Open’er Festival 2026: zimno, mokro i fenomenalnie

2026-07-09 Michał Sagucki

Chłodny lipiec na Open’erze. Festiwal uszami redakcji Kakofonia.art

Za nami kolejna edycja największego festiwalu muzycznego w Polsce. Tegoroczny Open’er po raz kolejny udowodnił, że potrafi pomieścić niemal cały muzyczny świat – od artystów z kilkudziesięcioletnim dorobkiem po twarze znane głównie z TikToka. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Dyplomatycznie rzecz ujmując.

Dla naszej redakcji był to wyjątkowo intensywny okres. Liczenie kroków okazało się zbędne – taniec pod sceną bez problemu wyrobił 300–400% dziennej normy. Karnet na Open’era to właściwie abonament na cardio, o czym łatwo zapomnieć w chwili zakupu.

A tańczyć naprawdę było do czego. Nawet jeśli pogoda uparcie próbowała nam ten plan pokrzyżować. Deszcz i wiatr okazały się jedynymi przeciwnikami, z którymi organizatorzy nie byli w stanie wygrać. Alter Art ma wiele asów w rękawie, ale sterowania pogodą jeszcze nie opanował.

Zapraszamy na krótkie podsumowanie tegorocznej edycji. Dzień po dniu.

INTRO

(i nie, nie chodzi o utwór The XX, choć ten również wybrzmiał na Main Stage)

Odbiór opasek przebiegł wyjątkowo sprawnie, choć obsługa wyraźnie przykładała dużą wagę do ich zaciskania. Najwyraźniej odgórne wytyczne stawiają nacisk na zacisk – opaska ma zostać na ręce do końca festiwalu i nie pozostawiać żadnych szans na kreatywne (niekoniecznie legalne) współdzielenie karnetu.

Na teren eventu można dostać się dwiema drogami – głównym wejściem od strony festiwalowych autobusów lub bramą przeznaczoną dla zmotoryzowanych indywidualnie. To jednak dopiero początek podróży.

Każdy, kto był na Open’erze choć raz, wie, że odległości między scenami potrafią zaskoczyć. Przejście z Main Stage do Tentu zajmuje około piętnastu minut i przypomina spacer wokół całego krakowskiego Rynku – tylko zamiast gołębi i turystów mijamy tysiące festiwalowiczów. A tych z każdym kolejnym dniem wyraźnie przybywa. Szczególnie przed weekendem.

ŚRODA 01.07

Kasia Lins, Kneecap, Viagra Boys i David Byrne

Zaczęliśmy od koncertu Kasi Lins na Main Stage, na który niestety się spóźniliśmy (patrz wyżej: wyzwania odległościowe). Uroki openerowskich dystansów dały o sobie znać już pierwszego dnia.

Kasia przywiozła do Gdyni projekt Obywatelka KL, przypominając twórczość Obywatela G.C. i Republiki, ale nie zabrakło również autorskiego materiału. Ostatni raz widziałem ją podczas Inside Seaside i mam wrażenie, że właśnie kameralne, zamknięte przestrzenie wydobywają z jej muzyki najwięcej. Wieczorna atmosfera, klubowy półmrok i skupiona publiczność pozwalają tym kompozycjom oddychać. Na otwartej, skąpanej w słońcu scenie część tej magii po prostu ulatuje. Szkoda, bo Obywatelka KL pozostaje jednym z ciekawszych projektów ostatnich miesięcy.

Po chwili przenieśliśmy się do Belfastu.

Kneecap mieliśmy okazję oglądać już wcześniej na OFF Festivalu i trudno było nie porównywać obu występów. Katowicki koncert wydawał się bardziej mroczny, polityczny i skoncentrowany na przekazie. W Gdyni było zdecydowanie bardziej imprezowo. Pot, taniec i energia. Koszulki były całkowicie przemoczone i – wyjątkowo w tej historii – nie chodziło o deszcz. Dla wielu openerowiczów był to pierwszy kontakt z Kneecap i widać było ogromne zaskoczenie tym występem. Niektórzy próbowali zrozumieć teksty płynące ze sceny, ale trudy kognitywistyczne szybko ustępowały miejsca tańcowi. W końcu rytm nie potrzebuje tłumacza.

Viagra Boys było dla wielu wydarzeniem dnia.

