Wybierz swój sposób
Sposobów na przeżywanie takich wydarzeń jak Great September może być wiele. Są osoby, które wybiorą się tylko na headlinerów, tych, którzy w zamyśle mają sprzedać bilety. Są też tacy, którzy docenią niszę i, łamiąc szyk, wybiorą zamiast Zalewskiego Zabielską. Na cokolwiek się ludzie decydują to ich wybór. Co się jednak dzieje w głowie delegata, który dostał żółtą opaskę i czuje, że ma ten festiwal u stóp? Tutaj też jest kilka dróg do wyboru i można się spierać w kwestii wartości poszczególnych z nich. Zamierzam wam opowiedzieć tylko o jednej, której doświadczyłam ja. Jest to droga 45 koncertów w 3 dni. Tak, wiem, wiem. Pewnie teraz zastanawiacie się: Jak ona niby to zrobiła? Ja zaś nie będę ukrywać, że moje bycie na koncercie zazwyczaj nie trwało dłużej niż 15 minut i w tym momencie zapewne wielu może mi zarzucić, że nawet nie miałam szansy przeżyć tych występów, że się nie wczułam, ale ja widzę to troszkę inaczej! Poza tym już drugiego dnia bywało, że i te 30 minut to za dużo, a 15 stawało się w pełni optymalnym rozwiązaniem. Wiadomo, czasem trudno jest wyrwać się pokusie bycia na tych „największych”. Mogłabym pójść na godzinne koncerty Mozila, Piasecznego czy Wieniawy, ale straciłabym wtedy możliwość bycia na trzech innych występach ludzi, dla których jest to jeden z piękniejszych muzycznych momentów w ich, raz krótszych, raz dłuższych karierach. Wybór jest więc oczywisty, przynajmniej dla mnie.
Być albo nie być? Oto jest pytanie
Obecność na ponad 10 koncertach dziennie oznacza, że jest się na nich krótko. Faktycznie trudno jest się w pełni zaangażować w występ, kiedy nie znasz tego wykonawcy dobrze, na dworze leje deszcz, a ty, mokry, zaraz biegniesz na kogoś innego. Dlatego taka forma przeżywania festiwalu wymaga jakiegoś rodzaju plastyczności, ale też szybkiego resetu myśli. Na każdym koncercie chciałam zostawić cząstkę siebie, zabić brawo, krzyknąć, wiem ile to znaczy dla tych na scenie. Trzeba też uważać, żeby nie dać się zbyt porwać, bo bywali i tacy, którzy swoimi zdolnościami i charyzmą sprawiali, że nachodziły mnie myśli typu: A może jednak odpuścić sobie następny koncert, przecież nic się nie stanie. Takie pułapki szczególnie dokuczały mi, jeśli chodzi o wykonawców, których już znałam i których twórczość lubię. Przykładowo Stany Pośrednie, z których ledwo wyszłam, pamiętając ich występ z NEXT FEST. Jest w tym zespole energia, która naprawdę przyciąga i jeśli ktoś spędził na nich te 30 minut, to wiem, że nie żałuje. Polecam zwłaszcza basistę, który potrafi dać czadu. Podobną sytuację miałam z koncertem Kuby Karasia, za którego twórczością przepadam i śledzę od czasów The Dumplings. Kuba grał premierowo swój materiał z pierwszej solowej płyty i ogólnie czuć, że dobrze mu z tym, co stworzył. Mimo, że trochę żałuję, że większość gości z płyty nie była obecna na żywo, to wynagradzał to fakt, że mogłam usłyszeć, jak śpiewa właśnie Kuba. Trudno było nie zostać dłużej, ale dzięki silnej woli w czasie koncertu Karasia zaliczyłam jeszcze dwa inne występy. I bardzo dobrze, bo jednym z nich był koncert zespołu Poczta Polska, który bardzo przypadł mi do gustu, o taką polską pocztę walczyłam! Nie ukrywam, że ogłoszenie rozstania z zespołem jednego z członków zaraz po ich drugim koncercie na Greacie było dla mnie szokiem. Ale jak to? Przecież wszystko było dobrze. Jednak trudno zaufać Poczcie Polskiej nawet tak pięknie brzmiącej jak ta. Czy dostarczą nam coś jeszcze?
W piątek, który już tradycyjnie był deszczowy, miałam jeszcze jedną próbę, która nauczyła mnie, że warto mocno trwać w swoim postanowieniu rekordowej liczby koncertów. Mianowicie, gdy już znalazłam się na Łodzi Kaliskiej ponownie, pojawiła się myśl: A może nie idź na ten koncert? Jest daleko, pada deszcz, zaraz będziesz z powrotem biegła. I powiem szczerze, już miałam odpuścić. Ale przypomniałam sobie, że przecież dałam im serduszko na Spotify. Zebrałam się w sobie i wyruszyłam w drogę. Gdy weszłam do salki w Domu Literatów, zastanowiłam się przez moment, czy się nie pokłonić, bo na scenie odbywał się iście niebiański spektakl. Strangers in Name brzmieli nieziemsko, a ten saksofon i głos wokalistki… Grali i wyglądali tak, że dziękowałam Bogu, iż jednak zdecydowałam się przebiec w tych strugach deszczu, bo ominęłoby mnie takie widowisko.
