Emo punkowa wielomiastowa grupa wydała średnioszybki krążek, opowiadający o boleściach współczesnego świata. Wskoczcie ze mną do Morza Martwego, aby poznać debiutanckie „Czerwone”.
Otwierający numer „Najlepsi wrogowie” podarowuje słuchaczowi przysłowiowego plaskacza w twarz. Tu nie będzie miło: grupa nie boi się poruszać trudnych tematów, rozliczając się z tym co nas otacza. Energiczny numer pokazuje nam, że wrogość między ludźmi bywa zgubna i przypomina, że historia lubi się powtarzać. Utwór swoją tematyką nawiązuje do obecnej w przestrzeni publicznej nietolerancji, braku szacunku do innych czy konfliktów międzynarodowych. Temat ten wraca do „Wiecznego powrotu”, który opowiada o mowie nienawiści w kontekście hejtu internetowego. Przypomina słuchaczowi, że krzywda zadana komentarzem czy nękaniem wirtualnie ma taką samą moc sprawczą, jak słowa wypowiedziane na żywo. Oba utwory prowadzone są przez surowe gitary i perkusję, uderzającą z siłą w agresywne teksty. Zespół nie boi się rozliczać oprawcy, muzycznie przenikając do jego duszy i przypominać, jakie zło wyrządza innym.

Nie brakuje tutaj utworów refleksyjnych, które pozwalają słuchaczowi przystanąć i spojrzeć w głąb siebie. Sztandarowymi utworami w tej tematyce są „Wiatr” oraz „Próchno”. Pierwszy z nich interpretuje jak utrzymywanie swoich zmartwień czy trudnych uczuć w sobie, które jak nieokiełznany wiatr wypuszczone mają wielką moc.
Morze Martwe w drugiej połowie albumu trochę zwalnia, opowiadając o uważności. „Bezszelest” zachęca słuchacza do zrobienia kroku w tył, aby przyjrzeć się uważnie temu, co nas otacza na co dzień. Mimo subtelniejszych instrumentów w tle przekaz trafia bezpośrednio. Na tym etapie słuchania bardzo podoba mi się operowanie przekazem, który wpleciony jest w utworach. Nie gryząc się w język lecz z liryczną delikatnością rzuca światło na to, co możemy na co dzień uważać za mało istotne. Zabawa formą jest zgrabna i nie męczy przy obcowaniu z utworami grupy.

Tak samo jak „Gdzieś” który opowiada o poczuciu odstawania od społecznych norm. Uwielbiam porównanie wychodzącego poza schemat człowieka do wygnańca, który może odczuwać się niechciany. Wygnańcem, który dla kogoś przygaszonego, może stać się inspirującym światłem. Łączę ten numer z kolejnym z płyty, bo „Ptaki” kontynuują wątek odrzutka, który upada. Zapewnia, że nie jest sam w swoim cierpieniu czy niezrozumieniu. Oba numery mogą rezonować z osobami, które odczuwały, że nie pasują do obecnego świata (również przypomnę: pamiętajcie, że nie jesteście sami!).
Album „Czerwone” kończy się niepewnością? Czy aby na pewno? Z początku melancholijne „Paprocie” przedstawiające obraz jesiennej drogi (idealnie do obecnej pory roku) przepoczwarzają się w utwór pełny mocy i nadziei na lepsze jutro. Po świetnym gitarowym bridge’u wokalista wkracza z pełną energią, mówiąc o trwaniu pomimo trudności. Końcówka idealnie zamyka całość w bardzo emocjonalnym wydaniu, stopniowo wyciszając instrumenty i zostawiając słuchacza z cichymi głośnikami. Myślę, że ta cisza jest dobrym momentem na rozprawieniu się z treścią albumu.
Połączenie agresywnego grania z subtelnością ale i niepohamowaniem tekstów sprawia, że „Czerwone” jest krążkiem, do którego chce się wracać. Rozdrabniać go na mniejsze części i subtelnie smakować, znadując nowe znaczenia. Dobrze jest popływać w tym Morzu Martwym: ich muzyka wywołuje w słuchaczu dialog wewnętrzny, który dla wielu osób może być trudny. Prowadząc ten dialog mamy uczucie, jakby członkowie grupy patrzyli na nas z myślą „wiemy co czujesz i przechodzisz, nie bój się o tym mówić” co uważam, że jest bardzo piękne.