Nigdy nie byłem zainteresowany Oasis. Przez całe swoje świadome muzyczne życie wyznawałem shoegaze, a w temacie britpopowej wojny byłem w teamie Blur. Miałem szczęście, bo były to czasy, gdy shoegaze powrócił jako gatunek, a Blur przyjechali do Polski na Open’era, a ja mogłem płynąć z innymi ludźmi na tej fali. O Oasis wiedziałem tylko tyle, że byli maszyną do tworzenia stadionowych hitów, mieli beef z Blur, byli totalnymi dupkami, hołubili rockandrollowy styl życia i przyczynili się do zniszczenia shoegaze’u. Niechęć do nich była więc oczywistą reakcją. Nawet kiedy z ciekawości przesłuchałem ich pierwsze albumy, nie poczułem nic. Nie pamiętałem nawet jednego utworu, bo wszystko zlewało się w jedno.
Gdzieś w 2023 roku zaczęło pojawiać się coraz więcej informacji dotyczących ewentualnego powrotu Liama i Noela. Uderzyło mnie, że pogłoski i plotki zdawały się mieć znamiona legendy, mitu, jakbyśmy mówili o czymś absolutnie nierealnym, a ci, którzy głosili ich second coming, byli dawnymi apostołami zespołu. Dziwna faza, ale poruszyła mnie.
Gdy w końcu wyjąłem kija z dupy i zabrałem się za dyskografię braci Gallagher na porządnie, z otwartością i chęcią zrozumienia – jebło mnie. Słuchając „Live Forever”, „Slide Away”, „Cigarettes and Alcohol”, „Some Might Say” i „Morning Glory”, przed oczami stanęły mi flashbacki z liceum, wspomnienia, których mogłem nawet nie mieć, ale były tak archetypiczne, że czułem się jak w czołówce serialu o młodzieży z przełomu lat 90. i 2000. Do tego doszły podstawowe informacje o ich historii, nienawiści między braćmi oraz legendarne wykonanie „Slide Away”, które jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie widziałem na YouTubie. Morał z tego taki, że czasem potrzebny jest bodziec z zewnątrz, który popchnie nasze zainteresowanie naprzód i wskaże, na co powinniśmy zwrócić uwagę. A czy to polubimy, czy nie, to już inna sprawa.
Czy nowy dokument o Oasis jest takim bodźcem?
Film zaczyna się tam, gdzie zespół na dobre rozpoczyna swój powrót – na sali prób. Pierwsze 20 minut ukazuje wyczekiwanie na Liama, a każdy członek zespołu wie, że należy spodziewać się wszystkiego. Noel, który instruuje zespół, jak należy grać poszczególne partie, wciąż jest profesjonalny i perfekcyjny do bólu. Czuć jednak, że konfrontacja z bratem budzi nerwy nawet u niego, a napięcie całej tej sekwencji jest niebywałe. Nawet wiedząc post factum, że comeback Oasis okazał się udany, i tak czułem potężny nerw płynący z ekranu.
Podobnie było przy scenie, gdy tuż przed pierwszym koncertem Noel wyszedł na parking i krążył w niepewności. Nie musiał mówić nic – cisza i dochodzący zza ścian stłumiony krzyk fanów oddawały wszystkie emocje. Emocjonalną stawkę podbiło wyjście na scenę i moment, w którym Liam chwycił brata za rękę. Sam Noel powiedział, że nie był na to gotowy, a podczas koncertu, gdzieś na poziomie czwartego utworu, miał ochotę zrobić przerwę, bo fakt, że ten powrót naprawdę się dzieje, że obaj stoją na scenie jak 15 lat temu, był dla niego zbyt surrealistyczny.
