Szepty i krzyki. Płacz i euforia. Foniczna dwubiegunówka – tak sama pisze o swojej muzyce. Jej twórczość to intymna podróż, pełna kontrastów – melancholia i wrażliwość przeplatają się z gniewem i hardością. Industrialne brzmienia tworzą krajobraz dla opowieści z granic jawy i snu, zachęcając słuchaczy do wsłuchania się w siebie.

fot. Barbara Rogoż
Nie robisz postanowień noworocznych bo ich nie lubisz? Czy jesteś w tym momencie myślenia – ja będę inna i nie będę robić postanowień?
Zawsze tak miałam, że ja będę ta inna. Ja nie będę robiła tak jak wszyscy, bo to “głupie”. Ale w tamtym roku zrobiłam pierwszy raz postanowienia. Okazało się, że może to trochę pomóc.
Jakie to postanowienia?
Miałam kilka mniejszych i jedno, którego i tak ostatecznie nie spełniłam (śmiech). Wydać płytę. To było największe postanowienie. Okazuje się, że jeśli robisz wszystko sama nie jest to takie łatwe.
Jakie stoją wyzwania dla takiego małego, młodego artysty, który wydaje sam dla siebie, sam wszystko nagrywa, sam wszystko produkuje, sam wszystko ogarnia promocyjnie?
Przede wszystkim to przytłacza.
Możesz opowiedzieć, dlaczego to jest takie trudne i dlaczego takie postanowienie to nie jest takie łatwe do zrobienia? Rozumiem, że człowiek, który chce to sam wydać ma też dużo innych życiowych spraw na głowie.
Łączenie tego wszystkiego to nie jest prosta sprawa. To prawda. Zwłaszcza jak jest się człowiekiem ambitnym i chce się zrobić wszystko najlepiej. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie zrobię tego wystarczająco dobrze jak będę tak cisnąć się o wszystko. Zorientowałam się, że w dużo innych rzeczy dookoła też trzeba zrobić, a sam proces robienia od pomysłu, nagrywania demo strasznie się rozciąga. Okazuje się, że pasuje nagrać coś jeszcze raz i trudno jest nie zapętlić się w swojej głowie w tym co jeszcze jest do zmiany. Wiem, że nie wszyscy tak mają, ale ja mam trudności z podejmowaniem decyzji. I to nie jest tylko kwestia muzyki, dookoła jeszcze mnóstwo rzeczy, koncepcja wizualna, promocja, mam to wszystko z tyłu głowy.
Ciężko jest ci przekładać to na rzeczywistość?
Tak ciężko. Na szczęście mam wokół siebie ludzi których mogę prosić o pomoc. Mamy dookoła mnóstwo utalentowanych ludzi i myślę, że proszenie o pomoc jest nawet wskazane. Uczę się tego. Zresztą wielkie gwiazdy, których słuchamy sami nie wydają wszystkiego od A do Z.
Jakieś przykłady?
Ostatnio oglądałam wideoesej o tym, że Kanye czy Drake nie napisali wielu swoich tekstów. Ghostwriterzy to żadna nowość. Ale w hip-hopie to nienaturalne, a jednak i tu jest to popularna tendencja i praktyka. Codzienność tego świata muzyki popularnej może przytłaczać młodych twórców. Szczególnie młodych artystów którzy wydają muzykę, nie po to, żeby robić na tym wielkie pieniądze, tylko chcą po prostu dzielić się sobą i swoją twórczością.
Łapiesz na tym, że obserwując artystów pokroju Drake, że powinnaś od razu być na tym poziomie medialnym i artystycznym? To też przytłacza i blokuje przy tworzeniu własnej muzyki i jej wydawaniu?
Łatwo jest zapomnieć o tym, że każdy musiał nagrać swój pierwszy kawałek, potem pierwszą płytę i zagrać pierwszy koncert. Albo piętnaście pierwszych koncertów. Jeszcze kwestia producencka, zrobić trzydzieści bitów. W sumie trzydzieści pierwszych bitów to nic. Trudno jest wygrać z tymi gigantycznymi oczekiwaniami. Często myślę, że każdy się z tym boryka. Ja też się nauczyłam dosyć brzydkiego przekonania za młodu – że żeby coś robić, to trzeba wyszlifować ten swój warsztat do perfekcji. To jest taki bardzo ostry głos, który potrafi zablokować już na samym początku i nie pozwala ci po prostu robić i czuć i się uczyć. I z jednej strony to jest dobre, bo faktycznie nie da się polegać tylko na łucie szczęścia czy talencie. Faktycznie trzeba włożyć pracę, jeśli chcemy być w czymś dobrzy.
