Allarme – Bruit

2026-02-21 Michał Sagucki

Chociaż w języku włoskim nazwa zespołu oznaczałaby „alarm”, a tytuł ostatniego albumu po francusku znaczy „hałas”, mamy do czynienia z muzyką jak najbardziej krajową – a dokładniej stołeczną. Już na poziomie nazewnictwa można się pogubić, a to przecież najbardziej oczywiste elementy ich twórczości. Cała reszta to wielka, szalenie niepokojąca, agresywna, mroczna i wręcz dystopijna niepewność dźwięków.

Bruit to awangardowy, chłodnofalowy romans pomiędzy post-punkiem a eksperymentalnym jazzem. Płyta wymagająca nie tylko pełnego zaangażowania, lecz także mocnych nerwów. Ale warto. Bardzo warto.


(1) Rozbite lustra i baranek boży

Zwinna rytmika perkusji przeplatającej się z basem, płaczące gitary i saksofon – tak Allarme wita słuchaczy w utworze Czas. Już od pierwszych sekund możemy mieć pewność, że to podróż pełna zrywnych motywów, których niepokój podszyty jest lamentem i groźbą. Warstwa liryczna nie pozostaje w tyle: tantrycznie powtarzane „czas leczy, czas wybacza” pogłębia wrażenie stanu, w jakim Bruit chce nas utrzymać.

Nie inaczej jest w Zwarciu Elektrycznym. Każdy pisk i wrzask to kolejny element budujący alarmującą narrację. Surowość opowieści przywodzi mi na myśl „Nową Aleksandrię” Siekiery – jednak w bardziej noisowym, momentami posthardcore’owym charakterze. Co więcej, to skojarzenie nie jest przypadkowe: właśnie Allarme pod szyldem Ludzie Wschodu zaprezentują podczas OFF Festivalu tę klasykę polskiej nowej fali.

W opiłkach żelaza
Śnieg kładzie swój cień
Kręgosłup mostem
Zębów, miednic, serc

Baranek boży
Ogłosi kres dni
Świątynie spłoną
Zbawienie w zgliszczach tli

Płyta nie daje wytchnienia – choć mogłoby się tak wydawać przy okazji transowych Posągów. Wciąż jesteśmy prowadzeni na krótkiej smyczy. Zupełnie tak, jakby ekipie Allarme zależało na naszej czujności (i permanentnym pobudzeniu).

Podążasz za
Słowem marnym
I czy nie boisz
I czy nie boisz się straty

Tutaj zaznaczę, że jestem fanem zapętlenia tego motywu i wykrzyczanych powtórzeń „czy nie boisz się straty”. W towarzystwie jęków i rytmicznej perkusji utrzymywani jesteśmy w stanie grozy – i poniekąd dyskomfortu.

(2) Język i krótkie momenty wytchnienia

Noir to jeden z dwóch anglojęzycznych utworów na albumie, choć cała uwaga skupia się tu na muzyce: to moment dla kłótni gitary z saksofonem, przepychanek basu z perkusją. Być może charakter wokalu nieco słabnie pod anglojęzycznymi hasłami, ale rozumiem zabieg wprowadzenia innego języka – postpunkowe kapele w dużej mierze stoją przecież na angielszczyźnie.

Dépaysement jest krótką chwilą wytchnienia i momentem refleksji nad albumem. To utwór wyłamujący się poza ramy wydawnictwa i – mimo swojej zwięzłości – szalenie istotny. Budzi ciekawość dalszej podróży, robi przestrzeń na kolejne napięcia. Chcemy dalej być prowadzeni na smyczy.

Skóra ma w sobie więcej z new- i coldwave’owych brzmień lat 80., gdzie saksofon rozlewa się po romantycznych pejzażach. To mój osobisty faworyt z płyty – być może przez słabość do klasyków gotyckiego rocka (choćby sposób, w jaki perkusja z basem wyprowadzają utwór).

(3)

Serce i Impulse/Shiver zamykają album. To jednocześnie najdłuższe kompozycje (kolejno 5:27 i 8:24) i już od pierwszych dźwięków Serca – bardziej jazgotu, a może nawet kakofonii – wiemy, że czeka nas ciężkie wyjście z tej historii. To monumentalne, progresywne formy utrzymane w dystopijnej narracji. A jednak, pomimo swojej agresywnej natury, bywają przewrotne – o czym przekonujemy się szczególnie w finałowym utworze.

Chciałbym zakończyć recenzję cytatem z Serca i deklaracją chęci spotkania się z muzyką Allarme na żywo – do zobaczenia na OFF Festivalu.

Ciało trawione chorobą
Trawione iluzją, pozorem
Nie ma cierpienia
Zabij marzenia
Zakop wspomnienia
Nie ma cierpienia