KAKO na OFFie – relacja z OFF Festivalu 2026
Za nami kolejna edycja OFF Festivalu w Katowicach. Przez trzy dni sierpnia okolice lotniska na Muchowcu wypełniają niezależne i alternatywne dźwięki. Ten festiwal to dom dla wielu gatunków, w którym spotkać możemy brzmienia chłodno-falowe, post-punkowe, progresywno-metalowe, trapowe, jazzowe, k-popowe, transowe, psychodeliczne, klubowe… Lista byłaby za długa. Dodatkowo w tym roku sobotnia scena eksperymentalna gościła wykonawców z Irlandii. Pojawiło się wiele nowości infrastrukturalnych, w tym wyczekiwane toalety, które odpowiadałyby standardom współczesnych festiwali muzycznych takiego formatu, jakim jest OFF Festival. Jednozdaniowo – dla redakcji Kakofonii.art to ten festiwal, na który czeka się cały rok.
Przygotowaliśmy podsumowanie tegorocznej edycji, jednak jest ono wyjątkowe, gdyż festiwal doświadczany był przez czterech członków naszej redakcji. Każdy spojrzał na event z odrobinę innej perspektywy i różną wrażliwością. Wspólnym mianownikiem okazało się zadowolenie, na które składają się świetna muzyka, udogodnienia infrastrukturalne, lepsza organizacja i doskonała pogoda. Zostaliśmy rozpieszczeni dźwiękami i słońcem.
Czy OFF Festival 2026 był dobry?

To był mój pierwszy raz na OFF Festival i mam ochotę na więcej! Dużo świetnej muzyki i zajebistych występów: „pastor” Joshua Idehen, „nadzy” Getdown Services, „mroczny” Chalk i „roztańczona” Nu Genea. Ale też wyjątkowy luz i atmosfera, których nie da się podrobić. Czekam z niecierpliwością na przyszły rok!

Moim zdaniem to nie ma tak, że był dobry czy niedobry. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w OFF Festival najbardziej, powiedziałbym, że ludzi. Ludzi, którzy podali mi pomocną dłoń, kiedy sobie nie radziłem, kiedy byłem sam. I co ciekawe, to właśnie przypadkowe spotkania wpływają na nasze życie. I dziękuję Arturowi Rojkowi. Dziękuję mu, życie to śpiew, życie to taniec, życie to miłość.

Tegoroczny OFF wiózł na sobie bagaż niepokoju i robił to, o dziwo, na długo przed otwarciem bram. W momencie, gdy dostaliśmy informację, że pole namiotowe nie będzie w tym roku dostępne, na organizację wylało się szambo pomyj – nie tylko ze względu na umniejszanie atmosferze festiwalowej, ale też za wspieranie hotelowej sitwy, która w naszym kraju ma coraz dłuższe ręce. Na szczęście niektóre modlitwy zostały wysłuchane, jak np. błagania o lepsze kible czy sprawne opaskowanie. Dodatkowo przy głównej scenie dostaliśmy trybunę tegorocznego sponsora.
Ale do rzeczy. Gdy timetable zajaśniał mi w aplikacji, to, jak co roku, stwierdziłem, że zapierdol będzie srogi. Oczywiście nie wszystko udało się zobaczyć, niekiedy najlepiej było się rozmnożyć, ale były niestety momenty, gdy człowiek nie miał co ze sobą zrobić. Na szczęście my, medialni, w naszym medialnym namiocie mamy co robić i robimy medialne rzeczy.

OFF był mega fajny. Same plusy, zero minusów – jak filet. Rozumiem pomysł na trybuny mBank, w końcu OFFowicze się starzeją, mają swoje pociechy i niekiedy wygodniej usiąść i widzieć, niż cisnąć się w tłumie i nie widzieć. Podobało mi się różowe miasteczko Orlenu i platforma widokowa ze zjeżdżalnią (przywaliłem tam głową w rurę, fajna rozrywka, acz niebezpieczna). Zadbano również o pogodę, która rozpieszczała nas słoneczkiem. No i nowe toalety! Fantastyczne, pełnoprawny sedes, kultura wysoka. Jednak najważniejsza była muzyka, a tegoroczny OFF brzmiał świetnie. Każda scena mnie zachwyciła i chciałoby się móc usłyszeć jeszcze więcej.
