Nagle! Fala płaczu.
Organizm zachowuje szczątki lojalności wobec mnie i ostrzega ułamek sekundy wcześniej szczypiącymi oczami. Wzrok zachodzi mgłą, wargi drżą, z piersi wyrywa się zduszony szloch. Zaciskam powieki, jakby to miało coś dać, ale łzy i tak zaczynają gęsto kapać. Gdzieś zabłąkał się jakiś smutek sprzed lat, zapomniał się wyrazić, nie było okazji. Teraz woła o uwagę, teraz jest jego czas. Gdy stoję z odkurzaczem na środku pokoju, właśnie teraz będzie ze mnie wychodził.
Stawiam opór dla samej zasady. Przecież jestem też ciut racjonalna i świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że to trochę dziwne, że mnie tak nagle chwyciło. Chwilę ważę i badam, czy może to chwilowe i zaraz sobie pójdzie. Negocjuję i zapytuję, czy mogę chociaż skończyć odkurzać, czy jednak lecimy z tym na pełnej i tworzymy pełnowymiarowy obraz nędzy i rozpaczy. Z rozgrzebaną czynnością dnia codziennego, której nie mogę ukończyć przez melancholię, która nagle pochwyciła moje umęczone serce.
Płacz, kobieto — mówię sobie — jesteś w domu.
Jak tylko pojawia się przyzwolenie, łzy zaczynają płynąć równiejszym strumieniem i oddech, mimo że nadal drży, też się nieco uspokaja. Ciało zwija się w bezpieczną kulkę, otulam się ramionami i ten ciepły gest względem samej siebie rozczula mnie jeszcze bardziej. Różne myśli przelatują przez głowę – trwa plebiscyt na tę jedną myśl, którą uznamy za odpowiedzialną za mój stan. Patrzę na te ceregiele mojego mózgu, ale nie wpuszczam do środka. Lubię myśl, że błąkają się po mojej duszy takie nieokreślone bąbelki z płaczem, które kiedyś pewnie miały swoją treść, ale jest już zbyt zniekształcona przez upływ czasu. Teraz zostało tylko wrażenie – sentyment wyrywający się na wolność, bo w środku już się trochę kisił i uwierał.
Często czułam się dziwakiem przez swoją emocjonalność. Próbowałam tworzyć różne persony, coś tam udawać i przykrywać, ale zawsze jakiś wzrok, mina, łezka w oku czy czerwone policzki zdradzały gotujące się w środku emocje. Nie potrafiłam donosić płaczu do domu. Zanosiłam się nim w pociągach, na plażach, na chodnikach i w barach. Wstydziłam się tego, ale za nic nie potrafiłam utrzymać w środku. Jak inni to robią? – często pytałam. Dlaczego ja tak nie mogę?
Nie wiem i w pewnym momencie musiałam się przestać nad tym zastanawiać. Zrozumiałam, że to tylko odracza to, co nieuniknione – uznanie siebie. A do tego nie ma jednej drogi, każdy musi to przejść po swojemu. Błądzić po omacku, tworzyć maski, wypalać się, zaczynać od nowa, dopóki nie zrozumiemy, że te nasze dziwactwa to skarb, niuans, który o nas stanowi i mamy okablowanie specjalnie do tego, żeby te dziwactwa wyrażać. Może komuś to coś dało, że mnie zobaczył taką zaryczaną kiedyś? Coś w nim to ruszyło, zainspirowało, może coś stworzył albo z kimś porozmawiał? Byłoby wspaniale, gdyby chociaż jeden mój publiczny wybuch rozpaczy przyczynił się do czegoś więcej niż spłoszonych spojrzeń wokół.
Są tacy, którzy szybciej niż ja zrozumieli potęgę dziwactw i bycia sobą. Przeszli tę drogę po swojemu i łaskawie zostawili za sobą okruchy otuchy. O jednym takim czułym okruszku przypomniało mi się, gdy zobaczyłam, że Lykke Li wydaje nową płytę w maju 2026. Natychmiast odpaliłam powstałe osiemnaście lat wcześniej debiutanckie Youth Novels i otworzył mi się portal do tej dziwnej, poplątanej nastolatki, która próbuje pomieścić w sobie wszystkie swoje historie. Czuła, że odstaje i więcej ją kosztuje bycie z ludźmi niż innych, ale tłumi, cenzuruje i dysocjuje do oporu, żeby jakoś się wpasować. Czasami jakaś emocja jej się wymsknie, nauczyciel zwróci uwagę, koleżanki się zdziwią, a w domu usłyszy, że leci ze skrajności w skrajność i nawet jak się cieszy, to przesadza.
Gdy odpalałam tę płytę, przez chwilę czułam się okej ze sobą, bo czuły i słodki głos śpiewał mi do ucha opowieści o swoich dziwactwach, swoim płakaniu, swoim kochaniu i tańczeniu. O tym, że łzy tak pięknie jej pasują do twarzy, rujnują makijaż i że lecą w smutku i w radości, a ona wypuszcza je wszystkie, dopóki nie wypuści ostatniej. Delikatny i czuły wokal uznaje siebie, buduje swój świat ze swoimi zasadami i nie przyjmuje żadnych skarg. Melodia na początku zdawała się nieco dziwna, inna od tego, czego słuchałam na co dzień. Były utwory, które omijałam, ale ta nić porozumienia płynąca z tekstów przywiązała mnie do tego albumu i wciąż trzyma.
Dzisiaj może już rzadziej płaczę w pociągach, lepiej idzie mi ogarnianie emocji, ale nadal, słuchając Let It Fall, czuję się mniej sama, a oczy nieco poszczypują na myśl o głębokim uznaniu swojej emocjonalości. Lykke Li też ruszyła dalej i w tym również znajduję ogrom inspiracji. W drugim albumie można znaleźć I Follow Rivers, do którego przeróbek tańczyłam w klubach już jako młoda kobieta, a który autorkę ustawił na bardzo solidnej pozycji. Zmienił się też ton jej muzyki – wciąż można odczuć jej wrażliwość i romantyczność, ale jest już nieco mniej personalnie. Wokal jest mniej dziewczęcy, a bardziej osadzony w niższych tonach. To nadal ona, nie da się jej pomylić, ale już dojrzalsza. W kolejnych albumach pozwala sobie na jeszcze więcej eksperymentów i nie mogę się doczekać, co nam pokaże w maju.
Urzeka mnie ta droga i to, że jej pierwsze dzieło było takie właśnie. Nigdy potem już nie wróciła ta cicha, nieśmiała dziewczyna. Wyśpiewała ją wtedy, powołała do życia, powiedziała jej: taka jesteś, więc takie będzie twoje dzieło. Nie czekała aż stanie się bardziej śmiała i mniej płaczliwa. I nie wiem, czy się tego spodziewała, czy nie, że dając sobie głos wtedy, otworzyła drogę do wieloletniej kariery, w której każdy kolejny album przepięknie pokazuje przemianę i składa obietnicę, że jeśli tylko się uznamy i wypłaczemy wszystkie łezki, to czeka nas życie pełne artystycznej eksploracji i spełnienia.
Trzymam ją za słowo.