Playlista dla smutnej jesieniary

2026-10-23 • Witek Bartula

Gdy życie na zewnątrz wygląda jak żywcem wyjęte z Silent Hill lub miasta maszyn z Matrixa, przybywamy wam na pomoc, byście mogli jeszcze głębiej i mocniej partycypować w tej ponurej i smutnej atmosferze.

1. Dj Krush & Toshinori Kondo – Ki-Oku

Wspólny album Dj’a Krusha i nie żyjącego już trębacza Toshinori Kondo, przepełniony jest mrocznymi hip hopowymi beatami tego pierwszego i melancholijnymi partiami trąbki tego drugiego. Ciężko powiedzieć, który z nich zasłużył się w tym albumie bardziej, bo fuzja prezentowana na albumie wydaje się być idealną wypadkową obu Panów. Na tej liście będzie jeszcze trochę o dark jazzie, ale „Ki-Oku” to pozycja obowiązkowa dla fanów tego gatunku jak i Trip-hopu czy Downtempo.

2. Tim Hecker – Ravedeath 1972

W przypadku tej legendy muzyki ambientowej i dronowej do jesiennej aury można zaliczyć właściwie całą dyskografię. Na mnie osobiście największe wrażenie zawsze robił album Virgins – głównie za sprawą jego apokaliptycznego klimatu, brzmiącego tak, jakby niebo waliło się nam na głowę. To jednak wydany wcześniej Ravedeath, 1972 jest prawdziwą kwintesencją jesiennej melancholii. O ile na Virgins znajdujemy się w samym środku walącego się kościoła, o tyle Ravedeath, 1972 stawia nas pośród bezkresnego, spowitego mgłą pola – zresztą same tytuły utworów tylko wzmacniają to wrażenie. Do dziś jest to album uznawany za wizytówkę Heckera, a być może także całego współczesnego ambientu.

3. The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble – I Forsee the Dark Ahead, if I Stay

The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble to zespół, który idealnie wpisuje się w klimat ciemnych, zamglonych i ponurych dni. Ich depresyjna estetyka może przywoływać na myśl dokonania Portishead, jednak Holendrzy idą jeszcze dalej, zanurzając słuchacza w jeszcze mroczniejszych i bardziej hipnotycznych pejzażach dźwiękowych. Szorstkie, elektroniczne bity splecione z jazzową estetyką, pourywane partie trąbek, melancholijny kobiecy wokal oraz fascynacja kinem giallo – to właśnie elementy definiujące brzmienie grupy. Obok BOHREN & DER CLUB OF GORE są oni jednym z najważniejszych przedstawicieli dark jazzu i doom jazzu. W przeciwieństwie do niemieckiej formacji ich muzyka pozostaje jednak bardziej melodyjna i przystępna, dzięki czemu łatwiej w nią wejść, nie tracąc przy tym nic z jej mrocznej atmosfery. Osobiście potrafię wskazać zaledwie kilka utworów, które nazwałbym jednymi z najlepszych, jakie kiedykolwiek słyszałem. „Lobby” – zwłaszcza w wersji koncertowej – bez wątpienia należy do tego grona.

4. Burial – Burial

Pierwsza płyta Buriala z 2006 roku to domowe wariacje na tematy około dubstepowe i 2-stepowe, z wyraźnym naciskiem na to pierwsze. To wspaniały debiut, od którego wszystko się zaczęło, a który nie blednie przy kolejnych, nieśmiertelnych produkcjach Buriala. Stukanie młoteczków i bas ukryty gdzieś głęboko – właśnie z tym kojarzy mi się ten album. Nie bez powodu wytwórnia Hyperdub zainteresowała się Williamem.

5. Thom Yorke – The Eeraser

Solowa płyta Thoma Yorke’a z 2006 roku to wyprawa w elektronikę w pełnym tego słowa znaczeniu. Zresztą lider Radiohead znany jest z folgowania z elektronicznymi brzmieniami. Thom korzysta z bardzo oszczędnych i minimalistycznych bitów, których odniesień możemy szukać na Amnesiac czy nawet Hail to the Thief. The Eraser to opowieść o samotności, odrzuceniu i zagubieniu. Czyli głównie o tym, co w Radiohead wszyscy kochamy. Różnica jest taka, iż na tym albumie czuć uzewnętrznienie artystyczne w maksymalnej postaci. Prawdopodobnie najbardziej osobisty materiał Yorke’a, nawet po dziś dzień.

