Ostatnio w Kakofonii debatowaliśmy na temat żyjących żeńskich legend w muzyce. Pierwszą wymienioną była Patti Smith, potem Grace Jones, gdzieś po drodze pojawiła się Björk. Mi natomiast przyszła do głowy Erykah Badu i przez chwilę zastanawiałem się, czy swoim dorobkiem zasłużyła na miejsce na piedestale obok wyżej wymienionych pań?
Jej dyskografia obejmuje pięć albumów wydanych na przestrzeni dwunastu lat, z czego dwa pierwsze – Baduizm oraz Mama’s Gun – pomogły zdefiniować neo-soul i znacząco wpłynęły na rozwój R&B. Erykah urzekała swoimi umiejętnościami wokalnymi, które lawirowały między klasycznym soulem, melodyjnymi hookami, rapowanymi wstawkami i melorecytacją, a wszystko to na tle oszczędnych, minimalistycznych podkładów, częściowo nagrywanych na żywo, a częściowo opartych na samplach.
Oczywiście w tamtym okresie właśnie tak się grało. Zespoły takie jak The Roots, producenci pokroju J Dilli oraz wokaliści tacy jak D’Angelo czy Erykah pracowali niemal obok siebie, wymieniali się doświadczeniami i rozwijali w podobnym kierunku, nie zatracając przy tym własnej indywidualności. Idealnym przykładem takiej współpracy jest historia powstania utworu „Didn’t Cha Know?” z drugiego albumu Eryki. Za produkcję odpowiadał J Dilla, który zaprosił ją do swojego studia, kazał wybrać płytę, na bazie której powstanie samplowany podkład, a następnie pokazał jej, jak zbudować bit. Sama Erykah wspominała, że nie była to typowa wizyta u producenta, który prezentuje gotowe bity, lecz wspólny proces twórczy, w którym Dilla pełnił rolę przewodnika, a ona współtwórczyni. Wszystko to sprawiło, że soul zaprosił do siebie hip-hop i odwrotnie, a reperkusje tej fuzji są słyszalne do dziś.
Podobnie jak w przypadku D’Angelo, u Eryki nastąpił długi okres wydawniczej posuchy, trwający aż szesnaście lat. Oczywiście nie odeszła od muzyki – wciąż koncertowała, udzielała się gościnnie u innych artystów i prowadziła bardzo aktywne życie artystyczne. Równocześnie zajmowała się rozwojem osobistym i duchowym, nauczaniem, a także pracą douli. Zresztą zamiast czytać o tym tutaj, polecam obejrzeć dowolny wywiad z Badu z ostatnich kilku lat. Bardzo szybko można dostrzec, że jawi się jako niezwykle dojrzała artystka, a może po prostu jako osoba, która osiągnęła jakiś wyższy poziom świadomości.
Po szesnastu latach przerwy we własnych wydawnictwach Erykah sprzymierzyła się z jednym z najważniejszych producentów hip-hopu w historii, a zarazem jednym z najbardziej zapracowanych twórców ostatnich lat, który chyba nawet przez sen robi bity – The Alchemistem. Oczywiście nie jest on aż tak wielką legendą jak sama wokalistka, a w wywiadach przyznawał, że przez lata patrzył na nią z perspektywy fana, pozostającego gdzieś daleko od jej majestatu, i nigdy nie przypuszczał, że będzie mu dane z nią współpracować. Widać marzenia się spełniają. Dobrze, że padło właśnie na Alchemista, bo poza nim czy Madlibem trudno wskazać bardziej wymarzonych producentów dla Badu.
Na pierwszy ogień poszedł singiel „Witch Doctor”, opatrzony rewelacyjnym teledyskiem wyreżyserowanym przez samą Erykę. Po pierwszym odsłuchu poczułem się jak w domu. Dokładnie tak wyobrażałem sobie kolaborację tej dwójki – ciemny werbel, zapętlona melodia, mnóstwo perkusjonaliów oraz charakterystyczne dla Alchemista wokalne sample pojawiające się już na samym początku. No i Erykah, która od pierwszych słów przejmuje pełną kontrolę, a każdy jej zaśpiew jest przemyślany i trafia dokładnie tam, gdzie powinien.
W jednym z wywiadów Alchemist opowiadał, że już pierwsze nagrania demo wokali były magiczne i epickie, a on błagał Erykę, by zostawiła je w takiej formie. Ona jednak stanowczo stwierdziła, że wszystko wymaga dalszej pracy, a to, co usłyszał, jest dopiero początkiem. Jeśli chce z nią tworzyć, musi zapiąć pasy i przygotować się na długą podróż. Podobnie jest z otwierającym, siedmiominutowym utworem „Echos”, który przybiera formę kontrolowanego, producenckiego jammu. Tekstury, kolejne warstwy i efekty nakładają się na siebie w sposób, jakiego u Badu jeszcze nie słyszałem. To właśnie z tego utworu bije wszystko to, co znamy z jej wcześniejszej twórczości, ale podane w nowoczesnym, świeżym ujęciu produkcyjnym.
Niestety, to właśnie ten utwór okazuje się najlepszym momentem całej płyty. Nie oznacza to jednak, że reszta materiału jest słaba czy choćby przeciętna – wręcz przeciwnie. Brakuje jedynie odrobiny szaleństwa, radykalności albo większego eksperymentu. To dość zachowawczy album, który mimo wszystko od razu plasuje się wśród najlepszych pozycji w karierze Eryki. Utwory takie jak „I Just Play a Part”, „Valentine” czy „They Ain’t You” bez problemu mogą dołączyć do kanonu jej najbardziej charakterystycznych kompozycji.
Swoje robi również lista gości. Znając twórczość Kamasiego Washingtona, Thundercata czy Earla Sweatshirta, wyraźnie słychać, jakie piętno odcisnęli na poszczególnych utworach. Każdy z nich spełnia swoją rolę, a momentami można odnieść wrażenie, że niektóre kompozycje powstawały z myślą o konkretnym artyście. Dobrym przykładem jest gospelowy „I Know That Man”, który brzmi tak, jakby Earl Sweatshirt zamówił go na własną płytę.
Podsumowując – jest to naprawdę udany powrót legendarnej wokalistki, która wciąż pozostaje w świetnej formie, nie schodzi poniżej własnego poziomu i prawdopodobnie już nigdy nie nagra słabego albumu. Ten duet nie zdecydował się na rewolucję, lecz postawił na sprawdzone środki wyrazu, które we wzajemnym połączeniu tworzą wyjątkową synergię. Odpowiadając więc na pierwsze pytanie – czy Erykah zasługuje by być na piedestale wśród żeńskich legend? Jak najbardziej. Jeszcze jak.