Każdy zakątek świata ma swój własny krajobraz dźwiękowy. Tworzą go jego mieszkańcy — ludzie i nieludzie, rzeczy widzialne i te, które łatwo przeoczyć. Każdy z tych elementów dokłada swój głos do wspólnej orkiestry, dając znać, że właśnie tutaj toczy się życie i że brzmi ono właśnie tak. To dźwiękowa opowieść o miejscu, do której zrozumienia nie potrzeba znajomości języka — wystarczy dziecięca ciekawość, która pozwoli na doświadczenie wolne od ocen i założeń.
Zwracam na to uwagę tym bardziej jako świeżo upieczona mieszkanka Norwegii. Każdy niuans opowiada coś o miejscu, w którym się znalazłam, a które jest tak inne od tego, do czego się przyzwyczaiłam. Ton rozmowy zasłyszany to w pociągu, to w sklepie, zdradza mi lokalny temperament — jest spokojny, cichy, nienachalny. Wiatr szumi inaczej w lesie, inaczej w mieście, a jeszcze inaczej na gołej skale. Zanim rano otworzę oczy, mogę stwierdzić, czy jest przed siódmą, czy po — mówi mi o tym stukot maszyn budowlanych pod domem. Gdy cichną, wiem, że jest po piętnastej. Krople deszczu odbijające się od dachu uruchamiają dylemat — czy aż tak bardzo chce mi się iść na ten poranny spacer? Mogłabym nagrać kilka dźwięków, ale dla Was, drodzy odbiorcy, byłby to szum podobny do tego, który macie na co dzień, gdziekolwiek jesteście. Krajobrazu dźwiękowego najlepiej doświadczać na miejscu — to oczywiste. Miałam jednak to szczęście, że w zbiorach dziwnych płyt mojego męża znalazł się Karl Seglem. Jeśli ktoś jest w stanie opowiedzieć Norwegię dźwiękiem, to jest to właśnie on.

Seglem jest norweskim jazzmanem, kompozytorem, poetą, producentem i niezwykle płodnym artystą. Cecha ta może rodzić (słuszne) pytania o jakość, lecz w jego przypadku świadczy raczej o szybkim rozpoznaniu muzyki jako swojego głównego medium wyrazu. Już jako młody człowiek zaczął snuć swoją opowieść i od początku była ona spójna: jazzowa, poetycka i mocno osadzona w norweskim folklorze. Dziś, mając 64 lata, Seglem ma na koncie kilkadziesiąt albumów — solowych, zespołowych, a także realizowanych w roli producenta. Wydaje swoją poezję, którą można usłyszeć na jego płytach. Niemal od początku działał niezależnie i dość szybko powołał do życia własną wytwórnię muzyczną w Oslo — NORCD, która od 1991 roku stanowi przestrzeń dla wielu artystów posługujących się pokrewnym mu językiem muzycznym. Gra na saksofonie i, co najciekawsze, na bukkehorn, czyli kozim rogu, który tradycyjnie był używany przez pasterzy między innymi do sygnalizowania zagrożenia.
Album Mytevegar (myth.path.hope) z 2023 roku, bo to właśnie to wydawnictwo wpadło mi w ręce, powstał dzięki pracy i talentowi około dwudziestu muzyków i muzyczek ze świata folk jazzu. Warto tutaj zaznaczyć, że wydanie analogowe albumu ma inny podział utworów niż wersja streamingowa. Łączna długość materiału pozostaje taka sama, jednak ze względu na format winylowy kompozycje zostały inaczej pogrupowane i połączone. W ten sposób z tych samych dźwięków, powstały dwie nieco inne opowieści. Przekrój instrumentów jest niesamowicie szeroki — usłyszymy tam zwykłe skrzypce i niezwykłe cytry dronowe, struny: elektryczne, klasyczne, orientalne, klawisze i głosy — szepczące, zawodzące, opowiadające. I oczywiście Seglemowy saksofon i bukkehorn. Już samo to pokazuje, że ten album doskonale łączy wierność lokalnemu folklorowi i odważną eksplorację wykraczającą poza jego pochodzenie. Dźwięki bukkehorn mieszają się momentami z gitarą elektryczną i widzę w tym rozczulającą metaforę jego kraju, który stanowi swoisty mariaż swojej filozofii bycia blisko natury i pragnienia bycia częścią nowoczesnego świata.
