W czym tkwi siła alternatywy?

2026-06-03 Łukasz Łukasik

W dniach 29–31 maja 2026 roku Wrocław po raz kolejny stało się sercem dolnośląskiego podziemia muzycznego. Najnowsza edycja wrOFF Showcase (wcześniej znanego jako wrOFFław) przyciągnęła tłumy fanów i branżowych ekspertów pod wspólnym hasłem Siła alternatyw. Uczestnicy mieli okazję usłyszeć 15 energetycznych, darmowych koncertów lokalnych składów – od rocka po elektronikę. Równolegle odbywała się płatna część konferencyjna, nastawiona na edukację, integrację środowisk offowych oraz poruszanie trudnych tematów, takich jak zdrowie psychiczne w branży czy rola niszowych mediów.

O kulisach powstawania wrOFFa, przeczytacie w rozmowie z Jędrzejem Wołkiem – koordynatorem konferencji podczas wrOFF Showcase.


Dobrze, Jędrzej. Jestem tutaj dzisiaj też po to, żeby podpytać was o cały showcase i całe to wydarzenie. Jestem u was pierwszy raz. Bardzo rezonuje ze mną wasza inicjatywa. W tym roku działacie pod hasłem „Siła Alternatywy”. Gdzie wy tej siły szukacie? I gdzie, twoim zdaniem, szukają jej sami ludzie w muzycznym środowisku? Uważam, że nadchodzą czasy, w których ta najważniejsza rzecz związana z siłą alternatywy stanie się absolutnie kluczowa i wyjdzie na pierwszy plan.

Ta rzecz to są relacje. Muzyka alternatywna może się rozwijać głównie dlatego, że istnieją zaangażowani odbiorcy. Oni szukają czegoś innego – nie tylko w samej muzyce, ale też w relacji ze swoimi idolami i muzykami. Jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało: jeśli jesteś fanem Sanah, to jest to relacja bardzo jednostronna.

Wręcz parasocjalna.

Dokładnie tak. Natomiast jeśli jesteś fanem zespołu niszowego – weźmy na przykład formację Monsieur Premiere, której jestem gigantycznym fanem (dzięki czemu zresztą mam teraz w swoim składzie rewelacyjnego basistę, bo zaprosiłem go do wspólnego grania) – to w muzykę alternatywną możesz wejść znacznie głębiej. Po koncercie masz okazję podejść do muzyków, spotkać się z nimi i pogadać. I to nie na zasadzie: „cześć, jesteście super” i oni zaraz o tobie zapomną. To może przerodzić się w autentyczną, dłuższą relację. Bardzo często po występie po prostu siada się razem, pije piwo i rozmawia.

W dzisiejszym, cyfrowym świecie, nastawionym na social media i powierzchowność, wielu osobom bardzo brakuje takiego kontaktu. Stąd czerpię moje – być może trochę naiwne – przekonanie, że szczególnie teraz, w dobie rozwoju sztucznej inteligencji, ludzie będą mocniej poszukiwać prawdy. A zespół alternatywny może ją dać, bo nie musi kalkulować, że coś pójdzie nie tak. Może się w pełni otworzyć. Mainstreamowy wykonawca w każdym swoim ruchu musi patrzeć na to, jak zostanie odebrany. W alternatywie tego nie ma. Pojawia się tu przestrzeń na ludzki błąd, a to przecież błędy sprawiają, że jesteśmy ludźmi.

Absolutnie tak. To piękna rzecz i myślę, że warto w niej szukać siły.

Chciałem jeszcze powiedzieć coś do tego błędu, bo ważne, żeby to dobrze rozgraniczyć. Nie chodzi o błąd wynikający z braku umiejętności warsztatowych, tylko o coś, co jest naturalną cechą każdego występu na żywo i każdego elementu twórczego. Ten błąd zawsze się pojawia.

