Nie znam się na muzyce, a szczególnie tej współczesnej. Nie jestem jedną z tych osób, które wyszukują nowości i znają nazwiska wszystkich artystów, o których warto wiedzieć. Nie śledzę premier, nie poznaję nazw albumów.
Wiem, że istnieje więcej gatunków muzycznych niż tych kilka podstawowych, które jestem w stanie wymienić. Czy umiem je rozpoznać? Nigdy w życiu. Większość z nich to dla mnie obco brzmiące nazwy, które nie przynoszą ze sobą żadnej odpowiedzi na pytanie: „to czego właściwie będziemy słuchać?”.
W moim domu rodzinnym nie słuchało się wykonawców popularnych i światowych odkryć. Najczęściej brzmiała w nim trąbka Milesa Davisa (którego do dziś nie mogę znieść), głos Agi Zaryan (którą doceniałam od dziecka) i musicalowe klasyki (z nich, całe szczęście, nie wyrosłam). Moi nastoletni rówieśnicy rozmawiali o Red Hot Chilli Peppers i Oasis, a ja w tym czasie jeździłam na konkursy poezji śpiewanej, na których wykonywałam utwory Kaczmarskiego i Grechuty.
Jeżeli chodzi o gust muzyczny, to nigdy nie byłam tym popularnym dzieciakiem. Ominęło mnie wiele głośnych premier i albumów. Za to dzięki szkole muzycznej dowiedziałam się, że uwielbiam muzykę impresjonistyczną, a opery Wagnera niezwykle mnie śmieszą. Jak możecie się domyślić, nie jest to coś, czym chciałaby się chwalić przeciętna trzynastolatka, więc dołożyłam do tego okres zafascynowania japońskim rockiem. Niezłe combo.
To, co ze mną zostaje
Muzykę poznaję głównie dzięki moim przyjaciołom, a trochę z przypadku. Bardzo rzadko intencjonalnie szukam czegoś nowego do posłuchania. Mam jedną playlistę z ulubionymi utworami, do której dokładam kolejne kawałki. Zawsze jest to przemyślana decyzja. To, co tam trafi, zostanie ze mną na lata. Z czasem większości utworów uczę się na pamięć, a i tak potrafię zapętlić jeden z nich i przez tydzień słuchać zbitki tych kilku nut, które mnie urzekły.
Moje muzyczne wybory uważam za niezwykle intymną rzecz, którą dzielę się z wybranymi ludźmi. A i to przychodzi mi z trudem. Playlistą podzieliłam się z nie więcej niż trzema osobami, zawsze po długich namowach. Przez lata wstydziłam się, że nie słucham tego, co inni. Nie znam artystów, nie chodzę na koncerty i festiwale, a o moich wyborach muzycznych można powiedzieć, że są bardzo eklektyczne. Czasem też kiczowate, ale hej, kto z nas nie ma w sobie pociągu do odrobiny kiczu?
No więc… co ja tu robię?
Trochę wychodzę ze strefy komfortu i poznaję muzyczny świat na nowo. Tym razem mniej przejmując się zdaniem innych. Bez obawy przed tym, że nie mogę przyznać się do tego, co mi się nie podoba. W wieku trzydziestu lat poszłam na pierwszy w życiu koncert (wiem, wiem) i o dziwo chcę więcej.
No i jest jeszcze ta jedna rzecz, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Ten dreszcz emocji, kiedy muzyka spodoba mi się tak, że mam ochotę skakać i tańczyć albo płakać ze wzruszenia. Te kilka dźwięków, które zostają mi w głowie całymi tygodniami. To poczucie wspólnoty, kiedy improwizuję i zgrywam się z moimi ulubionymi ludźmi. Ta potrzeba, żeby tworzyć i sprawdzać, co stworzyli inni.
Nie znam się na muzyce, ale może nie trzeba się znać, żeby ją kochać?
PS. Skoro już się tu otwieram, to podzielę się z Wami najświeższym utworem z mojej listy ulubionych.
PS 2. Okładka wpisu to Jutrzenka Chełmońskiego. Wisi u mnie na ścianie i przypomina mi o wszystkim, co piękne. Zdjęcie pobrane ze zbiorów cyfrowych MNK.