Jego dźwięki opowiadają mniej prozaiczne historie, niż stukanie deszczu o dach. Muzyka, którą skomponował wychodzi z głębin tego, co w Norwegii najpiękniejsze — fiordy, skaliste wzgórza, wszechobecna woda. Rozpaczliwe, nierówne, chropowate i momentami wręcz psychodeliczne wycie rogu wyrywa ze środka coś pierwotnego. To nie jest mądrość zdobyta na spacerach; czasami mam wrażenie, że przemawia przez niego prastara, mityczna prawda, która widząc, jak potrafimy się odłączyć od tego, co ważne i karmiące, grzmi na nas za pośrednictwem bukkehorn i momentami faktycznie trudny do wyjaśnienia niepokój marszczy mi czoło — jakby moje ciało wiedziało, że to sygnał ostrzegawczy, ale nie przed wilkami, tylko nami samymi. Surowy głos Seglema recytującego swoje wiersze idealnie komponuje się z dźwiękiem rogu — jest równie niski i drapiący, chropowaty. Po chwili jednak ciepły saksofon daje znać, że nie wszystko stracone, że przecież jest nadzieja, bo tak długo, jak istniejemy, wszystko jest możliwe. Wypowiadane w utworach słowa po norwesku — języku, którego nie znam — brzmią jak zaklęcia albo proroctwa i za każdym razem mogą znaczyć coś innego. To bardzo ciekawa forma doświadczania poezji — oderwana od dosłownych znaczeń, a skupiona na brzmieniu, uczuciu i zależna wyłącznie od wyobraźni.

To nie jest łatwa muzyka, którą można puścić jako tło do czytania książki. To jest płyta, która zaprasza do tego, żeby usiąść, wsłuchać się, spróbować znaleźć w sobie chociaż pierwiastek tego, co widzi, czuje i rozumie Seglem. Słuchanie tej płyty, dla mnie jako emigrantki, jest metaforą bycia w nowym miejscu. Nie wszystko jeszcze rozumiem i godzę się z tym, że nigdy do końca nie zrozumiem, bo przecież nie jestem stąd, ale chylę czoła z wdzięcznością za to, że mogę doświadczyć chociaż kawałka i poszerzyć swój horyzont.
Nie przestanie mnie fascynować działanie takiego umysłu, który jest w stanie tworzyć dzieła złożone, spójne, niepretensjonalne, głębokie, poruszające, mądre i świadome. To nie jest artysta, który szuka — to ktoś, kto znalazł już dawno temu, a może właściwie wiedział od zawsze, i dziś, rozumiejąc swoją rolę w orkiestrze, pokornie filtruje przekaz w swoim wnętrzu i puszcza go dalej. Nie stawia siebie w centrum, bo Norwegowie mają piękne przekonanie, że nikt nie jest lepszy od nikogo. Ten kodeks skromności, który nazywają Jantelove (Prawem Jante), stawia nacisk na grupę, w której każdy robi to, co potrafi najlepiej — nie dla pochwał, ale po to, żeby zostało zrobione i służyło reszcie.
I w duchu tej pokornej służby oddaję ten album czytelnikom — jako coś, co nie należy już do autora, ani tym bardziej do mnie, ale jest częścią czegoś większego, do czego każdy może sięgnąć. Tych, którzy skorzystają z zaproszenia, czeka podróż — jaka ona będzie, to już jest sprawa między słuchaczem a dziełem.
Natka Łajewska
źródło głównego zdjęcia: www.karlseglem.no