Mam wrażenie, że im bardziej świat wariuje, tym bardziej Massive Attack się uaktywniają. Ostatnie poczynania koncertowo-wizualne Massive Attack są najmocniejsze od lat, a w ubiegłym tygodniu policja aresztowała Roberta Del Naję podczas pro-palestyńskiego protestu. W tytule kryje się jednak lekkie przekłamanie — owszem, ich ostatnie wydawnictwo „Eutopia” pochodzi z 2020 roku (gdy świat również wariował!), a same utwory były naprawdę dobre, jednak przez nałożenie na nie wypowiedzi naukowców cała EP-ka momentami jest niesłuchalna. Zresztą na pełnoprawny album czekamy już 16 lat…
Kiedy więc w zeszłym roku zespół wydał oświadczenie i zapewnił o nowym materiale, podchodziłem do tego sceptycznie. Aż w końcu czekanie dobiegło końca — dostaliśmy nowy singiel, i to z Tomem Waitsem na wokalu, który również przez ostatnie lata pozostawał raczej w cieniu i niewiele wydawał.
Oczywiście mamy do czynienia z protest songiem i z tej perspektywy należy ten utwór odczytywać, ale zostawmy to na boku i skupmy się na samej muzyce.
Odpalając „Boots on the Ground” jako wierny fan Massive Attack, czuję się jak w domu — gdzie nie spojrzeć, tam odniesienia do wcześniejszej twórczości. Począwszy od pierwszych sekund perkusji, przywodzącej na myśl „Paradise Circus” czy „Voodoo in My Blood”, aż po prostą, bardzo „massive’ową” progresję akordów na pianinie. Nawet głos Waitsa — choć wcześniej nie współpracował z Brytyjczykami — pasuje tu zaskakująco dobrze, choćby przez skojarzenia z równie niskim wokalem Daddy’ego G.
„Boots on the Ground” to mocarny trip-hop — perfekcyjnie wyprodukowany i świetnie brzmiący, co być może maskuje pewne kompozycyjne niedociągnięcia. Przykładowo, w okolicach 2:40 utwór skręca w nieco inną stronę, buduje napięcie przed jakimś kulminacyjnym momentem, który jednak nigdy nie nadchodzi. Dla porównania warto przypomnieć sobie, co dzieje się pod koniec wspomnianego „Paradise Circus”.
Mimo to „Boots on the Ground” jest naprawdę dobrym kawałkiem — udanym powrotem i zapowiedzią czegoś większego. Wierzę, że w kontekście całego albumu nabierze jeszcze większej siły. Do „Mezzanine” jednak nie ma podjazdu.