Zapomnij o tym co znasz, poznaj co nieznane
Jak więc sami widzicie, przede wszystkim upór i trzymanie się ułożonego planu. Nie bez znaczenia jest też otwartość. Skoro założyłam sobie na ten rok obecność na tylu koncertach, to oczywiste jest, że nie każdy będzie w moim stylu. Jest spore prawdopodobieństwo, że trafi się pełno takich, na które raczej nie wybrałabym się z własnej woli i za własne pieniądze. To dlaczego na nie poszłaś? Ano dlatego, że chcę wychodzić poza swoje gusta i guściki…poza tym widocznie pasował mi w moim harmonogramie. Wszystkich tych wykonawców mogłam wpisać do grona pewnego rodzaju osobliwości, które albo połkniesz, albo nie. Czuję, że ich wspólnym mianownikiem jest pewna doza różnorodnego szaleństwa. I tak przyszło mi pochłonąć trochę energii od Lotty, w której widziałam pełno kolorów, a jej uśmiech kazał mi doszukiwać się muzycznego obłędu. Zaś z drugiej strony śpiewałam skacząc, że jestem malutka jak krasnoludek przy vgtbl,pl, czyli duecie Franek Warzywa i Młody Budda. Trudno mi tu oceniać kunszt wokalu czy samej muzyki, ale chyba nie do końca po to ta twórczość jest. Widziałam tłum skaczących ludzi, zadowolonych z tego, na czym są, a fakt, że kiedy wchodziłam na chłopaków, wychodził z nich Artur Rojek, jakoś mnie rozbawił, bo na 3 dni i 45 występów spotkałam go akurat tam i to bardzo uśmiechniętego.
Dobrze też pamiętam koncert Bandy Debili, którzy, myślę, zaskoczyli tych, którzy nie słyszeli ich tekstów wcześniej. Apogeum nastąpiło w momencie znakomitego utworu „Japończycy zabili moje dziecko”. Sam wokalista nie mógł wytrzymać ze śmiechu przy wyśpiewywaniu tego wersu. Przyjemny vibe towarzyszył też Ciepłym Brejkom, którzy z miejsca urzekli. Widać w nich było szczerość i radochę z tego, co tworzą. Mimo że na początku nie wszyscy byli przekonani do miauczenia jak kotki, to chłopacy szybko przekonali do siebie i pozwolili wspólnie się pobujać. Ciepło na sercu zrobiło się też na duecie Knedlove. Nie miałam ich w planach, jednak dostałam wiadomość z zaproszeniem. Pomyślałam, że skoro włożyli trud w to, żeby napisać do ludzi, prosząc o obecność, to jak najbardziej warto się wybrać. I nie żałowałam, bo były to miłosne melodie z gitarą i tamburynem. Polecam zakochanym puszczanie ich sobie w zaciszu własnego kąta (albo niewłasnego).
Wracając do osobliwych sytuacji, pomyślałam o scenie z koncertu Szklanych Oczu, kiedy to wokalistka wbiegła w tłum i kazała razem ze sobą krzyczeć, a na tyły uciekł pan na oko lat 50., zapewne po to, by nie zostać zmuszonym do krzyku w tłumie nostalatek. Wiecie, co miał napisane na koszulce?
Życie jest za krótkie, by nie krzyczeć pod sceną.
Czyżby?
A propos krzyków, szczególnie mocno było w klubie Iron Horse, gdzie zawsze szłam z nastawieniem, że usłyszę coś ciężkiego. Z 9 koncertów, które się tam odbyły, byłam na 6. Był punk, post, hardcore, wrzask i jazgot. Właściwie pamiętam każdy z zespołów, które tam zagrały: Bazgrołki, Flor-o, Deathknell, Bujaturla, Burn TV (whazzaa) i Gym Wisdom. Ale od razu uprzedzam – nie każdy zniesie taki kaliber jak Deathknell czy Flor-o. Zostawiłabym ich na koniec, jako wisienkę na torcie, a może bardziej jako przester na solówce. Jeśli w tym amoku ktoś jeszcze mi zapadł w pamięć, to Paula i Karol, którzy zagrali country, indie folk, nie przejmując się, że przed sceną stoi ledwie z 10 osób. Biła od nich taka pozytywność, że sprawili, iż poczułam się jak na jakimś pięknym letnim festynie z kwiatami we włosach. Miło było też posłuchać girlsbandu Wilgoć, bo dziewczyny poradziły sobie świetnie. Po festiwalu wrócę jeszcze z pewnością do Kielichów i Lunar Trips, których słucha się wyśmienicie.
