Po 8 latach od ostatniego krążka Maja Kleszcz powraca do słuchaczy z całkowicie nowym materiałem. Wciela się w rolę życiowej przewodniczki w tym zwariowanym, głośnym świecie.
Płyta może zaskoczyć słuchacza, który przyzwyczajony jest do fantazyjnych utworów, w których wiele się dzieje. Jest ona bardzo prosta. Czy to źle? Dobry warsztat pisarski oraz instrumentalny potrafią wybronić nieskomplikowane kawałki pokazując, że niewiele trzeba, aby stworzyć coś świetnego. Jak wypadło w przypadku albumu Mai?

Przyznam się bez bicia – na początku odbiłam się mocno od płyty. Nie podeszłam zbyt entuzjastycznie mając myśl, że numery nie są interesujące czy takie, do których wróciłabym na dłużej. Pomimo początkowej reakcji coś nie dawało mi spokoju: cały czas czułam, jakbym miała jakąś nierozwiązaną sprawę z „Nieklikalnością„. Kolejne podejście wywróciło moją opinię o 180 stopni. Co sprawia, że krążek jest wart uwagi?
Wyobraźcie sobie taki scenariusz: wchodzicie do sali koncertowej. Przed wami stoi scena, na której znajduje się tylko fortepian. Po chwili zza kurtyny wyłania się wokalistka, która śpiewa tylko do was. Dłonie suną subtelnie po instrumencie, wciskając kolejno klawisze a wokal prowadzi nas przez świat, który różni się od naszego: jest spokojniejszy, czuły i bezpieczny. Otwierający „Eon” jest jak brama, otwierająca swoje wrota przed słuchaczem. Charakterystyczny głos wokalistki wychodzi przed szereg, stając się narratorem całego krążka. W trakcie obcowania jesteśmy zaskoczeni męskim wokalem: pierwszym gościem albumu jest Wojciech Waglewski, który wprowadza gitarowego pazura i prosi o „Zaproszenie mnie do tańca”. Piosenka jest mocnym punktem, który wprowadza urozmaicenie i pokazuje, jak oboje artystów świetnie odnajduje się w takim duecie. Oczywiście to nie jedyny występ gościnny: „Mam nadzieję” z Kortezem to intymny dialog i miłości, przepełniony troską o siebie nawzajem. Wrażliwość muzyków kreuje autentyczny przekaz, który chwyta za serce.
Druga część płyty mocno wbiła się w pamięć, ukazując różnorodność. „Tego nie da się tańczyć” jest bardziej melodyjnym, rytmicznym numerem sugerującym słuchaczowi, aby nie przejmować się zdaniem innych. Moją osobistą wisienką na torcie jest „Zostań dziś ze mną”: soulowy numer, zalotnie zachęcający do dzielenia się wspólnie chwilami.

„Nieklikalność” należy do kategorii tych albumów, które lubię słuchać w deszczowe wieczory – nieskomplikowane, stawiające na uczucia i pomagające wyciszyć się przy chaosie dnia codziennego. Jego prostota jest siłą, którą ciężko podważyć: mamy tutaj warsztatowo bardzo solidne numery, teksty trafiają do słuchacza i pokazują, że nie trzeba pędzić w stronę trendów, tylko można stworzyć coś w zgodzie ze sobą.