To ten błąd w opozycji do mainstreamu, który jest wymuskany, wyidealizowany, dopięty co do kroku i perfekcyjnie przećwiczony. Taki błąd powstaje tu i teraz. Artysta na scenie nie może przecież panikować: „miałem pójść w prawo, a poszedłem w lewo, teraz cały występ jest do wyrzucenia”.

Nie czarujmy się – jeśli zaczniesz na scenie myśleć o takich rzeczach, to najprawdopodobniej wyłożysz się na kilku następnych taktach. Każdy, kto trochę w życiu występował, wie, że aby koncert był naprawdę dobry, trzeba zdać się na pamięć mięśniową. Na scenie skupiasz się wyłącznie na przekazywaniu emocji, a nie na mechanicznym odgrywaniu dźwięków.

To prawda. Powiedz mi, czy wśród ludzi, którzy tu przychodzą z zewnątrz, czuć potrzebę tej alternatywy?

Wiesz, musimy trochę rozgraniczyć część konferencyjną naszego festiwalu od części stricte koncertowej. Są skierowane do różnego odbiorcy. Program konferencji od lat układamy tak, żeby był przydatny zarówno dla początkujących muzyków, tych z większym stażem, jak i dla innych działaczy z branży. Ta część jest więc bardzo mocno branżowa. Od dawna pozycjonujemy się jako showcase inny niż wszystkie. To nie jest impreza, na której zobaczysz gwiazdy z pierwszych stron gazet i porozmawiasz z największymi tuzami rynku muzycznego. Nie czarujmy się – ich trochę nie obchodzimy, więc nie przyjadą na wrOFF-a. Za to u nas możesz poznać i spędzić trzy dni z ludźmi, którzy robią na przykład offowe media (tak jak wy) albo zajmują się promocją i menedżerowaniem artystów będących na początku swojej drogi. Oni świetnie znają tę niszę.

Więc wracając do pytania, czy czuć, że ludzie potrzebują alternatywy: na konferencji zdecydowanie tak, bo wszyscy w tym środowisku działamy. Z drugiej strony, gdyby ludzie nie potrzebowali takiej muzyki, nie przychodziliby tak tłumnie na koncerty. Przed festiwalem zawsze najbardziej stresujemy się frekwencją na panelach konferencyjnych. O koncerty jesteśmy spokojni – wiemy, że renoma zespołów i samo miejsce przyciągną publiczność. Ludzie szukają nowości, choć w tak dużym mieście jak Wrocław zalew informacji i możliwości spędzenia piątkowego wieczoru jest ogromny. W normalnych okolicznościach, bez tego specjalnego „efektu festiwalowego”, zwykły odbiorca często wybiera co innego – idzie do wrocławskiego ZOO, które jest fenomenalne, albo do mojego ulubionego Centrum Historii Zajezdnia. Ale kiedy nadchodzi festiwal, nasze spoty i krótkie klipy artystów lecą na przykład w tramwajach miejskiego MPK i to generuje świetny ruch. Ja sam zresztą mogę nie być najlepszym przykładem przeciętnego widza. Mamy końcówkę maja, a ja zaliczyłem w tym roku już ponad 70 koncertów.

Ładny wynik jak na te kilka miesięcy.

Tak, to dla mnie też dość niezwykłe. Wynika to z tego, że wrOFF to już czwarty showcase, na którym jestem w tym roku, a na takich wydarzeniach zazwyczaj bardzo intensywnie biega się po klubach.

Po to też one są. Nawiązując do koncertów niszowych artystów i tego, że ludzie tłumnie na nich przychodzą – szczerze przyznam, że nie znam dobrze wrocławskiej sceny muzycznej, ale jestem tu dziś m.in. po to, żeby ją odkryć i miło się zaskoczyć. Czy Twoim zdaniem Wrocław ma jakąś swoją specyfikę muzyczną, charakter brzmieniowy, które wyróżnia tę scenę na tle innych miast?

