Moje największe zaskoczenie tego roku – „End The Party”

2026-11-01 • Natalia Drymlak

Szybko wracam do artystów Eurowizyjnych po ostatniej relacji z koncertu Kääriji – tym razem opowiem o moim albumowym zaskoczeniu pewnego Chorwata, który wrócił do swoich muzycznych korzeni, wywracając je o 180 stopni.

Tym razem porywam Was w podróż do słonecznej Chorwacji a dokładniej do miejscowości Rijeka. W 1995 rodzi się Marko Purišić, dla którego muzyka jest ważna już od najmłodszych lat. Słucha na co dzień cięższej muzyki, głównie metalu i marzy o swojej własnej karierze, kiedy dorośnie. Zaczyna powoli działać na rynku muzycznym od 2011 roku, będąc członkiem zespołu Manntra. Oprócz grania w zespole metalowym tworzy utwory dla innych artystów, nie zamykając się w jednym gatunku. Wewnętrzny głos w głowie, namawiający do rozpoczęcia własnego projektu staje się coraz głośniejszy. 2023 rok staje się rokiem narodzin Baby Lasagna.

Eurowizyjny występ, debiutancka płyta i trasy po Europie

Artysta po wystąpieniu na Eurowizji w 2024 roku z utworem „Rim Tim Tagi Dim” porywa publiczność swoją autentyczną historią w piosence, która dla wielu osób może być bliska, oraz połączniem popu z rockową energią. Jednocześnie jest przy tym wszystkim swojski, kręcąc teledysk do utworu na wsi i pojawiając się na scenie w inspirowanym lokalnym folkiem stroju. Baby Lasagna zdobywa drugie miejsce, będąc faworytem wśród publiczności. Artysta nie próżnował po konkursie: rozpoczęły się trasy koncertowe po Europie, gdzie fani mogli poznać niewydane na tamten czas utwory, zapowiadające debiutancką płytę. Koncerty chętnie przyciągały ludzi, chcących zobaczyć muzyka na scenie. Miałam okazję zobaczyć pierwszy występ Baby Lasagna w Polsce – a dokładniej we Wrocławiu w 2024 roku. Bardzo dobrze wspominam ten wieczór: muzyk zaprezentował słuchaczom solidny występ, z którego kapała rockowa energia. Mogliśmy wtedy również zobaczyć człowieka bardzo skromnego i szczerego: nie brakowało wzruszeń na scenie czy licznych podziękowań do fanów za ciepłe przyjęcie. Artysta nie był dłużny polskim fanom, bo chętnie wychodził po koncertach na wspólne rozmowy czy zdjęcia i starał się, aby na każdej dotychczasowej trasie pojawiały się występy w naszym kraju.

Niedługo potem na światło dzienne wychodzi debiutancka płyta „DMNS & Mosquitoes”, która dla wielu ludzi z artysty jednej piosenki zmieniła Baby Lasagne w pełnoprawnego muzyka, nie bojącego się tworzyć w swoim nurcie. Krążek był zgrabnym połączeniem wielu gatunków: trochę tu popu, sporo rockowej energii, znajdziemy nawet słodką balladę. Tekstowo nie gryzie się często w język, między innymi nabijając się z ludzi dążących do sławy w „IG BOY” czy komentując ludzkie zachowania w „Don’t Hate Yourself, But Don’t Love Yourself Too Much”. Lubię wracać do tego krążka – jest to debiut ukazujący wachlarz umiejętności Marko i zespołu pokazujący, że chce tworzyć w pełni po swojemu, nie zostając przy jednym gatunku. Ciekawiło mnie bardzo, co przyniesie przyszłość w twórczości Chorwata.

Czas na „End The Party”!

Ten dłuższy wstęp, będący trochę podróżą przez twórczość muzyka, jest fundamentem, który pomaga wybrzmieć mocniej nowej płycie. Myślę, że autor miał wiele do udowodnienia, wypuszczając drugi krążek – czy uda się przebić popularność poprzednich singli? Czy nowa płyta się wybroni? Czy obrany kierunek będzie tym prawidłowym?