Mówi ci, że musisz być na szczycie, żeby dopiero robić to co chcesz robić?
Dokładnie! Co jest strasznie bez sensu. Czy to nie powinno być na odwrót? Samo robienie przybliża cię przecież do bycia „na szczycie”. Dostajemy dziś tyle gotowych produktów. Jeśli gadamy tu o muzyce, to mamy koncerty, mamy wydane płyty, publikacje na wszystkich mediach społecznościowych i tam dostajemy ładne finalne obrazki często zrobione przez medialne korporacje. A my jako społeczeństwo nie widzimy tego, co było poza tym. Kto nad tym pracował, kto ile włożył pracy, ilu ludzi za tym stoi. Bardzo mało się mówi o tym, ile nawet chcąc zrobić coś samemu, trzeba po prostu włożyć w to pracy i energii i czasu. Ile po drodze trzeba popełnić przeróżnych błędów aby ten produkt, który wydamy był sfinalizowany. Nawet mając już duże umiejętności możemy i tak zrobić coś, co nie wygląda tak jak o tym marzymy i w głowie prawimy. Niech to będzie po prostu wydane. To też jest ok. Może przybliżać nas to do tego, że następna rzecz będzie o krok lepsza. Zawsze lubię słuchać tego, jak artyści się rozwijają z płyty na płytę.
Podasz jakieś przykłady takiego artysty którego rozwój śledzisz?
Słuchałam wczoraj Youth Lagoon i pamiętam, że on wydał płytę w 2023 roku Heaven is a Junkyard. Pamiętam, że była przepiękna i strasznie mocno mnie ta płyta poruszała. Zauważyłam, że wydał w tym roku nową płytę Rarely Do I Dream i usłyszałam jak się rozwinął w tym czasie. Wróciłam też od razu tej poprzedniej, która dalej jest cudowna. Dalej sprawia, że mam ciarki. Płakać mi się chce przy niej, jest trochę jak powrót do domu. Rozwój jest piękny… tak możemy zakończyć.
Czujesz się niekomfortowo podczas takich rozmów jak ta dziś?
Czuję się. Nie wiem do końca czemu. Czasami czuje się nieobecna. Nieprzygotowana. Czasami cząstka mnie, przez którą przemawia brak pewności sprawia, że nie zawsze ufam sobie, nie ufam temu co mówię. Boję się, że coś zrobię nieidealnie. Jezu, cały czas wracam do tego perfekcjonizmu. Aż napisałam ostatnio też o tym piosenkę.
To może opowiesz coś o tej piosence?
To jest utwór, który będzie na nowej płycie. To numer, który zresztą mam nadzieję, że przesłuchasz zaraz jak tylko skończymy rozmawiać! Słuchałam dużo Piernikowskiego jakiś czas temu i sobie spróbowałam podobne brzmienia synthów wykręcić. Jak w jego The best of moje Getto. Nawiasem bardzo dobra płyta. Na początku nagrałam dosyć proste wokale, mówione, ale gdy wysyłałam go do miksu, to czułam, że ten numer jest niedokończony, płaski, ma być o czymś innym. Posłuchałam sobie samego bitu bez wokali i wzbudzał pewne poczucie agresywności. To co mi przychodziło do głowy podczas słuchania, to było uczucie wwiercającego się w głowę głosu, który Ci mówi cały czas, że wszystko jest źle i że robisz niewystarczająco i że jesteś głupi. Odzywał się wtedy mocno wewnętrzny krytyk. Z drugiej strony też bardzo chciałam poruszyć temat zawiści, bo jest to bardzo wstydliwa emocja, którą ostatnio często czuję. I z tych emocji wyszedł ten numer. Dead End – tak go roboczo nazwałam, jest podzielony na dwie części. Pierwsza jest właśnie o tym uczuciu, o przytłoczeniu związanym z tym, z ciągłym słyszeniem tego głosu w głowie i zmęczeniem nim, a druga część jest trochę o próbie wyciszenia go. A jak się kończy, usłyszycie sami.
Skąd się ta zawiść pojawiła i czemu ją czujesz tak często?
To na pewno wynika z niskiego poczucia własnej wartości i ale z drugiej strony też jakieś megalomani. Może nie wszyscy, ale większość ludzi którzy coś tworzą i chcą to pokazać, w jakiś sposób lubi siebie. Nie chcę tego absolutnie nazwać narcyzmem. To jest coś takiego, że ta potrzeba dzielenia się, tworzenia, wyrażania siebie wskazuje na to, że jakaś część ciebie chce być pokazywana, widziana. Więc to jest taki ciągnący się konflikt wewnętrzny. Z jednej strony wstydzisz się siebie, ale z drugiej strony bardzo pragniesz być na piedestale. Często po prostu żre mnie zawiść, jak widzę jak niektórzy robią mimo wszystko, a we mnie uruchamiają się blokady. Potrafią się pokazać bez żadnego wstydu i tremy. To jest ta moja zawiść. Tego im zazdroszczę. Czuje się jak pies ogrodnika.