OFF Festival 2026 – dzień 1 (piątek 07.08)
Zanim na deskach sceny głównej zagościli Black Country, New Road oraz The Flaming Lips, mogliśmy usłyszeć Clayknot, Błoto, Sneaky Jesus czy O.N.E. Dla tych mniej zaznajomionych z formatem festiwalu nakreślę, że OFF Festival składa się z sześciu scen: głównej (mBank), niegdysiejszej leśnej (Orlen), patronowanej przez radiową Trójkę, Eksperymentalnej, takiej poświęconej różnym obliczom jazzu (OFF’N JAZZ CLUB mBank) oraz sceny Blik, skupiającej debiutujących i mniejszych artystów. Dodatkową była „furgonetka” Great September, która podkreśla korelacje z łódzkim festiwalem.
Joshua Idehen
Pierwszy dzień festiwalu zaczęliśmy od gitarowych brzmień Atol Atol Atol, chociaż jazdę bez trzymanki zafundował nam „wielebny kaznodzieja” Joshua Idehen. Dla wielu mógł być to najlepszy koncert pierwszego dnia. „Depression can hit a moving target” – występ przeplatany był stand-upem w brytyjskim wydaniu (dużo absurdu, gier słownych i humoru). Joshua odpowiadał za słowa, Ludvig Parment za muzykę – ten duet rozhulał cały namiot eksperymentalny, a wielkim finałem okazał się crowd-diving wokalisty. Niesiony przez tłum Joshua śpiewał dalej, a festiwalowicze wraz z nim. Tutaj zaznaczę, że duet pojawi się 8 października w Warszawie. Być warto, jeszcze jak!
Tercet Imperial
Tercet Imperial to projekt multiinstrumentalistów Jana Emila Młynarskiego, Piotra Zabrodzkiego oraz towarzyszącej im wokalistki Joanny Sztuczki. To awangardowo-eksperymentalna mieszanka surowej, wręcz szorstkiej elektroniki z tradycyjnymi kompozycjami, poniekąd redefiniująca brzmienie muzyki ludowej. Jest to pewna forma kontynuacji eksperymentów, które czynił Grzegorz Ciechowski z projektem Grzegorz z Ciechowa (ojDADAna).
Current Joys
Current Joys wyrwało serce z piersi, ofiarując nam kawałek swojej duszy. Tak brzmiało zaangażowanie Nicka Rattigana, który doprowadził do emocjonalnego rollercoastera wśród festiwalowiczów: od depresyjnych, intymnych kompozycji po rozhulane pogo. Fani dostali dokładnie to, co Current Joys mogło zaproponować, a scena leśna (znaczy Orlen) była właściwym domem dla tych melodii.
W.I.T.C.H.
Tańcom nie było końca, bo zambijski WITCH wprowadził nas w hipnotyczny groove na Scenie Trójki. Założony w Zambii w latach 70. zespół przeżywa swoje odrodzenie, będąc odkrywanym na nowo. Poniekąd jest to konsekwencja brytyjskiej inwazji i faworyzacji tego, co na Zachodzie było produkowane. Teraz, w dobie poszukiwania innych, mniej UK-US-centrycznych brzmień, WITCH mogło przybliżyć nam swój wieloletni dorobek. Oprócz bujającej mieszanki funku, bluesa i psychodelicznego rocka, to, co szczególną uwagę zwracało, to zabawa muzyków na scenie – ich tańce, stroje, energia. Jako miłośnik tradycyjnego afro-beatu byłem we właściwym miejscu.
Black Country, New Road
Położyć się na ciepłej ziemi, oglądać delikatnie migoczące gwiazdy i zanurzyć się w subtelnych brzmieniach Black Country, New Road – tak moim zdaniem najlepiej było spędzić piątkowy wieczór przed sceną mBank. Choć od premiery ich ostatniego albumu minął już ponad rok, była to pierwsza okazja, by usłyszeć na żywo krążek „Forever Howlong” w naszym kraju. Brytyjska grupa zachwyciła swą multiinstrumentalnością (czyli klarnetem, saksofonem czy mandoliną), spajając folkowo-rockowe brzmienia delikatnymi wokalami. A gdy rozpoczęło się „Besties”, tłum… delikatnie się poruszył, bo mimo wszystko miejsca było jeszcze dość sporo – najwyraźniej The Flaming Lips był dla większości tym „właściwym”, piątkowym headlinerem.
