Hayes & Y

2026-06-04 Gaba Dec

Czy rytmiczne uderzanie w szklaną butelkę potrafi oczarować?

W czasach, gdy algorytmy częściej irytują niż inspirują, trudno uwierzyć, że post sponsorowany na Instagramie może doprowadzić do odkrycia zespołu, który zostanie z człowiekiem na dłużej. A jednak właśnie tak trafiłam na Hayes & Y. Wszystko zaczęło się od utworu Lines – kilkudziesięciu sekund muzyki przewijających się między codziennymi zdjęciami, relacjami i reklamami. Czy rytmiczne uderzanie w szklaną butelkę potrafi oczarować? Najwidoczniej tak!

Parę słów o zespole

Trzon Hayes & Y tworzą trzej przyjaciele ze szkolnych lat w Sofii: Blagoslav Anastasov (często nazywany Blago), Radoslav Lozanski (Rado) oraz Ivaylo Delev (Ivo). Poznali się jeszcze w liceum i właśnie wtedy zaczęli wspólnie grać muzykę. Zanim trafili na festiwale, przez lata ćwiczyli w garażach, piwnicach i małych klubach, budując własne brzmienie niemal od podstaw. Przełom nastąpił po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii w 2016 roku. Tam do zespołu dołączył fiński perkusista Dennis Hallbäck, który do dziś pozostaje jedynym członkiem spoza Bułgarii. To właśnie połączenie trzech Bułgarów i Fina stało się jednym z wyróżników zespołu, nadając mu bardziej europejski niż lokalny charakter. Hayes & Y nie są zespołem złożonym przez casting czy producenta. To grupa ludzi, którzy znają się od nastoletnich lat i wspólnie dojrzewali muzycznie. Ich muzyka łączy indie rockową wrażliwość z elektroniką, alternatywnym popem i charakterystyczną dla siebie melodyjnością. 

Szczególne miejsce w ich dorobku zajmuje album Departures. To płyta, która imponuje przede wszystkim kompozycyjną dojrzałością. Hayes & Y świetnie operują rytmem – ich utwory pulsują własnym życiem, unikając przewidywalności, która często towarzyszy współczesnej muzyce alternatywnej. Poszczególne partie instrumentów nie walczą o uwagę słuchacza, lecz tworzą spójną, starannie przemyślaną całość. W ich muzyce można usłyszeć zarówno zamiłowanie do chwytliwych melodii, jak i odwagę w eksperymentowaniu z formą. To właśnie ta równowaga między przystępnością a artystyczną ambicją sprawia, że ich twórczość tak mocno przyciąga.

Jednak moja historia z Hayes & Y nie skończyła się na słuchawkach

Kiedyś opublikowałam relację na Instagramie Kakofonia.art z ich muzyką w tle (była to poniedziałkowa polecajka na dobre rozpoczęcie tygodnia). Niewinny gest, jeden z wielu, które codziennie wykonują miłośnicy muzyki w mediach społecznościowych. Tym razem wydarzyło się jednak coś, co coraz rzadziej zdarza się w relacjach między artystami a odbiorcami – nawiązaliśmy kontakt. Dostałam wtedy odpowiedź: “Hej! Zupełnie nie rozumiemy o czym mówisz, ale dziękujemy!”. 

Najpierw była wymiana wiadomości, wzajemne udostępnianie się w social-mediach, a później spotkanie podczas festiwalu NEXT FEST Music Showcase & Conference w Poznaniu (nie ukrywam, że byli głównym powodem, dla którego bardzo chciałam się tam wybrać). Okazało się, że za muzyką stoją ludzie równie autentyczni, jak ich twórczość Zagadaliśmy do nich z redaktorem Saguckim przed koncertem (oczywiście – skojarzyli nas! ;)), potem dziko tańczyliśmy w pierwszym rzędzie podczas występu w The Dubliners i głośno śpiewaliśmy. Wokalista skakał po głośnikach, była turbo energia, rock’n’roll… pojawiła się też słynna szklana butelka, która tak przyciągnęła moją uwagę te prawie rok temu… Co więcej, po wydarzeniu zaczepili nas pod klubem i zaprosili na after party. W świecie, w którym artyści często funkcjonują za pośrednictwem sztabów menedżerów, specjalistów od komunikacji i anonimowych kont społecznościowych, taki gest ma szczególną wartość.

Czy na tym skończyła się nasza znajomość? Zupełnie nie! Napisali do nas (do Kakofonii) na Instagramie pod koniec maja… 

Powód? Chcieli się podzielić przedpremierowo ich najnowszym utworem – HOW COULD YOU?!?. To było dla mnie WOW, że pomyśleli o nas, pamiętali, że jaramy się ich muzą i chcieli nas wyróżnić wysyłając nam “tajemniczy” utwór na Soundcloud. Warto zaznaczyć… ZAJEBISTY UTWÓR. Czy słuchałam go w zapętleniu cały dzień, a po oficjalnej premierze kolejne dni? Wiadomo. Czy im to napisałam? Jasne! Bo wiedziałam, że ta opinia ich bardzo ucieszy. Tak jak mnie ucieszyło to, że mogłam nieoficjalnie usłyszeć coś, czego jeszcze nie słyszeli inni fani zespołu.

Dlatego obserwuję dalszą drogę Hayes & Y z dużym zainteresowaniem i poniekąd takim szczerym, przyjacielskim zachwytem. Mają wszystko, czego potrzeba, by wyjść poza lokalną scenę: własny styl, rozpoznawalne brzmienie, umiejętność pisania świetnych kompozycji i autentyczność, której nie da się wyprodukować marketingowo. Jeśli utrzymają obecny kierunek rozwoju, jestem przekonana, że ich nazwa będzie coraz częściej pojawiać się na plakatach najważniejszych międzynarodowych festiwali, tego im życzę na maksa! I mam nadzieję, że za kilka lat będę mogła powiedzieć: Kurczę! A zaczęło się od jednego postu sponsorowanego na Instagramie i rytmicznego uderzania w szklaną butelkę…