Myślę, że wszyscy odczuwamy emocje, które prowadzą nas do negatywnych miejsc.
Tak, ale można by zacząć od czegoś miłego, prawda? Rok mi się miło zaczyna. Dużo energii, dużo motywacji!
Czy twoja twórczość i artystyczny pokład pomaga Ci w walce z tymi emocjami i czy w ogóle pomaga?
Wydaje mi się, że pomaga, choć jest to po części jakiś wytrych. Pisanie tekstów jest wytrychem w te negatywne emocje. Z bitami jest trochę inaczej. Tu staram się siadać regularnie i robić, robić, robić. I to nie jest tak, że w stu procentach przypadków coś będę czuła. Twórczość to nie zawsze jest jakiś emocjonalny wyraz. Czasami robisz coś dla samego robienia. Potem stwierdzasz, że jest to ok i lecimy. Piszesz czasem tekst „na sucho”, po czym sobie myślisz – nie miałam nic w sobie mocno emocjonalnego, ale jest to o czymś i coś się dzieje w tym tekście, jest ciekawy.
Jakiś storytelling tam powstaje.
Powstaje. Myślałam sobie o tym storytellingu jadąc do Ciebie. Zgłosiłam się teraz na warsztaty dla tekściarzy i myślałam o artystach, którzy potrafią opowiadać historie innych ludzi z perspektywy takiego narratora trzecioosobowego. Ja tak nie mam. Opowiadam o swoich przeżyciach i o swoich emocjach. Jest to bardzo intymne i osobiste, a chciałabym spróbować takiego storytellingu z dystansu.
Co Ci daje pisanie?
Na pewno duży fun. Bawię się słowem. Może nie słychać tego, ale lubię język polski. Mam specyficzną składnię na co dzień i czasami te zdania są jakieś takie powykrzywiane. Język jest świetną płaszczyzną na zabawę i na tworzenie swojego uniwersum. Sprawia mi to frajdę, chociaż zauważyłam, że mam dwie drogi. Piszę teksty albo o rzeczywistości nie do zniesienia, nieprzyjemnej bardzo – cielesnej i namacalnej, albo idę w stronę totalnie fantazjowania i snów. Eterycznego wspomnienia latania. Piszę o rzeczach bardziej związanych z marzeniami. Bardzo lubię sny, ale bardzo rzadko je pamiętam. Czasem piszę, żeby mieć jakąś namiastkę tego snu.
Czyli pozwala Ci się to trochę oderwać od rzeczywistości?
Bardzo. Pisanie jest tworzeniem historii. To historia zapisana na papierze, która de facto mogła mieć miejsce. Czy przez zapisanie nie staje się też historią, która zaczyna istnieć? Tworzy się w naszej głowie, w naszej wyobraźni? Czytając wszelkie książki, nawet ucząc się suchych faktów, my w głowie potrafimy tworzyć sobie przy tym wszystkim obrazy i przywoływać jakieś skojarzenia, tworzyć nowe światy, nowe połączenia.
Widzę pewien dualizm w tym co mówisz. Czy pisanie to łącznik między tymi światami snu i jawy?
Jest tak, że mamy w sobie tą cielesność i mamy w sobie tą duchowość i nie uciekniemy od żadnych z tych stron. Emocjonalność łączy się z rozumem. To się cały czas u mnie mieli w tym pisaniu. Mam numer o złości, o zawiści, o perfekcjonizmie, o konformizmie. To ciało z duchem, z emocjami ciągle się przeplata.
Gdy odbiegasz jednak od tej rzeczywistości, w jakie rejony fantazji kierują cię myśli?
Zauważam, że myślę dużo o lataniu. Często jak myślę o bitach, o muzyce, to gdy zamykam oczy i myślę o jakichś skojarzeniach, to często kończy się to lotem. Niebyciem przy ziemi, odlatywaniem, fantazjowaniem. Pierwszym symbolem, który to jest w moich tekstach, są najczęściej ptaki, które latają i są wolne i nie mają ziemi pod nogami, pod stopami, pod łapkami.

fot. Aneta Dej
Z tym lataniem kojarzą mi się dwie rzeczy- ucieczka i wolność.
