Angel Egg – blue lights

2026-06-30 Witek Bartula

Trip hop od zawsze był gatunkiem hybrydowym. Wykuty został na bazie innych, takich jak dub, post punk, soul, funk, rap i wielu więcej. Dawało to możliwość nieustannej ewolucji i eksperymentowania z brzmieniem czy formą. Paradoksalnie, po swojej złotej erze, gdzieś w okolicach lat dwutysięcznych osiadł na mieliźnie, stał się wtórny, a najwięksi jego przedstawiciele wydawali stosunkowo podobne albumy. Od kilku lat mamy jednak do czynienia z powrotem trip hopu i ponownym odkrywaniem urwanych wcześniej wątków, jak np. łączenie go z shoegaze’em, oldschoolowym rapem czy nowoczesnym r’n’b. Widać to też na naszej rodzimej scenie, na której z jednej strony działają wokalistki takie jak Ajla, a z drugiej pełne zespoły, jak Angel Egg.

Oczywiście Angel Egg nie ograniczają się tylko do trip hopu, gdyż w samej notce prasowej piszą jasno, że inspiruje ich muzyka alternatywna lat 90. w szerszym kontekście. Na debiutanckiej EP-ce „blue lights” jest to wyczuwalne – możemy odnaleźć nie tylko trip hop, ale też powiew shoegaze’u, rocka czy grunge’u. Wszystko to jest jednak efektem punktu wyjścia jednej konwencji. Nawet okładka i grafiki, które reprezentują Angel Egg przypominają estetykę zapomnianego undergroundowego zespołu Bowery Electric. Pierwszy utwór „violence is a number” wita nas dokładnie tym, o czym piszą – stylistyką lat 90. w ogólnym rozumieniu. Skala i melodia wokalu dają poczucie przeniesienia się do czasów ścieżki dźwiękowej z Batman Forever, w której nie było Massive Attack czy Portishead, a Seal i U2. Niby odległe światy, a jednak korzystające z podobnych rozwiązań harmonicznych. Sama kompozycja jest zbudowana na modłę lat 90. i pomimo użytego schematu zwrotka-refren-zwrotka-qlimax, przejścia pomiędzy sekcjami są bardzo płynne, a kulminacja utworu jest chyba najlepszą częścią całej epki.

Drugi w kolejce „night fall” uderza zdecydowanie rockową motoryką, co słychać przede wszystkim w perkusji i basie. Tutaj też dochodzimy do mojego największego problemu z całą EP-ką, czyli produkcji, szczególnie jeśli chodzi o perkusję. Momentami jej brzmienie jest mocno zamulone (szczególnie werbel w „spiral”), neutralne i, krótko mówiąc, bez pomysłu. Pewnie wystarczyłby mocniejszy reverb, zabawa equalizacją czy ogólnie bardziej radykalne kroki, aby perkusja zabrzmiała trip hopowo. Niestety ostatecznie brzmi jak każda inna i daleko jej do bycia crunchy. O ile w pierwszym utworze nie jest to odczuwalne, gdyż przestrzeń jest ładnie wypełniona, o tyle w kolejnych trzech zespół brzmi bardziej jak wersja demonstracyjna. Zakładam, że niedzielny słuchacz nie zwróci na to uwagi i, przyciągnięty eterycznym wokalem, nawet nie skupi się na drumsach. Jednak każdy fan trip hopu wie, jak bardzo brzmienie perkusji jest istotne dla tego gatunku.

Pytanie brzmi: co jest ważniejsze – kompozycja czy produkcja? Pod względem tego pierwszego Angel Egg udowodnili, że potrafią pisać chwytliwe, nieprzekombinowane piosenki z bardzo melodyjnymi refrenami i zwięźle opowiadać historię. Również wokal brzmi tak, jak powinien – niby od niechcenia, trochę zblazowany, ale gdy trzeba, potrafi być mocny. Dodatkowo szacun za używanie języka angielskiego, bo dzięki temu całość brzmi bardziej szczerze i naturalnie dla tego gatunku. Tu też moja rada dla zespołu – jeśli jacyś mądralińscy będą się nabijać i nazywać to „polisz-inglisz”, nie poddawajcie się i pamiętajcie, że świat jest większy!