Szef mojego rodzinnego stada, dalej zwany efTatą, ma kilkanaście terabajtów skitranej muzyki. Są tam kompletnie offowe albumy jazzowe, jest tam ogromny zbiór muzyki klasycznej i etnicznej, jest sporo popularesu z czasów, gdy słuchanie muzyki było elementem ekspresji osobowości i oczywiście duża kolekcja polskiej nuty z dobrym tekstem. No i parę piosenek Fiodora, w tym również takie, których nikt poza rodzinnym stadem mam nadzieję nie usłyszy.
Pewnego dnia wraz z adwentem serwisów strumieniujących (z jakiegoś powodu ten zlepek wciąż wywołuje w mojej głowie obraz takiej maszyny, że wrzucasz w nią dolara a ona oblewa cię moczem) postanowiłem całej rodzinie wykupić Spotify (przemilczmy wszystkie aspekty dlaczego Spotify jest be, kmwtw, to nie o tym). Chciałem uwolnić efTatę od dysków twardych i umożliwić rodzince nabijanie wyświetleń pod swoimi numerami, których miałem wydać bardzo dużo, a na razie wydałem jakieś 3 i pół (efMama jest moją największą fanką od momentu, gdy przestałem robić utwory o jaraniu i policji).
Przenieśmy się więc do chwili niedawnej, siedzę bodajże w jakiejś restauracji typu fast food z Mordką i Drastkievichem i młody mówi, że dajecie pokazujemy swoje Spotify Wrapped. W tym momencie już czułem się lekko nieswojo, gdyż znajdowaliśmy się w a) w restauracji typu fast food b) w dużym centrum handlowym, a na myśl o porównywaniu muzycznych penisów w miejscu publicznym zalała mnie dodatkowa fala niepokoju. Czemu?

Po pierwsze z biegiem lat odkrywam w sobie coraz większe pokłady introwersji i kręcenie śmigła grozi mi już chyba tylko w sytuacji, gdy teściowa po raz drugi wejdzie do łazienki, w której się załatwiam podczas świątecznej kolacji. Po drugie jestem raczej mocno przebodźcowany tym, że wszystko już przybrało formę mediów społecznościowych, łącznie z słuchaniem muzyki (wszędzie są lajki, folołersi, influłenserzy i algorytmy). Po trzecie – wedle Spotify – w tym roku mój muzyczny penis jest bardzo krótki, moje muzyczne libido marne, zamiast szukania nowych wrażeń odgrzewałem stare kochanki, a najczęsciej to w ogóle załatwiałem sprawę sam ze sobą. Jeśli w ogóle słuchałem muzyki (cały czas mówimy o muzyce, c’nie?).
Zaśmiałem się nerwowo i zacząłem przewijać kolorowe obrazki, trzymając telefon tak, aby przypadkiem nikt ze stolika obok nie mógł podpatrzeć. Różne strategie przyjmowałem w życiu do tej pory, ale w tym roku zdecydowanie postawiłem na stawanie twarzą w twarz z niewygodnymi emocjami. Tak więc przewijam.
Na pierwszym miejscu Fiodor. Minut łącznie tyle, że gdyby to były pieniądze, nie każdy by się schylił. Najczęściej słuchana playlista to ta sama, którą zrobiłem na samym początku, gdy wrzuciłem dolara do maszyny strumieniującej. W głowie słyszę coś typu: “jesteś nudnym milenialsem idź się zabij”. Lampy zaczynają lekko mrugać. Ludzie patrzą na mnie dziwnie, przerywając konwersację i żucie mięsopodobnej papy.
Robię głęboki wdech i próbuję sobie przypomnieć, czego jeszcze uczyłem się w tym roku. Godziny spędzone w poradni terapeutycznej zlewają się w jeden bardzo szybki film. Przewijam, przewijam.
I nagle spływa na mnie jasność, olśnienie natury metafizycznej, obłok klarowny. Prostuję się, siadam jakoś wygodniej na tym fast foodowym krzesełku, a ludzie wokół wracają do żucia papy, konwersacja toczy się dalej, prąd działa jak należy. A ja w środku skaczę z radości bo moje ego zostało uratowane, jednak jestem najlepszy. Ale po kolei.

Odkąd sięgam pamięcią z dużą łatwością przychodziło mi słuchanie. W jakiś niemal magiczny sposób wywołuję w ludziach chęć (potrzebę?) dzielenia się swoim wewnętrznym światem. Poznany przypadkiem diler opowiada mi szczegóły swojej operacji narkotykowej, mama kolegi snuje detaliczną historię swojej pierwszej ciąży, przyjaciel tłumaczy bardzo dokładnie dlaczego go zraniła ta zła kobieta, ta zła kobieta później dzwoni, żeby mi opowiedzieć że w sumie to nie chciała. I tak dalej.
No więc w tym roku nie tyle, że całkiem przestałem słuchać, ale zacząłem robić to bardziej selektywnie. Być może spóźniłem się o kilka lat albo pandemia nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, niemniej dopiero niedawno zacząłem unikać kontaktów społecznych, zwłaszcza tych randomowych. Nie dlatego, że już słyszałem wszystko, raczej znużyła mnie potwornie wszechobecna dostępność wszystkiego wszędzie. To, że gdzieśtam jest nieskończoność ludzi, którzy mają swoje historie. To że gdzieśtam jest nieskończoność muzyki, której jeszcze nie słuchałem. Nigdy nie wyrobiłem w sobie nawyku skrolowania.
Za to bardzo wcześnie w swoim życiu zacząłem pracować za pieniądze, zresztą w branży muzyczno-informacyjnej. Pamiętam, że pierwszą wypłatę (w gotówce) wsadziłem do kieszeni i poszedłem do sklepu z płytami. Nie było tam CAŁEJ muzyki. Było jej bardzo dużo, ale powierzchnia sklepu narzucała ograniczenie. Świat był skończony.
Wybrałem dwie płyty i wróciłem do domu. Razem z kolegami słuchaliśmy ich przez kilka miesięcy, oczywiście mieszając z innymi albumami, które pozyskiwaliśmy w mniej legalne sposoby.

Wychodzi na to, że w tym roku wróciłem poniekąd do tego trybu. Słuchałem kilku płyt. Robiłem swoje nuty. Poznawałem muzykę, którą pokazywali mi selektywnie dobrani przedstawiciele nurtu homo sapiens podczas spotkań na żywo. Słuchałem historii wybranych człekokształtnych, a resztę zbywałem udając (lub nie) zmęczenie, ewentualnie podsyłając listę terapeutów, którzy za słuchanie historii dostają pieniądze. Unikałem narzędzi, które dają mi dostęp do wszystkiego.
Któregoś dnia przyszło powiadomienie, że konto efTaty zostało wyłączone, ponieważ nigdy nie zostało w pełni aktywowane. W tym samym tygodniu pojechałem do niego pod pretekstem zgarnięcia kilku płyt na sample. Zapytałem go, czemu nie używa Spotify.
– Wiesz co synu, próbowałem tam coś znaleźć, ale nie było.
Ale jest na terabajtowym dysku efTaty.
Kurtyna.