The Flaming Lips
Koncert The Flaming Lips z 2011 roku uchodzi za jeden z najbardziej legendarnych występów w historii OFF Festivalu. Poprzeczka była więc zawieszona niezwykle wysoko – czy jakikolwiek zespół jest w stanie wrócić po ponad dekadzie i przebić samego siebie? Iggy Popowi się to udało, ale to już zupełnie inna historia.
Wystarczyło jednak porównać trasę sprzed piętnastu lat z obecną, by wiedzieć, że tym razem będzie to inne widowisko. Mniej spektakularne pod względem wizualnym, ale wciąż imponujące. Dodatkowo organizatorzy zdecydowali się na koncert oparty na albumie Yoshimi Battles the Pink Robots, co oznaczało, że osoby nielubiące tej płyty mogły od razu odpuścić ten występ. Sam, mimo że jestem wielkim fanem The Flaming Lips, przez lata miałem z Yoshimi problem i długo zajęło mi przekonanie się do tej estetyki.
Druga kwestia to sam Wayne Coyne. Żeby w pełni docenić ten koncert, trzeba znać jego sceniczny charakter. Coyne nieustannie igra z publicznością – żartuje, ironizuje, prowokuje i często trudno stwierdzić, co mówi całkiem serio, a co jest elementem jego scenicznej persony. Najwięcej zastrzeżeń pojawiło się właśnie wobec jego konferansjerki i nieustannie powtarzanych fraz w rodzaju „We love you” czy „Keep going”. Sam początkowo odbierałem to z pewnym dystansem, a nawet niesmakiem, ale dzień później przypomniałem sobie, że przecież właśnie taki jest Wayne Coyne.
Nie da się jednak przemilczeć problemów wokalnych. W wielu momentach Coyne wyraźnie fałszował, co można wiązać z niedawnym, ciężkim zapaleniem płuc, z którym się zmagał. Na szczęście muzycznie zespół był w znakomitej formie. Instrumentalnie utwory zabrzmiały nawet lepiej niż na płycie – bardziej dynamicznie, ciężej i z większą dawką noise’u. The Flaming Lips potrafili wydobyć z Yoshimi Battles the Pink Robots ogromną energię, nie tracąc przy tym charakterystycznej baśniowości i psychodelicznego kolorytu tego albumu.
Czy był to koncert na miarę legendarnego występu z 2011 roku? Zdecydowanie nie. Obiektywnie nie był to również najlepszy koncert tegorocznej edycji, choć na pewno jeden z najlepszych. Jest coś, czego The Flaming Lips nie da się odmówić – niezależnie od formy wszystko, co robią na scenie, wynika z autentycznej pasji i miłości do muzyki. I to było czuć od początku do końca.
The Dare
Można byłoby to nazwać klubowym zamachem, bo The Dare swoim setem nie brał jeńców. Półtorej godziny rave’owego szturmu, który zamienił namiot Trójki w dancehall. Dla wielu z pewnością był to ostatni występ tego dnia, gdyż po 90-minutowym cardio ciężko wykrzesać z siebie dodatkowe kilodżule, aby utrzymać się na nogach na zamykających występach. Nie ukrywam – zakończenie dnia tanecznym krokiem to preferowane zakończenie dnia.




OFF Festival 2026 – dzień 2 (sobota 08.08)
M(h)aol
Drugi dzień sygnowany był barwami Irlandii. Nie będzie zaskoczeniem, że często trafialiśmy do namiotu eksperymentalnego, w którym to drugiego dnia przywitało nas M(h)aol. W koncercie największym utrapieniem dla mnie były za długie przerwy „przegadane” przez członków zespołu, którzy potrzebowali zasypać nas swoimi komentarzami. Muzycznie vibowało bardzo, czułem w tym Wet Leg czy English Teacher (goszczone na OFF-ie w poprzednich edycjach). Niestety panel dyskusyjny wybijał z surowego indie-punkowego rytmu.