Ucieczka od wolności…
Teksty dają Ci te dwie rzeczy? Czy któraś jest jakoś bardziej dla Ciebie ważna? Czujesz, że tekściarstwo jest dla Ciebie albo ucieczką, albo jakąś wolnością, albo tak jak mówisz – ucieczką od wolności?
Ucieczka od wolności jest już zajęta przez Ericha Fromma (śmiech)! Pierwsze co mi przychodzi do głowy to ucieczka i ufam tym razem swojej intuicji, więc zostanę przy ucieczce. Ale dzięki niej wygrywam wolność. Na pewno czuje że idę w jej kierunku. Jednak cały czas mam poczucie, że jeszcze jej nie osiągnęłam, tej wolności przez pryzmat perfekcjonizmu. Choć może to jest klatka myślowa? Gdy wchodzimy w stan flow, to zapominamy o swojej rzeczywistości. Bywa to jednocześnie ucieczką i wolnością. Jednak nie masz tej rzeczywistości, ale jesteś wolny, nie myślisz wtedy o tym, co teraz masz zrobić, tylko po prostu robisz rzeczy nie myśląc o otoczeniu.
Masz poczucie wolności artystycznej?
Nie mam jeszcze wszystkich narzędzi, żeby czuć taką wolność artystyczną.
A co by Ci dało taką wolność? Czy coś Ci przychodzi do głowy, czy jednak tylko czujesz brak tych narzędzi, ale jeszcze nie wiesz, czym to mogłoby być?
Praktyka. Po prostu doświadczenie. To jeszcze przede mną. Choć może nie ma sensu szukać tej wolności gdzieś daleko w przyszłości, tylko w tym, co się ma w zasięgu ręki?
Czy o tym jest Twoja sztuka też? O tym, co jest w zasięgu ręki, i o tym, czego nie ma? O czym będzie twoja nowa płyta?
O wewnętrznym świecie, o tym, co przeżywam. O problemach psychicznych. O trudności odnalezienia się w świecie i przez to też o fantazjowaniu. Zamysł był taki, że nazwałam ją stypendium, żeby dać sobie przyzwolenie, środki i zasoby na to żeby zrobić to, o czym zawsze marzyłam. Czyli pisać i robić muzykę. To także kompendium wszystkich moich dotychczasowych ważnych emocji i przeżyć, które mi towarzyszą. Chęć pokazania się bez filtra. Opowiedzenia o sobie bez filtra. Chce pokazaniu swojego cienia i tych stron, których się właśnie wstydzę, bo na co dzień jestem dosyć miła i zwariowana i taka ciepła, ludzie mnie tak odbierają. Moja muzyka w moim założeniu nie ma być ciepła. Ma być zimna, ma być nieprzyjemna. Surowa, wżerająca się. Właśnie, żeby trochę zjednoczyć te części ze sobą.
Po twoim ostatnim singlu chodniki mam wrażenie, że lubisz być wkurwiona.
Lubię być wkurwiona. Wkurwienie sprawia, że masz energię, że chce ci się robić rzeczy i jest to wspaniały motywator. No motywuje mnie ten wkurw! Pamiętam, że w latach liceum to jednym z moich ulubionych numerów był Me Against The World 2Paca. Ja versus świat. Jestem wkurwiona na świat. To mnie zawsze nastawiało do tego, że zrobię wszystko po swojemu. Oczywiście wszystko w mojej głowie, bo miałam duże blokady, żeby w ogóle robić cokolwiek twórczego podczas swojej adolescencji. To wkurwienie od środka mnie nie spalało, ono mnie podpalało do działania. Należy też pamiętać, że wkurwienie to nie agresja. Także jeśli moja muzyka może powodować wkurwienie, to bardzo mnie to cieszy. Muszę się jeszcze nauczyć tego, że może mnie cieszyć to, że ja mogę kogoś wkurwiać. Muzyka pomaga mi w tym, żeby być czasem niemiłym.
W ostatnim czasie dużo mówi się w popkulturze o emocjach, o otwieraniu siebie, o tym, że każda emocja jest dobra, nie ma tych złych. Z drugiej strony mam poczucie, że wcale to nie idzie w tym kierunku. Nadal media społecznościowe, świat i popkultura zmusza nas do tego, aby być właśnie nie wkurwionym, żeby być miłym, dobrym i pięknym. I że jednak świat, nawet ten artystyczny, nie zawsze chce pozwolić nam na pokazywanie tych ciemnych oblicz naszej emocjonalności.