Marko zapowiadał w wywiadach, że nowa płyta będzie cięższa od poprzedniczki, co udowodnił pierwszy singiel. Tytułowy „End The Party” opowiedział trochę słuchaczom, co podziało się z muzykiem po boom popularności. Opowiada bez owijania w bawełnę, że stał się tym, czego nie cierpi w innych: na wierzch wyszło ego i granie pod publikę, aby wszystkich zadowolić. Skoczny i mocno gitarowy numer to jest spojrzeniem w swoje odbicie i podjęciem decyzji o zakończeniu takiego zachowania. Do tego tematu (który przewija się przez całą płytę), nawiązuje pierwszy numer „Anyway”, delikatnie puszczając oczko w stronę pierwszej piosenki z debiutanckiej płyty. Polecam nawet sprawdzenie sobie obu utworów jeden po drugim – „Hypocritical” pokazuje nam przedstawiającego się artystę, który z lekką nieśmiałością i nie potrafiący powiedzieć, jakim cudem stał się sławny przedstawia się słuchaczowi. „Anyway” daje nam wizje tego samego muzyka, który jednak tym razem chce wziąć ster w swoje ręce i przejąć kontrolę nad wszystkim po swojemu. Mocniejszy, gitarowy i lekko metalowy refren podkreśla zdobycie siły i chęć działania. Podoba mi się taki zabieg rozliczenia się samego ze sobą na przestrzeni zdobytych doświadczeń.

Oczywiście będziemy wracać do samodzielnego rozliczania się z własną osobą, co też pokazuje „My show”. Utwór trochę przypomina mi zorientowanie się, że często sami dla siebie jesteśmy wrogami przez co zapominamy, że jesteśmy reżyserami naszego życia. Jeden z mocniejszych numerów na płycie, zyskujący na prędkości z każdą zwrotką i refrenem, by w końcówce zaprezentować iście metalowy breakdown z chórem i gitarami. Zdecydowanie mój faworyt z płyty – miesza wszystko to, za co lubię Baby Lasagne. Mamy tu świetny tekst, będący dla wielu osób prosty do utożsamienia się, instrumentalne szaleństwo zespołu i wiele zaskoczeń przez te ponad 3 minuty piosenki.

„All The Wrong Directions” idzie w tony rockowo-punkowe, opowiadając o miłości. Spokojnie, to nie będzie ballada tylko słodko-gorzkie spojrzenie na relację, która dla nas może być destrukcyjna. Wyczuwamy tu trudność ze złapaniem kontroli, co można interpretować na wiele sposobów: ten bardziej dosłowny jak i szerszy, mówiący o kontroli nad życiem. Numer ma coś w sobie, że chce się do niego często wracać: chwytliwe instrumenty w tle, które często brzmią jak ogromna kompozycja i tekst z którym dużo osób może się utożsamić. Relacje są bardzo istotną częścią historii tego albumu, biorąc go na tapetę w szerszej skali. „Face On Your Phone” – jeden z najmocniejszych singli – opowiada szczerze o zmierzeniu się z falą krytyki i hejtem. Szybki rozwój muzyka przyczynił się do zwrócenia większej uwagi na te negatywne głosy i mowę nienawiści, skierowaną często do artystów. Artysta przypomina słuchaczom, że dla hejterów jest często tylko tytułową twarzą w telefonie, którzy zapominają, że za każdym filmem, zdjęciem czy piosenką stoi realna osoba. Numer mocno ukierunkowany jest w stylu metalcore, ukazując zadziorność w głosie artysty i zaskakując słuchacza umiejętnościami growlu. Pamiętam, że przy premierze był dla mnie największym zaskoczeniem – oczywiście bardzo pozytywnym. Utwór bardzo podekscytował mnie na myśl o albumie, mając nadzieję, że reszta będzie utrzymana w takiej stylistyce.

Słuchając początku „Dawn” trochę odniosłam wrażenie, jakbyśmy otrzymali nawiązanie do poprzedniej płyty: styl śpiewania pierwszych wersów skojarzył mi się z „Biggie Boom Boom” i „Dopamine”. Dostajemy opowieść o nowych początkach, które często niosą za sobą poświęcenia. W tym wypadku możemy wychwycić nawiązanie do bólu, który mógł dotychczasowo się pojawić spowodowany presją, nagłą popularnością i jej ciemnymi stronami. Utwór jest jednym z bardziej melodyjnych na krążku, nadal pasując całą estetyką do reszty (i oczywiście zaskakując mocniejszym bridge’m).