Bujaturla
Wskutek przetasowań sobotnią scenę mBank otwierała formacja Bujaturla. Z pewnością dla zespołu było to nie lada wyzwanie trafić na deski sceny głównej, jednak po warszawiakach tremy nie było widać wcale. Otrzymaliśmy zrywne gitarowe granie, skoczne (turlająco-bujające) i śpiewane po polsku. Szczególnie doceniam alternatywne brzmienia, które sięgają do języka ojczystego, a w brzmieniu Bujaturla wyczuwałem post-punkową i nowo-falową energię, która skąpana w letnim słońcu znalazła swoich roztańczonych odbiorców.
Ludzie Wschodu grają Nową Aleksandrię
Allarme na tegorocznego OFF-a przygotowało specjalny projekt pod szyldem Ludzie Wschodu, w którym to „wcielili się” w puławską Siekierę, aby przybliżyć interpretację kultowego albumu Nowa Aleksandria. Pomimo pewnych głosów niezadowolenia, z którymi spotkałem się na nieoficjalnej grupie OFF Festivalu, uważam, że zespół zabrzmiał fantastycznie, a performance i chłodno-falowy dźwięk płynący ze sceny przeniósł mnie do lat 80., gdzie odziany w glany i dżinsową katanę skakałem z tłumem, krzycząc „szewc zabija szewca, bumtarara!”. Nie byłem jedyny w tym wyobrażeniu, bo już na „Idziemy przez las” powstał młyn, a piach unoszący się nad pogo uzupełniał ten obrazek.
Madra Salach
Paskudnym konfliktem okazał się koncert Irlandczyków. Madra Salach przeprowadziło sondę piwnych gustów i zafundowało nam transcendentalną podróż w głąb siebie. Utwór „I Was Just A Boy” jest jednym z najwspanialszych odkryć tego roku, a wykonanie na żywo, z przedzierającym się do namiotu słońcem i falującym tłumem, było doświadczeniem hipnotycznym i absolutnie niepowtarzalnym. Nie umiem wytłumaczyć, co sprawia, że przepadam w transie zapętlonych gitar, akordeonów, fletów i bębnów w wykonaniu Madra Salach, ale w ich muzyce jest pewna pociągająca tajemnica.
Mlecze
Drugim graczem na scenie głównej były warszawskie Mlecze, które nie oszczędzały nam dobrej zabawy. Zaserwowano nam przekrój przez materiał z Marudy, jak również kawałki z Albumu Niebieskiego. Jestem szczególnie dobrze zaznajomiony z materiałem z najnowszego krążka, więc oddolnie „asystowałem” Karolinie Prasał w jej wokalnych akrobacjach. Nie byłem jedynym – teksty Mleczy się niosły wśród festiwalowiczów. Ciepłe i nostalgiczne brzmienie dream-popowych gitar (zaczepnie przecinające się z harmonijką w „Może ty też”) to muzyka, która totalnie trafia w moje gusta, a przy wsparciu doskonałych warunków atmosferycznych otrzymaliśmy bujający, skoczny i totalnie zajebisty koncert Mleczy. To zespół, który jest w pełnej gotowości objąć pozycję głównych graczy na festiwalowych line-upach.
lunar trips
Trio z Gdyni poznałem dzięki aplikacji Unknown Band. Wiedziałem, że grać będą podczas wrześniowego Great September, natomiast OFF zaskoczył nas obecnością niektórych artystów podczas katowickiego festiwalu. Furgonetka, chociaż wyglądała całkiem cool, nie brzmiała najlepiej i miałem wrażenie, że mali artyści na scenie Great September byli pozostawieni sami sobie. Nie zmienia to faktu, że Kasia, Hania i Michał zaserwowali solidną porcję autorskich kompozycji zawieszonych gdzieś pomiędzy dream-popem i shoegazem. W zestawieniu z Mleczami otrzymaliśmy rozmarzone popołudnie na OFF-ie, które miłośników damskich wokali i gitarowego, przestrzennego grania mogłoby zdecydowanie zadowolić.
Na lunar trips planuję wrócić podczas Great September, licząc na to, że dźwiękowo zostaną lepiej potraktowani, bo ich muzyka potrzebuje warunków, aby wybrzmieć w pełni.
