Niegdyś na myśl o Bonobo mogłem wypowiedzieć jedno słowo – GENIUSZ. Było to w latach między 2010 a 2013, gdy Simon Green był w swojej szczytowej formie, zaraz po wydaniu epickiego Black Sands i przed wydaniem całkiem dobrego The North Borders. To właśnie ten drugi album wskazał drogę, w którą Brytyjczyk wyruszył na kolejną dekadę. Od tamtej pory dostaliśmy naprawdę przeciętne albumy, takie jak Migration oraz Fragments.
Przez jakiś czas miałem jeszcze nadzieję na powrót mistrza, ale niestety bezowocnie. Najnowsze „Me and You” oferuje dokładnie to samo co poprzednie dwie płyty, czyli nijakość i miałkość. Zanim ktoś krzyknie: „Aha, czyli kiedyś to było lepiej, dziadzie jeden?”, niech przesłucha sobie Black Sands i porówna je do jego następców. Gdzieś uciekł ten zmysł kompozycyjny, koloryt i wielowymiarowość. I nie jest to kwestia tego, że Bonobo postawił na muzykę taneczną – on zawsze miał z nią wiele wspólnego. Chodzi o kompletny brak oryginalności, bo gdy postawimy obok niego dwóch mistrzów lekkiej i melancholijnej elektroniki tanecznej, czyli Caribou i Four Teta, od razu usłyszymy różnicę. Brak wyraźnych melodii, bicik, który usłyszycie w każdej kolejce do lounge baru, oraz randomowy sampel jakichś ludowych ziomków, który ma nam sugerować, że to wciąż Bonobo. Na domiar złego drop w 1:20 jest najbardziej bezpłciowym dropem, jaki słyszałem od dawna.
Przy okazji recenzji Migration napisałem: „Jako wielkiemu fanowi Simona jest mi po prostu smutno. Smutno, że doczekaliśmy się czasów, w których Bonobo wydaje średnią płytę. Módlmy się, by było to tylko chwilowe artystyczne zagubienie i żeby za 3–4 lata wszystko wróciło do normy”. Jesteśmy później niż 3-4 lata, a Simon dalej idzie w zaparte.
Pewnie się tak nie stanie, ale mam nadzieję, że we wrześniu, gdy cały album będzie miał swoją premierę, będę mógł odszczekać powyższe słowa. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że powiem znaną sentencję:
„Niby człowiek wiedzioł, a jednak się łudził”.