Czy kimś się zawiodłam? Tak jak mówiłam, otwartość jest ważnym elementem i strzeże przed takim uczuciem jak zawód, ale miałam pewnego rodzaju smutek, który dopadł mnie na koncercie schaftera. I to nie tylko mnie. Można powiedzieć, że śledzę jego karierę prawie od początku. Wiedziałam, że jako muzyk się zmienia, że nie robi już nut jak z cudownej EP-ki “hors d’oeuvre” czy hitów zasięgu “hot coffee”. Świadczy o tym chociażby fakt, że na koncercie musiał dwa razy zaczynać „marvina”, bo zapomniał tekstu, a nawet jak już śpiewał, to bardziej chciało mi się płakać niż śpiewać z nim. Nie chodzi o to, że kiedyś to było, a teraz to nie ma. Najzwyczajniej w świecie chciałabym w tym chłopaku widzieć życie, bo jego fani są i czekają na każdy jego muzyczny ruch.
W muzycznym amoku
Jak sami widzicie, te 45 koncertów jest związane z wieloma emocjami i też wiele człowieka kosztuje, bo przyznam, że ze zmęczenia czasem aż łezka w oku się kręciła. Zwłaszcza że są to podróże samotne z punktu do punktu, bo ilu z Was ma kumpla czy kumpelę pragnących 3 dni biegać, nie jeść i nie spać? Jeśli macie, nieźli z Was szczęściarze. Nie jestem pewna, czy za rok powtórzę tę przygodę. Na pewno będę na Greacie, ale czy zdecyduję się ponownie na taki maraton? Ogromnym plusem jest usłyszeć tylu wykonawców na żywo. Myślę, że to weryfikuje ich siłę przebicia. Jeśli będąc na 45 koncertach zapamiętasz niektórych, to znaczy, że zrobili wrażenie. Minusem jest ciągły bieg i fakt, że niekoniecznie pamiętasz tak dobrze, na kim byłeś. Potem, gdy ktoś ciebie zapyta, czy podobał Ci się koncert Kasoil, a Ty odpowiesz, że spoko, ale nie bardzo w Twoim stylu, okaże się, że to była jej chórzystka i do końca nocy będziesz mieć wyrzuty sumienia, póki nie spotkasz jej na nocnym kebabie i nie przeprosisz. Wiecie, co jest jeszcze zabawniejsze? Na tym samym kebabie, już po zakończeniu ostatniego festiwalowego aftera, spotkasz Drabusheyka z ekipą, który powie Ci, że właśnie zaczepiła go jakaś inna banda. Na początku było spoko, potem się prawie pobili, a na koniec tamci dali im płytę. Pokazał nam tę połamaną płytę i okazało się że była zespołu Bazgrołki. Przynajmniej tak głosi legenda.
Ten bieg przez płotki… znaczy koncerty pozwolił mi poznać masę ludzi, którym oczywiście ślę pozdrowienia (w szczególności ludziom z Afery i Żaka oraz mojej serdecznej towarzyszce). Fakt, że powyżej nie wspomniałam o wszystkich 45 wykonawcach, nie oznacza, że ktoś był gorszy. Moja głowa po prostu nie miała wystarczająco dużo miejsca, by zapisać o Was jaskrawe, dźwiękowe wspomnienie. Wszyscy jednak byliście jedyni w swoim rodzaju i tego jestem pewna. Wasza wartość jest milion razy większa niż wszystkich headlinerów razem wziętych. Trzymam za Was kciuki!
Świetny wrzesień
Great to festiwal, któremu nie mam nic do zarzucenia, a przynajmniej nic mi teraz nie przychodzi do głowy. Są prelekcje, koncerty, ludzie, poczucie wielkiej wspólnoty na te 3 dni. Spełnia, więc wszystkie podstawowe założenia showcasu. Chociaż teraz mam jeden zarzut. W tym roku, niektórzy wykonawcy grali po dwa koncerty. Jestem przeciw, jak już mamy podejmować najtrudniejsze decyzje przy układaniu planu na te 3 dni to niech to będą decyzję na śmierć i życie!
Jestem ciekawa, czy ktoś też zdecydował się na bicie własnych rekordów i jak to przeżył. Ja osobiście czuję się z tym świetnie i mimo chwilowych wątpliwości – przeżyłam. Może za rok ktoś zechce się do mnie dołączyć?
Na koniec fundamentalne pytanie. Myślicie, że da się dobić 50?
Ja myślę, że tak.