EINSTURZENDE NEUBAUTEN
Największa legenda tegorocznej edycji – aż trudno uwierzyć, że zespół wystąpił na Scenie Leśnej. Einstürzende Neubauten to grupa, z którą zawsze miałem pewien problem, jeśli chodzi o przyswajalność ich albumów. Oczywiście jest to kwestia całkowicie subiektywna, ale tym bardziej zaskakujące było to, że już przy pierwszym utworze na żywo opadła mi szczęka i podniosłem ją dopiero po zakończeniu koncertu.
Występ Einstürzende Neubauten miał w sobie coś hipnotyzującego. Coś, co sprawiło, że publiczność zamilkła – trochę ze strachu, trochę z zachwytu. Było w tym coś pierwotnego i niezwykle intensywnego. Artystyczną wizję zespołu dopełniały instrumenty, które muzycy własnoręcznie konstruują z przedmiotów codziennego użytku. Rury PCV, metalowe elementy czy nawet wózek z hipermarketu potrafili zamienić w pełnoprawne, nastrojone instrumenty.
Z jednej strony zespół potrafił rozciągać swoje utwory, budować monotonię i hipnotyczne napięcie, ale nigdy nie prowadziło to do znużenia. Przez cały czas obecny był nerw i niepokój, w dużej mierze za sprawą basistki, która nadawała występowi dodatkowej intensywności. Z drugiej strony dynamika koncertu była ogromna – momenty ciszy przeplatały się z potężnymi wybuchami dźwięku, a wszystkie elementy brzmiały niezwykle precyzyjnie.
Jedyny niepochlebny komentarz, jaki usłyszałem po tym koncercie, brzmiał: „Nienawidzę tego języka”. Trudno jednak uznać to za zarzut wobec zespołu – szczególnie po takim pokazie muzycznej siły.
Arthur Verocai
Występ brazylijskiego kompozytora należał do tych, które odprężają pięknem dźwięków płynących ze sceny. Siedzący na taborecie mężczyzna, w towarzystwie orkiestry, udowodnił, jaką potęgą jest bossa nova, a lekkość utworów niosła się szeroko ponad tłumnie zebranymi słuchaczami. OFF Festival potwierdził, że jest przestrzenią, gdzie najrozmaitsze brzmienia znajdują swoich entuzjastów. Sam leżakowałem się obok trzepaków: zrelaksowany i orbitujący gdzieś wśród gwiazd, niesiony muzyką.
CHALK
To był najbardziej wyczekiwany koncert drugiego dnia OFF Festivalu. Ponowne spotkanie z Irlandczykami na Scenie Eksperymentalnej. Crystalpunk jest jedną z najlepszych płyt wydanych w 2026 roku, więc od pierwszego występu CHALK z debiutanckim materiałem miałem wielkie oczekiwania – nie zawiodłem się. Przywitał nas krzyk i krzykom nie było końca, a tłum wielokrotnie rozkręcał pogo. Sam dałem się ponieść i wskoczyłem w młyn. Muzyka CHALK to mieszanka industrialnego rocka, alternatywnego metalu z trance/techno – spotykamy się z autorską interpretacją dźwięków znanych z Nine Inch Nails czy Underworld – pozornie odrębnych światów, ale współistniejących jako CHALK. Co zaznaczę, koncert był bardzo żywy. Muzycy wielokrotnie opuszczali scenę, bawiąc się z nami: od spaceru gitarzysty wśród tłumu po wokalistę robiącego pompki. Było wszystko, w tym zdrowe pierdolnięcie.




OFF Festival 2026 – dzień 3 (niedziela 09.08)
Wednesday
Kiedy dotarły do nas informacje o przeniesieniu koncertu na niedzielę z powodu problemów lotniczych, od razu założyłem, że zespół ostatecznie nie dotrze na festiwal. Na szczęście mój sceptycyzm okazał się zupełnie niepotrzebny – dostaliśmy jeden z najlepszych koncertów tej edycji. Duże znaczenie miała również pora występu. Wednesday zagrali jako pierwsi tego dnia i choć teoretycznie bardziej pasowaliby na główną scenę oraz późniejszą godzinę, ich koncert w tej formie miał w sobie coś wyjątkowego. Mocne słońce, motywacja do wcześniejszego przyjścia, niewielki, ale bardzo zaangażowany tłum, który urządził nawet pogo, oraz świetnie zgrany zespół stworzyły atmosferę, której trudno było się oprzeć.