Pomimo utworów opowiadających o sile i walce dostajemy „Sedated” – utwór o… ataku paniki i lęku. Lęk przeradza się w panikę, gdzie podmiot liryczny błaga o wsparcie, jednocześnie nie będąc zadowolonym z potrzeby pomocy. Singiel idealnie wykorzystuje klimat metalcore, podkreślając emocje paniki agresywnym wokalem i gitarami oraz pędzącą oszalałe perkusją. Lubię bardzo ten numer bo przypomina nam, że artysta też może posiadać swoje lęki, które czasem utrudniają codzienne funkcjonowanie i ukazuje tą szczerą stronę Baby Lasagni.

Nie wiem, czy mogę tak określić końcówkę albumu ale trochę zwalniamy: dostajemy balladowe „Would you?”, które zadaje ważne pytanie, które wiele z nas mogłoby zadać bliskim nam osobom – czy będą z nami mimo przeciwności i trudności losu? Oczywiście tak jak na początku płyty nie jest to słodka ballada ale owiana aurą obawy o przyszłość. Krótka ale bardzo treściwa. „Wake up” zaskakuje rapową wstawką na początku, trochę odpowiadając na pytania poprzedniej piosenki. Dostajemy tu jednak inny wachlarz emocjonalny: więcej nadziei i obietnice trwania przy drugiej osobie. Tu jest bardziej agresywnie wokalnie jak i muzycznie, eksplodując uczuciowo.

Na sam koniec dostajemy utwór, który już słuchacze mogą znać, ale w innej aranżacji. Przyznam się szczerze: nie lubię „And I”. Nie mam nic przeciwko lżejszym piosenkom ale ten utwór wydawał się dla mnie mocno infantylny i jakościowo niżej od tego, do czego Baby Lasagna zdążył mnie przyzwyczaić muzycznie. Nowa aranżacja dała mu drugie życie: trochę bardziej dramatyczne i pompatyczne, przekształcając go w spektakularny, orkiestrowo-rockowy koniec albumu. Odnoszę wrażenie, że powrót do poprzedniej płyty na końcu miał być pewną klamrą, zamykającą rozdział „DMNS & MOSQUITOES”. Czy polubiłam ten utwór w nowej wersji? Nie. Czy potrafię docenić podejście numer dwa, bardziej kreatywne do powstałego wcześniej numeru? Jak najbardziej.

To nie jest bezpieczna płyta

Na dzień pisania recenzji (01.11.2026) ledwo minęły dwa tygodnie od premiery a ja co kilka dni wracam do tej płyty. Pierwszy odsłuch był dla mnie bardzo zaskakujący, budując moją ekscytację każdym numerem. Patrząc na nią w szerszym kontekście – to nie jest bezpieczna płyta. Baby Lasagna mógł pójść prostą ścieżką i nagrać coś w stylu popularnego „Rim Tim Tagi Dim” czy debiutanckiej płyty. Artysta odważnie postawił wszystko na jedną kartę, tworząc album w bliskim mu stylu. Jestem zdania, że ryzyko stworzenia płyty w kompletnie innym stylu opłaciło się. Autentyczność przebija się przez ten krążek od pierwszych do ostatnich sekund, prezentując słuchaczom zespół w szczytowej formie. Wyjątkowo cieszy mnie ten krążek: posiada bardzo ciekawą estetykę, opowiadającą o trudnych ale i jednocześnie powszechnych wśród ludzi problemach. Emocje i szczerość idą w parze, fundując fanom wyjątkowe muzyczne doświadczenie, obfite w szeroki wachlarz gatunkowy. Marko udowadnia, że czuje się w mocniejszej muzyce jak ryba w wodzie. Nawet jeśli twórczość Chorwata jest dla Was obca lub byliście przekonani, że jest to artysta jednej piosenki – dajcie temu albumowi szansę. Obiecuje, że nie będziecie zawiedzeni, a może i nawet zostaniecie mile zaskoczeni.