Ich zeszłoroczne ogłoszenie na Bittersweet wywołało sensację i poruszenie na nieoficjalnej grupie OFF-owiczów, którzy domagali się występu ekipy ze Sztokholmu. Kolejny rok z rzędu do Katowic nie trafili, ale udało im się wypełnić gdyński Alter Stage, a pierwsze rzędy ochoczo oddawały się pogo podczas negliżowych popisów wokalnych Sebastiana Murphy’ego. Koncert-petarda. Taki, który jednoczy ludzi wokół gitarowego pierdolnięcia. Jedna z najmocniejszych propozycji całego festiwalu.

Gwiazdą, czarodziejem i mesjaszem tegorocznej edycji Open’era, a zarazem artystą zamykającym nasz pierwszy koncertowy dzień, był David Byrne.

Trudno nazwać ten występ po prostu koncertem. Znacznie bliżej mu było do teatralnego widowiska, które z każdą kolejną piosenką coraz mocniej wciągało publiczność do własnego świata. Byrne, mający dziś 74 lata, imponował nie tylko formą, ale przede wszystkim sceniczną charyzmą. Przeprowadził nas zarówno przez swoją solową twórczość, jak i dokonania z czasów Talking Heads. W praktyce oznaczało to czternaścioro skaczących i tańczących muzyków na scenie (w tym wiekowego Davida, któremu wszyscy zazdrościmy witalności i stabilności stawów), a wszystko było perfekcyjnie przemyślane – choreografia, wizualizacje, światło i ruch. Do tego repertuar, który doprowadził do łez szczęścia. Like Humans Do, Once in a Lifetime, Life During Wartime czy wzruszające This Must Be the Place sprawiły, że pierwszy dzień Open’era zakończył się dokładnie tak, jak powinien – z uśmiechem, ciarkami i poczuciem uczestnictwa w czymś naprawdę wyjątkowym.

CZWARTEK 02.07

Idles, Nick Cave and the Bad Seeds i Klawo

Czwartek wziął nas szturmem. Deszcz próbował zmyć uśmiechy z twarzy, a porywisty wiatr zwyczajnie pozbawić życia. But we survived – silniejsi i przemoknięci.

Czarujący Don West wprowadził nas w około romantyczny nastrój rodem z twórczości Johna Mayera, ale z minimalnym akcentem na suplementację, kulturystykę i regularną siłownię. Muzycznie bujało świetnie, chociaż widok muskularnego ciała wokalisty wywołał wyrzuty sumienia względem zjedzonego burgera. Na szczęście pamięć dobra, ale krótka, i już po chwili przekąska przepadła w niepamięć, a ja pogrążyłem się w uwodzicielskich neo-soulowych balladach.

Zupełnie inną energię przywieźli chłopcy z Bristolu.

Idles niemal rozpieprzyli openerowski Tent swoją siłą rażenia. To był kolejny dowód na to, że współczesny post-punk ma się znakomicie i nadal pozostaje jednym z najlepszych gatunków do grupowego wyrzucania z siebie frustracji. Hardcore’owe katharsis.

Pierwszy raz zobaczyłem ich podczas Inside Seaside, ale właśnie ten koncert trafił we mnie znacznie mocniej. Było głośniej, ciaśniej i intensywniej. Do tego stopnia, że w pewnym momencie pozbyłem się butów. Niezmącona motoryka i gitarowy szum – pełna swoboda ruchów okazała się absolutnie niezbędna.

Nick Cave i jego Złe Nasiona zabrali nas w podróż przez utwory, które od dekad budują ich legendę. Było miejsce na smutek, zadumę i te charakterystyczne momenty, kiedy człowiek sam nie wie, czy jeszcze stoi na koncercie, czy już uczestniczy w nabożeństwie. Zdarzały się też okazje do czegoś na kształt tańca, co w przypadku kakofonicznej ekipy skończyło się powołaniem ludzkiej stonogi. Wersja festiwalowa, bezpieczna również dla najmłodszych.

Największe wrażenie zrobiła jednak wrażliwość płynąca ze sceny. Cave nie musiał wykonywać gwałtownych gestów ani podnosić głosu. Hipnotyzował samą obecnością, prowadząc publiczność przez mroczne historie z właściwą sobie elegancją. To był koncert, który nie próbował nikomu niczego udowadniać. Po prostu wydarzył się dokładnie tak, jak powinien.

