Przytulnie czy ciasno? Bittersweet 2026

2026-08-30 Michał Sagucki

Poznańska Cytadela zagęściła się podczas Bittersweet Festival 2026

Zacznę od informacji najbardziej oczywistej, powielonej, o której można było przeczytać praktycznie w każdej relacji, a której doświadczenie nie należało do przyjemnych – ludzi było za dużo. Już poprzednia, a zarazem debiutancka edycja festiwalu okazała się frekwencyjnym sukcesem, natomiast tegoroczny Bittersweet faktycznie nabrał memicznej dwuznaczności – bo było i bitter, i sweet (i trochę też sweat, ale to akurat konsekwencja upałów).

Wiem, że nie jestem odosobniony w tej opinii, ale format festiwalu, profil zapraszanych artystów, przemyślana narracja, komunikacja i oprawa wizualna zasługują też na przestrzeń będącą w stanie udźwignąć tak duże wydarzenie. Park Cytadela jest wyjątkowym miejscem, jednak niewydolnym przy wielotysięcznych tłumach. Ale zacznijmy od początku.

Słodko-gorzko, czyli Bittersweet Festival 2026

Już przy poprzedniej edycji odległość od stref partnerskich względem sceny głównej była za mała – dźwięki basowe płynące z „Jelenia” nachodziły na scenę główną, przez co stojąc w połowie terenu koncertowego, słychać było dudnienie zza pleców. To nie zostało poprawione przy tegorocznej edycji i koncert Twenty One Pilots dla stojących przy „rotundzie PKO” był basowo przebijany ze wspomnianej strefy partnerskiej. Nie jestem fanem tego napoju, ale po zaburzonym występie zostałem dodatkowo zniechęcony.

Trzeci dzień, czyli sobota, był naprawdę upalny – i jest to opinia „ciepłoluba”, dla którego zagrożenia związane z wysokimi temperaturami są wyłącznie wskazówką. Co w praktyce oznaczają takie upały? Gigantyczne kolejki do wody pitnej. Wody, której zaczęło brakować około 17:00, a wieczorem we wszystkich cysternach było pusto. Ciężko zabezpieczyć odpowiednie ilości przy takich upałach, ale na gigantyczne kolejki i puste cysterny składały się przepotężne tłumy, którym sprzedano bilety.

Gorzkość tej edycji to ilość festiwalowiczów, bo nie chodzi wyłącznie o utrudnioną komunikację. Aby rozbić tłum, sceny były oddalone, więc w tych ściskach potrzeba było więcej czasu, aby dotrzeć na czas między koncertami – w konsekwencji część występów odpuściliśmy. Nie mieliśmy ochoty się przeciskać.

Tłumy oznaczają również ruch jednostronny po części festiwalu, kolejki w strefie gastro, do wodopojów, do wejścia i wyjścia. Najgorzej było pierwszego dnia – w kolejnych mam wrażenie, że trochę łatwiej było się przemieszczać. Może nauczyliśmy się zasad ruchu?

Dźwięki millenialsów na Bittersweecie

Nie słuchałem Ciary, nie znam Jessie J, Rity Ory ani Aloka – ostatecznie ta muzyka do mnie nie trafiła, ale też warunki nie pozwoliły mi „próbować” zaznajomić się z ich twórczością (patrz wcześniej – za dużo ludzi, aby biegać między scenami). Postawiłem kartę na tych artystów, których znam, ale też na tych, w których muzyce było coś obiecującego – nie zawiodłem się. Muzycznie Bittersweet był petarda. 

Dzień 1 (13.08)

Headlinerem pierwszego dnia było Gorillaz, których 90-minutowy występ to totalny odlot. Zostaliśmy przeprowadzeni nie tylko przez ikoniczne bangery, ale też zapoznani z nowym materiałem inspirowanym indyjską kulturą. Niestrojąca gitara i zapomniany tekst – to elementy czyniące ten koncert wyjątkowym, a zespół z liderującym Damonem Albarnem zagrał fantastycznie. Energia i zabawa płynąca ze sceny była szalenie zaraźliwa.

Wspomnę jeszcze o koncercie ZEP, który był pierwszym koncertem, na który udało się nam dotrzeć. Holender przywiózł dziką mieszankę alternatywnego dance’u pomieszanego z rockowymi riffami i zgromadził roztańczone tłumy przed sceną NEXT, która to była najmniejszą z przestrzeni koncertowych.

Dzień 2 (14.08)

Gwiazdami drugiego dnia byli Chet Faker, Parcels oraz Twenty One Pilots. Po wielokrotnym odsłuchu świetnej nowości od Cheta Fakera i zainspirowany twórczością, którą wydawał jako Nick Murphy, stworzyłem w głowie pewne oczekiwania od tego koncertu. Te wyobrażenia zostały całkowicie spełnione, a nawet przerosło to moje oczekiwania.

