Legenda trójmiejskiej sceny muzycznej wraca po 4 latach z nową muzyką. Tym razem jako Grzesław Nawrocki prezentuje „Najpiękniejszy śmietnik”. Czy album stworzony z materiałów teoretycznie nienadających się do użytku ma prawo zyskać drugą świeżość?
Kariera Grzesława Nawrockiego trwa nieprzerwanie od prawie 3 dekad. Przed pójściem na swoje solowe strony działał m.in. z Kurami przy nieśmiertelnym P.O.L.O.V.I.R.U.S.I.E. Największe sukcesy osiągał ze swoim zespołem Kobiety (kto z nas nie nucił w losowych momentach „Marcello” czy „We Are The Mutants”). Jeśli chodzi o solowe dokonania najpierw był rok 2011 i „Nawrocki Folk Computer Band”. Potem w 2022 jako Nawrocki wypuścił krążek „Moja mama ma depresję i siedem innych piosenek” (najważniejsza jego zdaniem płyta w karierze). Teraz pod obecną nazwą wraca z „Najpiękniejszym śmietnikiem”. Jego materiał mogliśmy usłyszeć jeszcze przedpremierowo podczas Sea You w kwietniu, a w październiku dostaliśmy ostateczny kształt.

Śmieciowe wspomnienia
Gdy się wsłuchamy w utwory z najnowszej płyty, możemy zanurzyć się w najróżniejszych emocjach. Jest kilka tematów, których podejmuje się autor, a jednym z nich jest nostalgia. Dosłownie i w przenośni. Idealnym przykładem jest nagranie „To tylko to”, które pojawiło się w ramach zapowiedzi płyty. W tym utworze cofamy się do czasów dzieciństwa Grzesława. Lata 80. Czasy, kiedy wąchanie „kleju” było na porządku dziennym. Jednak po wysłuchaniu dociera do nas świadomość, że nostalgia to nie tylko tęsknota w stylu „kiedyś to było”. To rzecz, do której chcemy częściej wracać, np. do swoich rodziców, do swojej dziewczyny itp.
Szczególną uwagę zwraca jedyna kompozycja instrumentalna, która jednocześnie kończy płytę. „Szadółki o świcie” to muzyczne spojrzenie na tytułową dzielnicę Gdańska w chwili wschodzącego słońca. Dużą rolę odgrywa tutaj saksofon, który idealnie opisuje moment wyłonienia się pierwszych promieni. Do ideału brakuje jedynie dźwięków ptaków. Wtedy byśmy mieli perfekcję w każdym calu.
Poza tym mamy tematy dotyczące miłości, bliskości i… śmieci. W końcu tytuł zobowiązuje. W samym „Najpiękniejszym śmietniku” uświadczymy tak naprawdę cały sens materiału trwającego ponad 30 minut. Zdaniem podmiotu samotność jest klejnotem, a tytułowy „śmietnik” jest jego największym skarbem.
Umarł avant-pop, niech żyje thrash-pop
Pod koniec XX wieku dziennikarze określili Kobiety jako pionierów avant-popu w Polsce. Wraz z premierą „Najpiękniejszego śmietnika” dostaliśmy własną interpretację thrash-popu. Na czym ona polega? Najprościej rzecz ujmując są to utwory, które powstały tak naprawdę z odrzutów. Wykorzystuje się melodie, które w pierwotnym założeniu brzmiały beznadziejnie, a po modyfikacjach zyskują drugie, w najczęstszych przypadkach piękne życie. Dalibyście wiarę, że to są piosenki z odzysku? Ja też nie, dopóki sam artysta przyznał do tego w rozmowie, którą robiłem po jego występie w Gdańsku. 9-utworowa płyta porusza się po najróżniejszych brzmieniach. Znajdują się zarówno ballady do odpalenia przy refleksyjnych chwilach, jak i rytmiczne melodie, przy których można potuptać nóżką.
Nad całością ostatecznego materiału czuwał sam Grzesław, a także Tomasz Ziętek (Dick4Dick) i Macio Moretti (Mitch & Mitch). Jednak prawdziwa gratka pojawia się, gdy spojrzymy na listę gości. A ta jest iście bogata. Mamy plejadę gwiazd alternatywnej sceny muzycznej (nie tylko z Trójmiasta). Wystarczy wymienić m.in. Jarka Marciszewskiego (Popsysze), Dara Giersa (Anti Motivational), Olę Bilińską (Babadag, Muzyka Końca Lata) i Marsiję (Loco Star), by przekonać się, że nie są to przypadkowe nazwiska. Muzyków usłyszymy wszędzie, a wokalistki w „Bawolich sercach” oraz „Panu Zombie”. Każdy wniósł do swojego projektu coś unikalnego.
Może i śmieci, ale za to piękne
Dotychczas śmietniki kojarzyły mi się z pojemnikami na śmieci, gdzie trafiają rzeczy, o których od razu zapominamy. Teraz wiem, że czasami śmieci po ponownym przejrzeniu mogą stanowić inspirację do czegoś o większym potencjale. Z takim pomysłem wyszedł Grzesław Nawrocki i wyszło mu perfekcyjnie. „Najpiękniejszy śmietnik” to produkt, który powinien trafić do waszych odtwarzaczy (nawet tych, których zużycie wskazuje na odesłanie do cmentarza dla sprzętu RTV). Piękno tkwi tak naprawdę w prostocie i recyklingu. Mam również wielką nadzieję, że nasza interpretacja thrash-popu będzie równie wielkim sukcesem, co bigbit w czasach PRL-u, i że nie znajdzie się prędko na którymś wysypisku.