Deszcz nie zamierzał odpuszczać, ale znaleźliśmy skuteczny sposób na pogodę. Schowaliśmy się w ciepłych, miękkich i psychodelicznych ramionach Klawo.

To był kolejny raz, kiedy spotkaliśmy się z ich trójmiejską mieszanką jazzu, funku i psychodelii. Jedyne, czego brakowało, to słońca towarzyszącego ich występowi na OFF Festivalu. No ale z pogodą, jak wiadomo, się nie negocjuje. Szkoda.

Muzycznie było fenomenalnie. Klawo z niezwykłą swobodą przeskakiwało pomiędzy gatunkami, nie gubiąc przy tym własnej tożsamości. Zespół bawił się dźwiękiem, improwizacją i rytmem, a publiczność z przyjemnością dawała się w ten świat wciągnąć.

Czy znowu pójdę na ich koncert? Jeszcze jak! Nie wiem, jak wypadają w klubach, ale festiwale zdecydowanie są ich naturalnym środowiskiem.

PIĄTEK 03.07

Slowdive, Sofi Tukker i The Cure. 

Weekend rozpoczął się dokładnie tak, jak zazwyczaj – od gigantycznych korków. Tych samych, które skutecznie odebrały nam szansę na zobaczenie Anny Calvi. Chciałbym napisać, że to element festiwalowego folkloru, ale prawda jest znacznie mniej romantyczna. Staliśmy. Długo. Nasze wektory były wyraźnie ujemne.

Anna Calvi pozostaje więc największą stratą tego Open’era. Konsekwentnie omijam wszystkie nagrania z jej koncertu – jeszcze łudzę się, że kiedyś nadrobię ten występ bez żadnych spoilerów. Ale los gra z nami w pokera i postanowił oddać nam część długu.

Koncert Slowdive został opóźniony. Chciałbym wierzyć, że organizatorzy zrobili to specjalnie dla zakorkowanej redakcji Kakofonii, ale podobno powodem była pogoda. Tak czy inaczej – zdążyliśmy. Niestety, na tym dobre wiadomości właściwie się kończą.

Slowdive pozostaje jednym z najważniejszych zespołów shoegaze’u, ale tym razem coś po prostu nie zagrało. Skrócony set, oszczędny kontakt z publicznością i przede wszystkim dźwięk. Zbyt zlewający się, mało czytelny. W gatunku opartym na ścianach gitar i subtelnych niuansach takie problemy bolą podwójnie. Rachel Goswell jak zawsze czarowała uśmiechem, jednak do hipnotyzującego koncertu z OFF Festivalu było bardzo daleko. Na szczęście wybrzmiały When the Sun Hits i kisses, do których mam gigantyczną słabość.

Punktualnie o 21:00 czasu lokalnego, w towarzystwie dzwonków Plainsong, na scenę wkroczył Robert Smith. The Cure zafundowało nam potężną dawkę lekarstwa na smutki tego świata, sprawiając, że nawet deszcz był znośny. O warunkach atmosferycznych nie można jednak zapomnieć, gdyż to właśnie wiatr (w wersji ultra) i deszcz (w wersji max) uniemożliwiły dokończenie występu. The Cure zagrało ponad dwugodzinny koncert będący podróżą przez najważniejsze rozdziały swojej twórczości. Wish, The Head on the Door i Disintegration – klasyka przeplatała się z kolejnymi hymnami dla wszystkich smutnych romantyków. Był piątek, więc nie mogło zabraknąć tanecznego Friday I’m in Love, nostalgicznego A Night Like This, In Between Days, Lovesong, From the Edge of the Deep Green Sea i wielu innych utworów, które przez lata dorobiły się statusu czegoś więcej niż zwykłych piosenek.

Wspomniana wredna pogoda odebrała temu koncertowi finał. Jednak widok zakapturzonego i wciąż uśmiechającego się Roberta Smitha zostanie ze mną na długo.

Dzień zakończyliśmy dokładnie odwrotną emocją.