Twórcy (a jednym z nich jest Steven Knight, scenarzysta „Peaky Blinders”) postawili na niejednoznaczność. Nie jest to typowy dokument, który wyjaśnia kontekst czy opowiada historię stojącą za zjednoczeniem braci. To raczej obraz, który wrzuca nas w sam środek opowieści, którą powinniśmy znać choćby pobieżnie, bo dopiero wtedy możemy wejść na głębszy poziom odczuwania. Film wielu rzeczy nie tłumaczy wprost. Zamiast tego rzuca ślady, wskazówki, gra obrazem i niedopowiedzeniami.
Paradoksalnie wypowiedzi obu braci, a szczególnie Liama, są krótkie, proste, ale niesamowicie treściwe. Jak choćby: „Musi ci bardzo na czymś zależeć, aby mieć wyjebane”, czym Liam po latach przyznaje, że nikt go nie rozumie. Albo gdy tłumaczy, że tak naprawdę rzadko śpiewa, a to, co widzimy na scenie, jest po prostu wyrzucaniem z siebie wkurwu, agresji i ochoty odgryzienia mikrofonu.
Czytając recenzje i opinie o filmie, bardzo często trafiałem na przymiotnik „biblijny” i bez spojlerowania mogę się pod nim podpisać. Film pokazuje, że cała droga, którą przebyli bracia Gallagher, ma znamiona podręcznikowego religijnego przebaczenia „Don’t Look Back in Anger” ma co prawda pewne problemy. Pomimo że utworów jest dużo, a nawet za dużo, chyba żaden nie zostaje zagrany od początku do końca. Nie dostajemy także odpowiedzi na podstawowe pytanie: jak krok po kroku doszło do tej reaktywacji i dlaczego bracia Gallagher się na nią zgodzili? Z drugiej strony film okrężnie zadaje pytanie: czy naprawdę musimy to wiedzieć? Bardzo emocjonalnym zabiegiem było zaprezentowanie braci w wywiadach. Każdy z nich wypowiada się osobno, a dopiero w kulminacji filmu widzimy ich razem i okazuje się, że wszystko, co mówili o sobie nawzajem, mówili już w swoim towarzystwie, przed kamerą. Był to pierwszy raz od 2008 roku, gdy widzimy ich razem, i pierwszy raz w historii, gdy widzimy ich szczęśliwych i pogodzonych.
Kiedy oglądałem sekwencje pierwszego koncertu tamtej trasy, zrozumiałem jaki potężny błąd popełniłem, że nie doświadczyłem tego na żywo. My w Polsce mogliśmy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale ten powrót był czymś historycznym, niespotykanym i niepojętym. Przez lata dziennikarze prędzej stawialiby na powrót Pink Floyd, na to, że Paul McCartney i Ringo Starr wróciliby jako Beatlesi, albo że David Byrne reaktywowałby Talking Heads. Wszystko to wydawało się bardziej prawdopodobne niż pogodzenie się Gallagherów.
Odpowiadając więc na postawione pytanie – tak. „Don’t Look Back in Anger” sprawił, że jeszcze mocniej i głębiej chciałem wejść w ich historię, poznać ich relacje, a nawet skusiłem się na analizę niesławnego koncertu na Wembley w 2000 roku, który przez jednych jest określany mianem katastrofy, a przez innych szczytowym momentem rockandrollowej kariery Gallagherów. Pamiętam, że na kilka lat przed powrotem Oasis Liam krytykował współczesną muzykę za brak rockowej postawy, elementu niebezpieczeństwa i autentycznych gwiazd rocka, jakby upatrywał w sobie nadziei na zbawienie sceny muzycznej. Po seansie można odnieść wrażenie, że Oasis przybyli zbawiać ludzi. W przypadku muzyków takiego formatu relacja odbiorców jest zawsze bardzo personalna. Z Beatlesami fani mieli relację „my i oni”, z Davidem Bowiem – „ja i on”, a w przypadku Oasis – i tu autentyczny cytat fanki wypowiadającej się w filmie – „oni upadają razem z tobą i podnoszą się razem z tobą”.