Myślę, że każdy, kto trochę pojeździ na koncerty wrocławskich zespołów, przyzna mi rację w dwóch kwestiach. Po pierwsze, Wrocław ma niezwykle eklektyczną scenę. Znajdziesz u nas przedstawicieli ogromnej liczby gatunków grających na bardzo wysokim poziomie. Mamy spory odsetek muzyków jazzowych, którzy wplatają jazz wszędzie, gdzie się da, tworząc niesamowite hybrydy (choć pod względem takich jazzowych fuzji mocniejszym ośrodkiem jest chyba Trójmiasto). Druga sprawa to gitary. Parę lat temu wydawało nam się, że Wrocław odchodzi od gitarowego grania na rzecz elektroniki, ale te brzmienia natychmiast wróciły. U nas po prostu gra się gitarowo.

Mamy też dwa świetne ośrodki, które pomagają muzykom zrozumieć rzemiosło, produkcję i postprodukcję: Szkołę Muzyki Nowoczesnej oraz Tony. Dzięki nim ten najbardziej podstawowy poziom techniczny i producencki stoi u nas bardzo wysoko. A kiedy świetnie panujesz nad instrumentem i kumasz, jak buduje się utwór, możesz zacząć odważnie kombinować. Stąd biorą się genialne hybrydy, jak choćby zespół Safe Word, który otwierał nasz festiwal. Połączyli brudnego, mrocznego rocka w klimacie amerykańskiego country z utworami o wręcz musicalowym zaśpiewie. Coś takiego można usłyszeć chyba tylko u nas.

Brzmi jak piękna hybryda i bardzo pasuje mi to do klimatu Wrocławia. Architektura miasta, jego historia, te germańskie wpływy podświadomie kojarzą się z mocniejszym, gitarowym graniem. Zastanawiam się przy tym, jak ubrałbym w słowa scenę krakowską, z której pochodzę. To ciężki temat, bo w Krakowie nie ma teraz tak dużo gitar czy jazzu. Jest za to ogromny wysyp elektroniki i DJ-stwa. Poszło to mocno w stronę drum’n’bassu, techno, electro, dubów, przeplatanych lekkim alt-popem i shoegazem.

To ciekawy zwrot, bo kiedyś Kraków kojarzył się raczej z muzyką z „lekko zadartym noskiem” – z poczuciem artystycznej wyższości i klimatem Piwnicy pod Baranami.

O tak, ale ta Piwnica pod Baranami wśród młodych już zupełnie zanika. Ludzie chyba są już trochę zmęczeni tym historycznym lękiem Krakowa, tą całą galicyjską wiecznością. Młodzi chcą energii, a miasto ciągle powtarza: „nie, my jesteśmy historyczni”.

I to jest właśnie ogromny plus Wrocławia. Nasze miasto po wojnie było zrujnowane przez obronę Festung Breslau. Kiedy ruszyła odbudowa, architekci w czasach PRL-u tworzyli tu totalnie odpałowe, nowoczesne rzeczy: nasze Sedesowce (Manhattan) czy przede wszystkim Trzonolinowiec. Szkoda tylko, że wyburzono Solpol…

Solpol to wielki smutek, kultowy budynek. Ale fakt, Wrocław ma masę takich architektonicznych perełek.

Z drugiej strony pamiętamy też o historii i twórcach niemieckich. Taki Max Berg jest mocno wpisany w tożsamość miasta. Kompletnie nie interesuję się architekturą, a doskonale wiem, kim był i co projektował. To dobrze pokazuje, czym oddycha to miasto.

Odchodząc na chwilę od muzyki: jak trudno w dzisiejszych czasach tworzy się takie wydarzenia? Z jakimi wyzwaniami mierzycie się jako młodzi organizatorzy? Przyjeżdżając tutaj, poczułem, że wasz festiwal bardzo rezonuje z wartościami naszej Kakofonii. Sam lubię mniejsze, kameralne inicjatywy, gdzie można porozmawiać twarzą w twarz i czuć się swobodnie. Mam jednak poczucie, że przy obecnej konkurencji na polskim rynku tworzenie takich eventów musi być potwornie ciężkie.