Sofi Tukker próbowali wysadzić Tent w powietrze klubowymi aranżacjami już i tak mega tanecznych numerów. Godzinne show z tancerzami, otwartym ogniem i Sofi skaczącą z gitarą elektryczną nad DJ-ską konsoletą sprawiło, że trudno było choć na chwilę ustać w miejscu. Odbiorców było sporo, chociaż gdyby nie paskudna pogoda, zakładam, że festiwalowiczów byłoby jeszcze więcej. Jeżeli cudem ktoś wcześniej nie przemókł, to teraz był już kompletnie mokry od tańca. Godzina aerobiku. Bez przerw. Dla mnie nawet bez chwili postoju. Wielka szkoda, że nie dostaliśmy bisu – koniec to koniec. Piątkowe tańce zakończone z przytupem.

Sobota 04.07

Lordofon

Po trzech dniach biegania między scenami sobota okazała się dniem rehabilitacyjnym. Open’er wyraźnie zmienił kierunek programowy, oddając przestrzeń artystom trafiającym do nieco innej publiczności. I bardzo dobrze. Festiwal nie musi codziennie próbować wygrać naszego życia. Dzięki temu mogliśmy w końcu zwolnić.

Był czas na Dom Kultury, rozmowy, partnerskie strefy, festiwalowe kino i zwykłe włóczenie się po lotnisku bez nieustannego zerkania na rozpiskę koncertów. Takie momenty są równie ważne jak największe headlinerskie występy. To właśnie wtedy festiwal najbardziej przypomina małe, kilkudniowe miasto.

Jednym z koncertów, którego nie mogliśmy jednak odpuścić, był Lordofon.

Warszawski zespół, mimo niepełnego składu (Hubert w tym czasie koncertował w Niemczech, o czym przypominała tabliczka niesiona przez jedną z fanek), zagrał z ogromną energią. Ich charakterystyczna mieszanka rocka, rapu, storytellingu i absurdalnego humoru po raz kolejny zadziałała bezbłędnie.

Maciej Poremba i Jurek bez większego wysiłku utrzymywali kontakt z publicznością, a kolejne utwory płynnie przechodziły od ironii do szczerości i z powrotem. Bawili się z nami, wymyślając układy choreograficzne, a szkoda jedynie, że nagłośnienie momentami utrudniało wyłapanie wszystkich wersów. Na szczęście większość tekstów znałem już na pamięć, więc mogłem bez wyrzutów sumienia dośpiewywać Cheesy czy Pętlę. Niespodziewaną atrakcją koncertu okazał się… karton.

Tekturowy Hubert, który jako atrapa towarzyszył Porębie i Jurkowi, nie wytrzymał stłamszonych przez celulozę emocji i poszybował, niesiony przez dźwięki oraz dłonie festiwalowiczów, rozpoczynając własny crowdsurfing. Historyczny moment kartonowego uwolnienia.

Nie wiem, czy był to najbardziej wzruszający moment dnia. Na pewno najbardziej kartonowy.

OUTRO

Artykuł i tak jest już wystarczająco długi, dlatego podsumowanie chciałbym zakończyć życzeniem na przyszłą edycję. Chciałbym, żebyśmy trafili na dużo słońca i ciepły wiatr. Zasługujemy na to, bo muzycznie zostaliśmy w tym roku naprawdę rozpieszczeni.

Kolorów było całe spektrum: od różowych skrzydeł, przez błękitne makijaże, chromowane ćwieki, aż po bordowe Martensy i czarne T-shirty gotyckich idoli. Silent disco w większości gościło świetną muzykę na słuchawkach, kino zaoferowało szeroki repertuar (w tym ukochane Stop Making Sense, na które udało się załapać), a strefy partnerskie momentami wypełnione były po brzegi tańczącymi ludźmi. W tym roku nie było też przesadnie dużo festiwalowych gadżetów, co osobiście odbieram jako plus. Dzięki temu po terenie nie poniewierało się aż tyle niepotrzebnych fantów.

A skoro o przestrzeni mowa – nieskoszona trawa była chyba najbardziej nieoczywistym, pozascenicznym elementem tegorocznego Open’era. Trochę jakby czekała na Florence + The Machine. Mam nadzieję, że ta dzika zieleń wejdzie na stałe do festiwalowego folkloru, zupełnie jak muzyka klasyczna i nowy polski jazz. To właśnie dostaliśmy podczas tej edycji i trzymam kciuki, żeby kolejne Open’ery były równie udane.