Ponad miesiąc od wydania debiutanckiego albumu „Piosenki z filmów, których nie było” przyszedł czas na zakończenie trasy promocyjnej Michała od Kości. Finał niefilmowej przygody koncertowej obowiązkowo miał miejsce w rejonach najbliższych artyście – w sercu Śląska, czyli Katowicach.
Debiutanckie trasy i próby wybicia się na rynku muzycznym nigdy nie są proste. W trakcie realizacji pojawiają się wątpliwości: czy to, co robimy, przyciągnie słuchaczy z otwartymi sercami na nowe brzmienia, czy nasze dzieło jest wystarczająco dobre i czy uda się zrealizować zamierzone plany. Upór muzyka w realizacji swoich celów mimo obaw zasługuje na specjalne uhonorowanie – na Instagramie Michał podzielił się z fanami, że mimo rekomendacji osoby z branży, aby zrezygnować z koncertów z niską sprzedażą biletów, stanął przy swoim, nie zważając na to, ile finalnie osób będzie zainteresowanych ani jaki zysk przyniosą koncerty. Z mojego punktu widzenia (jako osoby, która już od kilku lat bywa na koncertach zarówno mniejszych, jak i większych artystów) takie zachowanie zasługuje na szacunek oraz jeszcze bardziej zachęca do wsparcia w przyszłych projektach.


Finałowy koncert w katowickim Piątym Domu przyniósł obecnym gratkę w postaci supportu – artysty z sąsiedzkiego, śląskiego podwórka o pseudonimie Paweł 2D. Mimo niewielkiej liczby utworów wydanych na Spotify (trzymam mocno kciuki za pojawienie się większej ilości), słuchacze nie mogli narzekać na nudę. Singiel „Trudno, spróbuj jeszcze raz” był jak otulająca kołderka w chłodny, wiosenny wieczór, pięknie wprowadzając spokojny, trochę melancholijny nastrój w klubie. Nie zabrakło również miejsca na szybsze, bardziej skoczne i elektroniczne numery, łączące w ciekawy sposób uczucie tęsknoty i nostalgii z żywym instrumentalem. Paweł chętnie opowiadał z radością o tym, co tworzy, żartując z publiką czy opowiadając o inspiracjach do danych utworów: od kultowego starego filmiku na YouTube po stracenie czapki w trakcie rejsu. Dwukrotnie popędziliśmy z muzykiem szybkimi motorami w stronę zachodzącego słońca podczas utworu „Kawasaki”, bujając się w trakcie słuchania i marząc o grupowej eskapadzie daleko od miasta. Z perspektywy słuchacza miło brało się udział w występie, podczas którego dwuwymiarowy Paweł z radością prezentował swoją twórczość, emanując dobrym nastrojem ze sceny.




Oświetlenie ze słonecznego, ciepłego żółtego zmieniło się w chłodne, melancholijne niebieskie. Ze sceny dobiegły dźwięki saksofonu sygnalizujące otwarcie występu gwiazdy wieczoru od „Piątków”. Jeżeli myślicie, że koncert będzie bardzo spokojny i stateczny, to jesteście mocno w błędzie: energia Michała od Kości od pierwszych sekund obecności na scenie była wyczuwalna w całym klubie. Obecni pod sceną chętnie tańczyli w miejscu do wykonywanych utworów, a artysta kręcił się po całej scenie, dając z siebie 200%. Pokaz niefilmowy był muzycznie bardzo urozmaicony: melancholijne, intymne utwory bywały przeplatane tymi bardziej pompatycznymi i energicznymi, dając mieszankę wybuchową porównywalną do bardzo dobrych efektów specjalnych w kasowych filmach akcji. Sporo było kontaktu z obecnymi – robienie konkursu na najgłośniejszą stronę pod sceną, gdzie zapamiętane zostały bardzo entuzjastyczne tyły, czy zapraszanie do tańca wszystkich obecnych podczas ostatniego utworu.






Z bólem serca każdy dobry film musi posiadać swój koniec – tak i tutaj ekipa, grając ostatni bis dla słuchaczy, zostawiła nas z uczuciem wypełnienia czymś wyjątkowym – robionym prosto od serca, szczerze i w zgodzie ze sobą. Michał od Kości jest wyjątkowym zwierzęciem scenicznym, dającym fanom koncert totalny: pełen emocji, dobrych wykonań i tsunami emocjonalnego, które wzbudza żądzę powrotu pod scenę w oczekiwaniu na kolejne muzyczne spotkanie. Jeżeli nie znacie twórczości Michała, to z całego serca polecam sprawdzić ją zarówno na streamingach, jak i wybierając opcję odsłuchu na żywo – dobry seans gwarantowany.