6. Gravediggazz – 6 Feet Deep

Pewnego razu RZA (Wu-Tang), Prince Paul (De La Soul), Frukwan (Stetsasonic) i Too Poetic (Brothers Grym) połączyli swoje pierścienie mocy i stworzyli najbardziej okrutny, niegodziwy i brutalny album hip-hopowy, jaki świat widział. Na specjalne potrzeby nadano ich stylowi nazwę horrorcore, a chłopaki wymyślili sobie nowe pseudonimy. Między innymi RZA nazwał się Rzarector, a Too Poetic – The Grym Reaper. Fenomenem 6 Feet Deep jest to, że słuchanie tekstów o śmierci, grabieży i morderstwach jest tutaj tak zajebiste, że chce się do tego wracać codziennie.

7. The Mount Fuji Doomjazz Corporation – Succubus

Była mowa o Kilimanjaro, więc teraz czas na ich równie wybitne alter ego. Zapomnijcie o klasycznych kompozycjach – The Mount Fuji Doomjazz Corporation (skąd oni biorą te nazwy?!) to odjazd w stronę drone’owych eksperymentów i brzmień czystej improwizacji. Succubus jest bardzo ciężkim i przytłaczającym wydawnictwem. Momentami uwodzi swoją seksualnością, a momentami smuci dźwiękami trąbki. Do spania polecam zaś Roadburn – zapis ich występu na festiwalu Roadburn (każdy ich album jest zapisem wyczynów na żywo). Bardzo często pomaga mi zasnąć, gdy jest to trudne.

8. Quasimoto – The Unseen

Madlib znany jest z tworzenia kooperacji z różnymi raperami i osobowościami. Tym razem zrobił taką współpracę z samym sobą… Quasimoto to najbardziej intrygujący i pokręcony wymysł kalifornijskiego producenta. Żółty pseudo-niedźwiedź, lubujący się w grzybkach, marihuanie i seksie, na The Unseen swoim wysokim głosem rapuje, a raczej melorecytuje, pod typowo Madlibowskie podkłady. Oczywiście ci dwaj dżentelmeni to jedna osoba, co Madlibowi udało się skutecznie zamaskować na płycie. Bardzo domowy klimat tego albumu pomoże jakoś przetrwać te zimne dni.

9. The Soft Moon – Zeros

Podobnie jak w przypadku Tima Heckera, mógłbym polecić każdy album z dyskografii. Post-punk i cold wave są u Soft Moona punktem wyjścia, który zostaje poszerzony przez współczesną produkcję, mocno stawiającą na świat elektroniczny. Nie jest to muzyka odkrywcza, a większość utworów jest prosta i krótka, ale dzięki temu bardzo konkretna – otrzymujemy dokładnie to, czego chcemy. Emocjonalnie jest to ciężki lot – nie odnajdziemy tu ani grama nadziei, a w najbardziej pozytywnym scenariuszu doznamy wkurwu lub przypływu adrenaliny. Cała historia zakończyła się tragicznie, gdyż Luis Vasquez zmarł w 2024 roku. Początkowe informacje wskazywały na wypadek samochodowy, ale dziś już wiemy, że przyczyną była przedawkowanie.

10. Miles Davis – Ascenseur pour l’échafaud

I to chyba największy klasyk z prezentowanych tutaj. Mistrz, wirtuoz, artysta i prawdopodobnie najwybitniejszy muzyk, jaki kiedykolwiek istniał. Ascenseur pour l’échafaud to oczywiście soundtrack do czarno-białego filmu Windą na szafot z 1958 roku. Dlaczego tak stary i klasyczny materiał kończy nasze zestawienie? Bo nie ma nic bardziej przejmującego i melancholijnego, obnażającego szarość życia, niż ta smutna, dogorywająca trąbka… Dobrze, że istnieje coś takiego jak jazz.