Chetowi Fakerowi dużo bliżej do gitarowych i eksperymentalnych brzmień niż do popgwiazdy, na którą był kreowany lata temu. Mogło się to wielu osobom nie podobać – dawne przeboje zostały przearanżowane na agresywniejsze, pełniejsze, głośniejsze i dużo bardziej odważne wersje. Muzycy bawili się kompozycjami, wydłużając wykonania do psychodeliczno-transowych form. Nie zabrakło hitów, ale wybrzmiały zupełnie inaczej, niż przyzwyczaiło nas do tego radio.

Na koncert Parcels czekałem już bardzo długo. Australijczycy przywieźli na festiwal pełnoprawny koncert z dodatkowymi wizualizacjami, ujęciami z kamer scenicznych oraz repertuarem, który roztańczył publikę. To był ten koncert, przy którym nie można się zatrzymać nawet na chwilę. Otrzymaliśmy materiał z debiutanckiego albumu, z Day/Night oraz najnowszego Loved.

Przeprowadzono nas przez funky-pop-psychodeliczną podróż i dla mnie był to najwspanialszy występ tego dnia. Zaskakujące było to, jak niewiele ludzi wytrwało do końca występu, a mogło to wynikać z faktu, że ich koncert nachodził właśnie na koncert Twenty One Pilots.

Duet grał na scenie głównej. A przynajmniej tam bywał najczęściej, bo występy Amerykanów należą do bardzo widowiskowych i wybuchowych, a ich samych ciężko utrzymać w jednym miejscu. Tyler Joseph skakał, zmieniał buty, biegał między publicznością. Siedzący za perkusją Josh Dun nie pozostawał dłużny i choć instrument stawia pewne ograniczenia, to muzyk podczas występu wspiął się na parometrową platformę, na której miał przygotowany kolejny zestaw bębnów. Z widokiem na wielotysięczny tłum kontynuował poznański koncert.

Jeśli chodzi o ilość eksplozji, pirotechniki, zaskoczeń i nieoczywistości, był to jeden z najbardziej spektakularnych koncertów, na których miałem okazję być.

Dzień 3 (15.08)

Trzeci dzień Bittersweet był okazją do zapoznania się z terenem – udało się zajrzeć na Bittersweet Talks, czyli panelowe rozmowy w namiocie. OKI opowiadał o swoich doświadczeniach w komunikacji z przyjaciółmi i rodziną.

Zajrzeliśmy również do stref wypoczynkowych oraz przestrzeni, gdzie powstają festiwalowe murale. Otoczenie drzew i luźna atmosfera sprawiły, że poczułem chęć spędzenia na tym festiwalu więcej czasu w mniejszym tłumie. Aby móc komfortowo skorzystać z dodatkowych atrakcji (których Bittersweet przygotował bardzo dużo), trzeba było być na miejscu już w momencie otwarcia bram festiwalowych.

Trzeciego dnia zaczepiliśmy się o francuską ofensywę na NEXT Stage (najpierw gitarowy Max Baby, na koniec festiwalu set od Myda), natomiast nasze serca skradł czarujący Brytyjczyk ze swoimi ponadczasowymi popowymi przebojami.

Koncert Robbiego Williamsa składał się ze świetnej muzyki sprzedanej w najwyższej jakości i przerywników kabaretowych, a główny bohater sceny udowodnił, że potrafi w entertainment.

Każdy z muzyków wybrzmiał w swoim ulubionym coverze (więc przy okazji posłuchaliśmy sobie klasyki Motörhead, Eurythmics i Beatlesów), a Robbie śpiewał a cappella, całował po głowach publiczność, przebierał się w szalone kreacje i zdzwonił się z mamą Kasią na FaceTime, aby zaśpiewać dla niej utwór przed 40-tysięcznym tłumem. W jego „radiowych” aranżacjach nie brakowało gitar czy agresywniejszej sekcji rytmicznej – to był totalnie odlotowy performance gwiazdy popu.

Do zobaczenia za rok?

Napiszę krótko – chciałbym zobaczyć się z Bittersweet Festival za rok. Ale w innej przestrzeni albo w mniejszym tłumie. Było fajnie, ale było też trudno i męcząco. Wiadomo, że festiwale muzyczne to czasem również wyzwanie logistyczne i zmęczone stopy, ale jednak komfort zabawy i relaks powinny stać na pierwszym miejscu.

Nierozłącznym elementem tej edycji była również promocja nowego festiwalu, który planowany jest na 2027 rok. MESST, którego maskotka – królik – przewijała się przez Park Cytadela, zapowiadany jest jako „nowy mainstreamowy, multigatunkowy festiwal muzyczny”. Na razie mamy tyle, czyli niewiele.

W komunikacji organizatorzy powtarzali, aby dbać o siebie, o nawodnienie i o to, żeby się dobrze bawić. Festiwal ma świetną formułę, identyfikację i pomysł. Teraz, po tym świetnym debiucie i wyprzedanej drugiej edycji, warto byłoby się zastanowić, jaka skala albo przestrzeń byłaby odpowiednia dla Bittersweet Festival 2027.