Mainstreamowy raczej nie. To prawda. Ale sztuka jest chyba najbezpieczniejszą formą wyrażania czegokolwiek. Sztuki walki też, ale to też sztuka. Po to właśnie dla mnie jest twórczość, żeby wyrażać takie emocje, a granice w sumie już zależą od jednostki.
Jak grasz koncerty, bo masz już ich kilkanaście za sobą i docierasz ze swoją muzyką do ludzi, to jak oni odbierają twoją twórczość?
Zdarza się mi usłyszeć, że kogoś coś bardzo poruszyło, albo że mieli świeczki w oczach. I to są chyba najważniejsze słowa, jakie mogę usłyszeć od kogoś po moim koncercie.
Świeczki ze wzruszenia czy świeczki z podpalenia?
Wychodzi na to, że to i to! Chociaż ze wzruszenia bardziej, poruszenia czyiś emocji. Fajnie by było, jakby ktoś wkurwiał się razem ze mną.
Słuchając chodników idąc przez ulicę można się wkurzyć. Ten singiel potrafi pobudzić irytację i wkurzenie na otaczający świat, gdzie nawet bardzo drobne neutralne rzeczy zaczynają denerwować.
Tą irytację też trzeba jakoś wyrzucić z siebie. Jeśli chodzi o moje koncerty, to polecałabym zobaczyć mnie każdemu, ale raz. Wydaje mi się, że trudno jest mi wywołać powtórnie te same emocje u osób, którzy mnie już słyszeli w koncercie.
Zaczęłaś też grać w zespole Spirit of the City. Jak się odnajdujesz między ludźmi w przeciwieństwie do bycia samej na scenie?
To jest zupełnie inne przeżycie. Po ostatnim koncercie miałam się z kim podzielić tymi emocjami, które przeżywaliśmy na scenie. Od jakiegoś czasu zdarza mi się czuć samotnie na scenie. Jak gram solo koncerty, wszystkie emocje które wychodzą ze mnie na scenie, są dosyć intensywne przez to, że moje kawałki nie są takie mdłe, tylko są głównie o emocjach trudnych. Moje występy są dyskomfortowe i jeszcze odpowiadając na poprzednie pytanie – wiem, że ludzie czują też niepokój na moich koncertach, takie poczucie zagrożenia.
Mi jest bardzo łatwo wejść w te emocje ale występując czuję się po prostu trochę samotnie z nimi. Czasami mam wrażenie, że to jest wykańczające – to bycie samemu. A w zespole – jakby każdy dokładał swoją jakąś taką energetyczną cegłę i tworzy się większa kulę mocy, większa całość. To jest wspaniałe. Naprawdę! Zespół daje mi także nowe możliwości, ponieważ śpiewamy po angielsku, więc mam okazję pisać teksty po angielsku. To dla mnie nowa, jeszcze nie odkryta przestrzeń. Od strony tekściarki to jest zupełnie nowe doświadczenie. Inny język, inna rytmika, inna opowieść nawet dotycząca tych samych rzeczy o których pisze po polsku. Nowy język to odrębny świat. Sama jestem ciekawa dokąd mnie to zaprowadzi. Na jakie płaszczyzny emocjonalne? Po angielsku do tej pory było bardziej o relacjach. Jak piszę po polsku, to jest to bardzo introspektywne, ale w takim poczuciu, jakbym ja była sama w pokoju, a ludzie za oknem albo gdzieś za drzwiami i słyszę tylko ich rozmowę. A do tej pory to, co napisałam ze Spirit of the City, to było o ludziach, którzy mogą być ze mną w tym pomieszczeniu i co się ze mną dzieje, i co się dzieje w tym pomieszczeniu.
Może to być aspekt tego, że trafiając do zespołu, w końcu nie jesteś sama i kieruje to twoje myśli, że jesteś z ludźmi i zaczynasz rezonować z nimi.
Tak, totalnie, oczywiście! Jest to w końcu przestrzeń, żeby wymienić się emocjami. Jestem jeszcze bardzo skryta i szukam swojego miejsca w zespole. Chciałabym zaproponować więcej jakichś elektronicznych rozwiązań. I mam nadzieję, że w trochę się przełamię.
Życzę Ci tego. Wracając do początku rozmowy – jakie plany na ten dwa tysiące dwudziesty szósty rok?
Jak już mówiłam na początku wydam płytę. Może rzeczywiście powinnam zacząć sobie zrobić taki bloczek postanowień na najbliższe trzydzieści lat i mieć zawsze, tylko jedno postąpienie – wydać płytę (haha). I zadbam także bardziej o swoje zdrowie psychiczne.
To czego się możemy spodziewać po tej płycie?
Jak napiszesz wniosek o stypendium, to się dowiesz… .