Merkury rozpoczyna swój ruch wsteczny w Rybach. Astrologowie grzmią, że oto niedomknięte tematy z przeszłości wrócą, aby kolejny raz poddać testowi moje wartości i sprawdzić, na ile jestem prawdziwa w tworzeniu swojej historii. Jeśli coś zamiotłam pod dywan, Merkury swym gniewnym wzrokiem to dostrzeże, wyciągnie na środek i zmuszona będę to porządnie poukładać.
Wzdycham ciężko.
Kumuluję odwagę, aby stawić czoła temu, co może nadejść. Szykuję się jak na wojnę. Napycham kieszenie pokorą, żeby nie wyszło buńczucznie. Robię rachunek sumienia. Czego jeszcze nie widzę? Gdzie jeszcze udaję? Co muszę zamknąć? Sprawdzam, do kiedy trwa retrogradacja – do dwudziestego marca.
Przeklinam.
W ciele rośnie napięcie, a w głowie migają obrazy wszystkich potencjalnych katastrof. Na każdą z nich wymyślam reakcję, scenariusz, plan ewakuacji. Kłócę się ze wszystkimi w głowie, grzmię, wypowiadając swoją niepodważalną prawdę. Nie obchodzi mnie, czy zostanie uznana. Niszczcielska pożoga wypala każdy sprzeciw. Wyczerpuję zapasy kortyzolu, zanim cokolwiek zdążyło się wydarzyć.
Szukam punktu zaczepienia w prostych czynnościach. Odzyskuję kontrolę nad mieszkaniem kawałek po kawałku, a w pomieszczeniu, w którym zapanował porządek, zapalam kadzidło w geście zwycięstwa. Pokrewna dusza, wspaniała kobieta, umila mi czas rozmową, dodaje otuchy. Dzieli się wiedzą tajemną o ruchach planet i każe się pierdolić wszystkim, którzy straszą retrogradacją, bo przecież „wszystko zależy od kosmogramu”.
Pod koniec rozmowy dzielimy się muzyką. Ja wysyłam Brodkę – K.O., a w odpowiedzi dostaję Lanę Del Rey – Bluebird. Delikatna, kojąca gitarka rozlewa się po pokoju. Znajomy wokal niedługo dołącza. Przy refrenie zastanawiam się, dlaczego nie słuchałam Lany po tym, jak przesłuchałam Born to Die nieprzyzwoitą ilość razy. Nie znajduję odpowiedzi, natomiast przypomina mi się, w jak złożonym momencie życia ta płyta mi towarzyszyła. Odpalam ją – tym razem ze Spotify, a nie mp3 – i wciąga mnie wir czasoprzestrzenny.
Widzę swój pokój z końcówki liceum. Niedługo przekroczę próg dorosłości. W szkole częściej mnie nie ma, niż jestem. Dopuszczenie do matury wisi na włosku – z niektórych przedmiotów mam za mało ocen do wystawienia oceny końcowej. Jak nie chodziłam do szkoły, to spotykałam się z ówczesnym chłopakiem (dziesięć lat starszym facetem, Lana byłaby dumna), spędzałam czas u przyjaciółki. Włóczyłam się po Trójmieście, leżałam na plaży, a jak nikogo nie było w domu, to siedziałam w domu.

Słyszałam w tej płycie siebie – złe wybory dokonywane z niejasną, ale wciąż, świadomością konsekwencji; swoją kobieco-dziewczęcą miłość, która wszystko wybacza, bo przecież on mnie kocha każdym uderzeniem swojego kokainowego serca, a ja bez niego jestem niczym. Zatapiałam się w wizji miłości wielkiej, obezwładniającej, rozdzierającej i odsłaniającej, nadającej sens istnieniu. Senny wokal, do którego wtedy musiałam się chwilę przekonywać, trafia teraz w jakieś zmęczenie, które mam; takie od bycia kobietą na tej planecie. Tęsknota i desperacja wylewały się z tekstów i trafiały prosto w moje młodziutkie serce. Musiałam szybko wskoczyć w dorosłość, ale nie przeszkadzało mi to w byciu po prostu młodą kobietą, dosyć stukniętą i testującą limity swoje i często też ludzi dookoła. Romantyzowałam swoje zagubienie najpiękniej, jak potrafiłam, a Lana stanowiła idealną do tego ścieżkę dźwiękową. Stworzyła przestrzeń, w której, czułam się mniej samotna ze swoim kruchym, chronicznie złamanym sercem. Pomagała stworzyć narrację wokół mojego obłędu, która zdejmowała z niego ciężar i sprawiała, że chciałam z nim tańczyć, upijać się, siać zamęt i niczym się nie przejmować.
Dzisiaj słucham, nie wiem już który raz, Born to Die i rozczulają mnie te wszystkie wspomnienia. Tym bardziej wzruszają mnie te rozterki, bo dzisiaj moje serce jest już w bezpiecznym miejscu. Cała ta szarpanina w końcu dobiegła końca.
Każdy potwór jest tak straszny, jakim go uczynimy.
Rozumiem, że lęk przed spotkaniem z przeszłością wynika z narracji, jaką na nią nakładam.
Oddycham spokojnie.
Zdjęcia analogowe mojego autorstwa – plaża na gdańskim Przymorzu.