Największą siłą Wednesday jest umiejętność łączenia pozornie odległych światów. Zespół swobodnie porusza się między amerykańskim indie rockiem, delikatnymi wpływami country, shoegaze’ową ścianą dźwięku i mocno przesterowanymi gitarami opartymi na wyrazistych riffach. Wszystko to brzmi naturalnie i spójnie, bez wrażenia przypadkowego mieszania gatunków.
Na szczególne brawa zasługuje Karly Hartzman, której wokal potrafi przechodzić od pięknych, niemal popowych melodii do pełnych emocji krzyków przypominających późniejszy występ Deafheaven. Ta mieszanka delikatności i agresji idealnie oddaje charakter muzyki zespołu. Wszystkie te elementy sprawiły, że był to dla mnie nie tylko świetny koncert, ale też jeden z najbardziej wzruszających momentów całego festiwalu.
Allarme
Chłopaki pojawili się na OFF-owej scenie po raz kolejny w tej edycji festiwalu. Tym razem prezentując swój autorski materiał, między innymi z płyty Bruit, której recenzję znajdziecie na www.kakofonia.art. Brzmienie Allarme jest surowe, agresywne, hałaśliwe i chłodno-falowe. Taki również był ich koncert. W odróżnieniu od kreacji alter ego z dnia wcześniejszego (tj. alter ego – Ludzie Wschodu), występ był dużo mroczniejszy. Pomimo że do namiotu Trójki wkradło się słoneczko, które też chciało załapać się na porcję mięsistego, awangardowego pierdolnięcia, to czułem teatralność i powagę płynącą ze sceny.
Getdown Services
Zupełnie inną dawkę emocji zaserwował nam duet brzuchatych Brytyjczyków. Getdown Services roztańczyli, rozbawili i rozochocili do dzikich szaleństw cały namiot eksperymentalny, czyniąc ich występ jednym z najlepszych podczas tegorocznej edycji. Było to gitarowe, luźno balansujące pomiędzy garażowym graniem a pop-alternatywą, podszyte tanecznymi bitami i końską dawką brytyjskiego humoru. Panowie parokrotnie schodzili ze sceny, jednak wracali, aby zabawiać nas dalej. Tutaj mocny akcent postawię na termin „zabawa”, bo w występie Getdown Services, pomimo naprawdę chwytliwych riffów i bujającego vibe’u, to ten element „entertainment” był kluczowy.
Johnny Marr
OFF znalazł patent na dostarczenie „The Smiths experience” bez narażenia się na odwołany koncert albo grymaszenie ze strony Morrisseya. Wiodący gitarzysta, Johnny Marr, znany nie tylko ze wspomnianych, legendarnych The Smiths, ale również ze współtworzenia brzmienia The Pretenders, Pet Shop Boys czy nawet Talking Heads, przywiózł do Katowic swoją solową twórczość, jak i największe przeboje The Smiths. Sąsiadujący aeroklub również zainteresował się koncertem – w konsekwencji samoloty schodziły niepokojąco nisko podczas show. Nie zmienia to jednak faktu, że był to solidny kawałek klasycznego grania, które cieszy serca.
Nu Genea
Scena leśna (tj. Orlen) wybuchła tańcem. Wszyscy, wszędzie, na raz. Brzmienia etno-elektro są mi szczególnie bliskie (dlatego też trafiłem na LAS Festival), a muzyka Nu Genea z zespołem to potężny pocisk disco i jazz-funku. Nie jestem odosobniony w tej opinii – z festiwalowiczów wyłonił się wąż, krążący w tłumie. Ostatecznie taśma roztańczonych ludzi ciągnęła się po całym terenie sceny, również redakcja Kakofonii oddała się tańcom. Zostało to udokumentowane! Niewiele było interakcji z publicznością, niemniej nie wydaje mi się, że było to oczekiwane. Ze sceny płynęła ciepła energia, a brzmienie było bezapelacyjne. Utwory wskakiwały jeden po drugim, a przy tak szalonych i intensywnych tańcach czułem potężne zadowolenie z występu. Tłumna zabawa potwierdza, że taka muzyka znajduje swoich odbiorców i wśród eksperymentalnej elektroniki, awangardowego jazzu, shoegazowych gitar również jest miejsce dla funkowych zespołów.
