Weekend w lesie – LAS FESTIVAL 2026 [RELACJA]

2026-08-18 Michał Sagucki

Dwa dni leśnego elektro na LAS FESTIVAL 2026

Tegoroczna, jubileuszowa edycja LASu zapowiadana była pod hasłem nadchodzących zmian – nie wiemy, jakie te nowości dokładnie będą. Przyszła edycja najpewniej jest planowana w uszczuplonym charakterze, ale co dokładnie miałoby to oznaczać, tego nie udało się nam ustalić. Szczątkowe informacje uzyskane od organizatorów, brak potwierdzonej daty kolejnej edycji i opublikowane podziękowania za 10 lat wspólnej zabawy na stronie festiwalu sprawiają wrażenie pewnego rodzaju pożegnania. To już prawie drugi miesiąc po zakończeniu wydarzenia, a ciągle na stronie wisi zeszłoroczny aftermovie. Nie chciałbym w pierwszych zdaniach relacji z edycji 2026 stawiać zbyt pochopnej tezy, ale pomimo pełnego sold-outu czuję wiatr zmian w programie i formacie LAS FESTIVAL.

Przyszłość zweryfikuje przeczucia, skupmy się jednak teraz na teraźniejszości – a jest o czym pisać, bo dziesięciolecie LASu brzmiało i wyglądało przepięknie. Co więcej, było doskonałą przestrzenią do wypoczynku w rytmach elektro / na łonie natury (zaskakujące zestawienie, prawda?). Przedstawiamy kakofoniczny komentarz o weekendzie w lesie.

Oddychaj i tańcz

Zanim jednak tańce i relaks nastąpią, musisz się na LAS dostać. Jak się domyślacie, jest to dosłownie obszar wejścia do puszczy, jednak warto wiedzieć, że teren festiwalu znajduje się na wzniesieniu. Nie jest to problem dla zmotoryzowanych (istnieje możliwość wykupienia CAR PASS-u bądź pozostawienia nieopłaconego auta wzdłuż drogi, o ile się znajdzie miejsce). Dla tych nieporuszających się autem jest to większe wyzwanie. Na facebookowej grupie można było sprawdzić rozkłady jazdy prywatnych busików albo dogadać się na podwózki między uczestnikami – taki oddolny car-pooling w ramach festiwalu. W przeciwnym razie pozostaje długi spacer, który mógłbym nazwać delikatnym trekkingiem. Niejeden mieszczuch mógłby polegnąć na takim wejściu (a to dopiero początek) czy zejściu (po wielogodzinnej zabawie, bo LAS to wydarzenie całodobowe, trwające parę dni). Zero oświetlenia, zero schodów czy poręczy. No country for weak men.

„Oddychaj i tańcz” – z takimi myślami kierowałem się do bramy wejściowej (należę do grupy uprzywilejowanych, tj. zmotoryzowanych) i dotarcie na teren nie było aż tak problematyczne. Otoczenie cudowne – lasy i jezioro, zieleń i spokój. Chociaż wiele osób wybierających się na LAS decydowało się na pole namiotowe, to sam korzystałem z atrakcji okolicy i uważam, że lokalizacja, choć jest dość wymagająca, jest piękna. (Udało mi się nawet wylegiwać nad jeziorem i smażyć w promieniach czerwcowego słońca). Po przekroczeniu wejścia zaczyna się magia właściwa, bo festiwal skupiony jest nie tylko na różnych obliczach muzyki elektronicznej i tanecznej, ale też na doświadczeniu krainy czarów i magii.

Kolory i brzmienie LAS Festival

Barwne dekoracje, drewniane konstrukcje przedstawiające zwierzęta, rośliny i wyimaginowane stwory. Miękkie kolory meandrujące pośród drzew i krzewów. Obcowanie z przestrzenią zależne jest od pory dnia. Poranki i popołudnia są spokojniejsze, a towarzyszące wydarzenia, w tym sesje jogi, saunowanie, zabawy terenowe, wpisują się w narrację powolnego życia i naturalnej harmonii. Inaczej jest wieczorami i nocą, kiedy to leśna aura nabiera bardziej rytualnego, abstrakcyjnego, transowego charakteru, co koresponduje z elektroniczną muzyką płynącą ze scen. Teren w Paczynie podzielony został na strefy: warsztatowo-dyskusyjne (Balans i Travelas) oraz muzyczne (Rising, Las Palmas, Heartbeat oraz Ritual). Każda ze scen poświęcona była innej muzyce, więc w ramach festiwalu otrzymaliśmy przekrój przez najróżniejsze oblicza elektroniki, w tym m.in.: deep, afro, organic i disco house, groove, soulful, downtempo, ambient, breakbeat, dub i techno oraz trance. LAS Festival to również przestrzeń dla live-actów i koncertów, które goszczone były na wspomnianej scenie Heartbeat.

W telegraficznym skrócie: festiwal wyglądał i brzmiał doskonale. Systemy audio i ich lokalizacja dawały możliwość wysokiej jakości odsłuchu (i tanecznej zabawy), a dźwięki z poszczególnych scen nie ścierały się ze sobą. Dekoracje, światła, drewniane rzeźby i kolory potęgowały abstrakcyjne wrażenia. Ciężko uchwycić słowami tak kosmiczno-hipnotyczne doświadczenie, jakim są dzikie pląsy (bez butów na stopach) pośród drzew. Jestem entuzjastą etno-elektronicznych brzmień, więc łatwo się domyśleć, że formuła wydarzenia bardzo trafiła w moje gusta.

