Lubicie krzyczeć? Wyrzucić swoje pretensje do świata w eter? Ja mam z tym problem. Ten problem mocno rozwiązuje mi muzyka a w szczególności taka, z którą mogę się utożsamić. Najfajniej się krzyczy z Cafetraumą i ich debiutem.
Wychowując się na oglądaniu kanałów muzycznych w latach 90 i 00′ nie trudno było natrafić na artystów alternatywnych, wychodzących z ram typowej muzyki popularnej: Linkin Park, My Chemical Romance, Limp Bizkit i wiele innych kapel, które dla wielu ludzi bywały ukojeniem. Ukojeniem w postaci plasterka na poczucie niezrozumienia i chęci wykrzyczenia wszystkich naszych emocji – czy to dobrych czy złych. Idąc za miłością do takich klimatów oraz chęcią poznawania nowych polskich kapel trafiłam w 2014 roku na Ultimate Emo Party. Nie wiecie co to? Jest to coroczna seria koncertów Polskich zespołów z nurtu emo, rocka i wielu gatunkowych hybryd, gdzie po części koncertowej wszyscy obecni bawią się do muzycznych klasyków z Dj Villbrod do białego rana. Wydarzenie samo w sobie jest tym, co kocham w koncertach – poznawanie ludzi zajawionych muzyką baz barier, wspólne przeżywanie emocji i uczucie przynależności do pięknej wspólnoty. Impreza ta co roku jest moim obowiązkowym wypadem w kalendarzu (i Wam też to polecam).
No dobra ale co to ma wspólnego z płytą? Będąc na moim pierwszym Emo Party ogromne wrażenie zrobiła na mnie grupa z Wrocławskiego podwórka – Cafetrauma. Wychodząc na scenę porwali publiczność od pierwszych dźwięków wydobytych z instrumentów. Wykonując takie numery jak „Nie mogę przestać” czy „Kombajn” (mój osobisty hymn o działaniu w zgodzie ze sobą w życiu) zjednoczyli wszystkich obecnych w klubie, którzy wykrzykiwali każdą linijkę i skakali intensywnie w pogo, czując każdy dźwięk w ciele. Przeżycie tego na żywo było bardzo terapeutyczne, jakby rzuciło się w powietrze cały nasz życiowy balast wypełniony stresem, negatywną energią , trudami życia codziennego. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że przy każdej okazji polecałam występy chłopaków miłośnikom świetnych występów.
Zespół ostatnio wydał swój debiutancki album, który był wyczekiwany przez wielu fanów. „Jaka piękna katastrofa„. Ta 45 minutowa płyta oferuje nam to, co jest kwintesencją grupy. Płytę zaczynamy z konkretnego jebnięcia otwierającym „Mam z tyłu głowy drugą twarz” opowiadający o walce z naszym wewnętrznym głosem, który naprowadza nas na złą drogę. Ciężko przy takim początku usiedzieć w miejscu – mocne gitary, energiczna perkusja i agresywny wokal, próbujący się rozprawić z trudnościami.
Jak myślicie, że po takim początku zwalniamy to się grubo mylicie, kolejny wchodzi wydany już wcześniej „Na święty spokój nie ma szans” rozkładając wszystkich na łopatki. Bezpośredni, bez kompromisów, pozwalający się w pełni utożsamić – cała esencja Cafetraumy w trzy i pół minuty. Nie zapominajmy o jeszcze jednym singlu: „Tu jest Wrocław, tu się cierpi” jest przegenialnym utworem, który zyskuje na żywo skacząc w pogo albo na scenie z zespołem.
Obcując z płytą poznajemy te delikatniejszą stronę chłopaków bo nie brakuje tu ballad. Czy zespołowi, który występuje z punkową energią mogą się udać takie numery? Jak najbardziej! Wspominana wcześniej siła w tworzeniu kawałków z którymi łatwo się utożsamić daje przestrzeń na tworzenie spokojniejszych utworów, dających chwilę wytchnienia i przeżycia emocji w pełni. Tutaj na wyróżnienie zasługują „Dracena”, tytułowa „Jaka piękna katastrofa” oraz zamykający „Dla mnie to właśnie jest punk rock”, który jest wisienką liryczną na muzycznym torcie.

Piękny to debiut nie zapomnę go nigdy. To piękny zaszczyt móc pisać o tak genialnych debiutach płytowych pełnych serca, emocji i zaangażowania w to, co się robi. Kłaniam się nisko, dziękując zespołowi za tak wyjątkową twórczość. Brakuje na naszym muzycznym poletku artystów tworzących bezkompromisowo, bezpośrednio i przede wszystkim szczerze.