źle – to nie są fatalne utwory czy złe kompozycje, po których chce się rzygać. The Mountain jest po prostu średnie, a po napompowanych zapowiedziach i naprawdę ładnych, estetycznych teaserach jako fan oczekiwałem czegoś więcej.
Dwa ostatnie utwory są bardzo trafnym i ładnym pożegnaniem z wycieczką do Indii, szczególnie ostatni – „The Sad God”, który wplata motyw z openingu i stanowi idealną klamrę. I może właśnie taka jest ta płyta – okładka bardzo ładna, obiecująca, na odwrocie wygląda jak porządne zakończenie naprawdę dobrej podróży, lecz środkowy etap mija bez echa. Mimo tej krytyki jest światełko w tunelu, bo przeglądając dostępne koncerty na youtubie widać, że na żywo cały album wkracza na wyższy poziom i zyskuje kolorytu, który jest gdzieś tam głęboko skryty w nagraniach.