To, co stało się dla mnie zupełną nowością, było spanie w hamaku. Leśna drzemka okazała się ekstremalnie odprężająca i naładowała mnie energetycznie do dalszych tańców – nie spodziewałem się, że byłbym odbiorcą takiej rozrywki podczas festiwalu, a jednak ten moment odpoczynku (dla stóp i głowy) był nieziemsko przyjemny. Festiwal trwa całodobowo, więc przez parę dni muzyka jest nierozłącznym elementem tego miejsca. Można tutaj witać i żegnać słońce, są do tego przygotowane odpowiednie przestrzenie.

Leśna organizacja

Teren festiwalu można podzielić na dwa elementy: odsłoniętą polanę, która wita nas na wejściu (to na niej zlokalizowana jest scena Heartbeat, część foodtrucków i przestrzeni warsztatowych) oraz zalesioną (na której usytuowano pozostałe sceny, rozwieszono hamaki, zlokalizowano sklepiki wystawców i większość foodtrucków). Zaznaczę, że pomimo sąsiedztwa scen dźwięk nie docierał do hamaków. Płatność odbywała się poprzez przedpłacone opaski festiwalowe, a ich doładowanie przeprowadzane było w wyznaczonych punktach. Nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie, ale zakładam, że taki system wymuszony był przez dziką lokalizację.

Nie wiem, czy LAS Festival prowadzi statystyki dotyczące tego, kto jest głównym odbiorcą wydarzenia. Mam wrażenie, że dominującą grupą byli tutaj 30-40-latkowie, nie zabrakło dzieciaków (które swawolnie biegały po terenie festiwalu, bawiąc się w berka czy robiąc fikołki). Z pewnością najmniej liczną grupą byli nastolatkowie, seniorzy i osoby we wczesnej dorosłości – może takie formaty nie trafiają do takich grup.

Warto jednak odnotować pewne wyzwania i problemy, a nawet nieporozumienia wynikające z formatu wydarzenia. Pomimo ogólnego zachwytu zwróciłem uwagę na niektóre wyzwania logistyczne. Można to uznać za urok, ale lokalizacja festiwalu totalnie pozbawia nas dostępu do sieci i internetu. W końcu LAS Festival to okazja do „bycia tu i teraz, w ramach otaczającej natury i elektro brzmień”, ale warto pamiętać, że kontakt ze światem zewnętrznym mógłby być utrudniony w tym czasie. Jest to jednak najmniejszy problem.

Szczyt w Paczynie praktycznie uniemożliwia swobodne korzystanie z przestrzeni osobom z niepełnosprawnością ruchową. Leśne ścieżki są kręte, zakorzenione, pokryte piaskiem i ściółką – poruszanie się na wózku wymagałoby wsparcia drugiej osoby. Nie zapominając o tym, że samo dotarcie na festiwal to podjazd pod górę.

To, co było nieprzyjemnie zaskakujące, to fakt, że weekendowy bilet obejmuje wprawdzie jeden „pełnoprawny” dzień festiwalowy, gdyż zabawa ostatniej niedzieli jest ograniczona wyłącznie do jednej sceny – LAS PALMAS. Jest ona usytuowana w środku zadrzewionej przestrzeni. Muzycznie i wizualnie zachwycała, luźno nawiązując do hawajskiej estetyki, jednak w tym czasie, gdy na LAS PALMAS trwały tańce, pozostałe sceny były już demontowane. Rozumiem wyzwania logistyczne i potrzebę sprzątania, ale mówimy tutaj o ciągle trwającym wydarzeniu. Opuszczając LAS PALMAS, słychać było pracę wiertarek, systemów hydraulicznych i zrzucanych desek. Trochę to zaburzało magię leśnych doświadczeń. Okazało się, że nie jest to sytuacja nietypowa dla tego festiwalu i tłumaczy to dość dużą liczbę wyjeżdżających uczestników. W prawdzie poniedziałek dla wielu jest powrotem z zaczarowanej krainy do szarej rzeczywistości, więc najwidoczniej niedziela poświęcona jest na „międzywymiarową tranzycję”. Dowiedziałem się, że przy poprzednich edycjach to ostatnią niedzielną sceną była Heartbeat (usytuowana na polanie), co mogło mieć więcej sensu, bo festiwalowicze mieli mniejszą ekspozycję na demontaż pozostałych scen. Zabawa zakończyła się przed południem w poniedziałek. LAS pożegnał festiwalowiczów.

Przez niedzielne sprzątanie i okrojoną ofertę czułem się odrobinę okradziony z magii, a szkoda, bo format jest dla mnie bardzo wyjątkowy. Chętnie wróciłbym na LAS Festival, o ile będzie przygotowywana kolejna edycja. Teraz jestem przygotowany na to, że LAS warto odwiedzać niekoniecznie weekendowo, że wszechobecny pył i piach prowadzą do kataru, że wygodne buty to podstawa, ale wygodniej się tańczy boso, a białe ubrania szybko przestają być białe. Czekamy na przyszłoroczną edycję.