To są zdecydowanie dwie strony medalu. Z jednej strony mamy świetne miejsce, które pozwala nam robić showcase na własnych zasadach. Przyjeżdżają do nas ludzie z Polski i z zagranicy, dzięki czemu możemy pokazywać im twórczość artystów z Dolnego Śląska – zarówno tych stąd, jak i tych, którzy przyjechali tu na studia i zaczęli budować lokalną scenę. Patrząc z tej perspektywy, ta praca przynosi ogromną satysfakcję. Z drugiej strony – nie ukrywamy tego – zmagamy się z ogromnymi problemami finansowymi. WrOFF spina się budżetowo tylko dlatego, że robi to kilku zajawkowiczów, którzy dają z siebie wszystko, a goszcząca nas przestrzeń dokłada do tego własne środki. W ciągu ostatniego roku staraliśmy się o 11 różnych grantów. Nie dostaliśmy ani złotówki – odmówiły nam zarówno instytucje lokalne, jak i ogólnopolskie.

Można by pomyśleć, że po prostu nie ma zapotrzebowania na takie wydarzenia, choć ja głęboko wierzę, że niosą one realną wartość. Jeśli robisz wydarzenie niszowe i nie idziesz na kompromisy, na które decydują się duże festiwale w Polsce, to masz pod górkę. Większość dużych showcase’ów zaprasza wielką gwiazdę i debiutującą w tym samym czasie. Ludzie idą na gwiazdę, a debiutant gra dla pustej sali, co jest zaprzeczeniem idei showcase’u. My od ośmiu lat (WROF istnieje od 2019 roku) staramy się tego unikać i promować wyłącznie młodych. Z roku na rok jest jednak trudniej, bo jako organizatorzy jesteśmy już dorosłymi ludźmi. Wciąż młodymi, ale mamy już swoje rodziny, zobowiązania i stałą pracę.

W tym roku montaże ruszały w poniedziałek – potrzebowaliśmy czterech dni fizycznej pracy przed startem festiwalu. I nagle okazało się, że nikt z nas nie może wziąć na ten czas wolnego w pracy. Chodziliśmy więc do swoich prac, a po godzinach przyjeżdżaliśmy tutaj i montowaliśmy wszystko do późnej nocy. Do tego doszły sytuacje losowe, z których można się już tylko śmiać. W trakcie montaży pochorowała się połowa wolontariuszy. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że przez cały rok pracuję umysłowo jako koordynator konferencji, a od czterech dni po kilka godzin na dobę noszę paczki, przestawiam sprzęty, załatwiam i pożyczam narzędzia. Wszyscy w zespole jesteśmy bardzo aktywni zawodowo.

Ja i Paweł wciąż jesteśmy czynnymi muzykami. Dziewczyny akurat nie grają, ale Ola przez lata menedżerowała zespoły, a teraz koordynuje nasz całoroczny cykl „Włącz się na nowe”. Oprócz tego Ala pracuje obecnie w trzech różnych agencjach w Europie, studiuje w Kopenhadze i jakimś cudem robi z nami wrOFF-a. Paweł jest dyrektorem klubu Łącznik, więc na co dzień ogarnia potężną liczbę koncertów. Ja prowadzę własne studio nagraniowe. Jestem mega wdzięczny, że robię to, co kocham, ale to wymaga masy czasu i energii. Większość naszych trudności dałoby się rozwiązać, gdybyśmy mogli po prostu zasypać je pieniędzmi. Ponieważ ich nie mamy, musimy bezustannie kombinować. Na szczęście robimy to w gronie fenomenalnych ludzi i mamy wolontariuszy, którzy pomagają nam w najgorętszym okresie. Ale bez mainstreamowych nazwisk zdobywanie budżetu to ciągła walka.

Mimo wszystko ogromnie się cieszę, że tutaj jestem i nadal jest możliwość, mimo trudu, na tworzenie takich wydarzeń. Mam nadzieję, że w przyszłych latach te furtki finansowe zaczną się przed wami otwierać, bo widać, że robicie to z gigantyczną pasją i otwartością na drugiego człowieka. Tego wam życzę!