Deafheaven
Kiedy jedenaście lat temu Deafheaven wydali album Sunbather, z miejsca zostali okrzyknięci objawieniem metalu, a szczególnie nurtu blackgaze. Zespół, który sam nie utożsamia się bezpośrednio z metalową kulturą, choć muzycznie czerpie z niej pełnymi garściami, szybko stał się również obiektem krytyki i pośmiewiskiem części metalowej społeczności.
Dekadę później Deafheaven wrócili na OFF Festival i tylko potwierdzili swoją mocną pozycję w świecie ciężkiej muzyki gitarowej. „Rozpierdol” to może nieeleganckie słowo, ale w przypadku tego koncertu wyjątkowo dobrze oddaje jego istotę. Na scenie panował nieustanny chaos – gęsty dym, pełen emocji scream George’a Clarke’a i potężna ściana gitar, która jedynie momentami była przerywana bardziej lirycznymi, delikatnymi partiami.
Ogromne wrażenie zrobiło również nagłośnienie. Nie mam pojęcia, jaki magik odpowiadał za dźwięk tego występu, bo przy takiej intensywności i ilości warstw musiało to być wyjątkowo trudne zadanie. Mimo to każdy element był czytelny – od miażdżących gitar po najmniejsze szczegóły aranżacji.
Deafheaven pokazali, że po latach od premiery Sunbather nadal potrafią wywołać dokładnie te same emocje: zachwyt, dezorientację i absolutne pochłonięcie przez dźwięk
LSD and the Search for God
Dochodzimy do smutnego końca i najgorzej zrealizowanego koncertu całego festiwalu. Od razu zaznaczę jednak, że problem nie leżał po stronie zespołu, a osoby odpowiedzialnej za nagłośnienie – i mam na to nawet pewne potwierdzenie. Realizacja dźwięku całkowicie odebrała temu koncertowi jego potencjał.
Zamiast charakterystycznej ściany gitar dostaliśmy ledwo słyszalne partie instrumentów. Zamiast delikatnych wokali pojawił się zamulony, pozbawiony klarowności bełkot ze zbyt mocno wyeksponowanym środkiem pasma. Zamiast motorycznej, napędzającej muzyki perkusji były przede wszystkim przeszywające talerze, które dominowały nad resztą brzmienia.
Było to szczególnie przykre, bo sam zespół ewidentnie miał pomysł na ten występ. Było to widać choćby w konstrukcji koncertu – bardzo długie przerwy między utworami, podczas których gitarzysta budował napięcie jednym akordem przepuszczonym przez ambientowe efekty i odwrócony reverb, aby po chwili wejść z kolejnym numerem. Ten kontrast między ciszą a eksplozją dźwięku mógł działać znakomicie.
I faktycznie, po około czterech utworach sytuacja zaczęła się trochę poprawiać, ale szkody były już zbyt duże. Całe doświadczenie zostało na tyle zepsute, że dalsze oglądanie koncertu straciło dla mnie sens.
Ogromna szkoda, bo LSD and the Search for God mieli wszystkie elementy, by stworzyć wyjątkowy występ. Ostatecznie jednak był to koncert, którego nie jestem w stanie uczciwie ocenić – zbyt duża część tego, co miało wybrzmieć, została po prostu zagubiona w dźwięku.




Finał, puenta, zakończenie
Relacja nie jest wyłącznie obserwacją jednej osoby: to tekst zbiorczy, uwzględniający opinie, spostrzeżenia, komentarze członków Kakofonii. Mianownikiem wspólnym jest bardzo dobra zabawa, zadowolenie z koncertów, zachwyt nad pogodą i nowym standardem WC.
W ostatecznym rozrachunku miałem tylko dwa rozczarowania – Saam Sultan, który zagrał najgorszy koncert (?) OFF-a, i spierdolone nagłośnienie na LSD and the Search for God. Cała reszta zagrała w miarę oczekiwań lub powyżej oczekiwań, co pokazuje, że jednak artyści wciąż mają coś do powiedzenia, a muzyka na żywo dalej potrafi zaciekawić i żaden Warchocki tego nie zmieni.
Jakie byłyby nasze życzenia na przyszły rok? Dalsze muzyczne zaskoczenia i więcej miejsca w strefie gastro. No i jakby się udało znowu mieć taką pogodę, to będziemy turbo szczęśliwi.
Autorzy: