Jaki jest najbardziej rozpoznawalny i kanoniczny shoegaze’owy utwór? Oczywiście Alison autorstwa Slowdive. I takie też było moje pierwsze skojarzenie gdy zespół Midsommar ujawnił tytuł swojego najnowszego singla. Co więcej, o rzeczonym Slowdive możemy przeczytać w prasówce:
ALICE — pierwszy singiel z naszego debiutanckiego albumu — to emocjonalna podróż w głąb żałoby. ALICE to muzyczna migawka świata tuż po stracie bliskiej osoby — chwili, w której wszystko wokół wciąż nosi ślady jej zanikającej obecności. Oszczędny, niemal szeptany wokal kontrastuje z gęstą, przestrzenną ścianą gitar, tworząc hipnotyczną, filmową atmosferę. Utwór balansuje między intymną ciszą a powolną, shoegaze’ową eksplozją dźwięku — przywołując surowe, gęste brzmienie My Bloody Valentine oraz eteryczną, melancholijną aurę Slowdive.
Złośliwi mogą pisać, że to jedynie odtwarzanie schematów i brak oryginalności, ale w tym przypadku muzyczni troglodyci będą po prostu w błędzie. „Alice” faktycznie przywołuje mnóstwo wspomnień mokrych nocy każdego shoegaze’owca, który wypłakiwał się w poduszkę przy dźwiękach albumu Souvlaki, ale nie ma w tym nic złego. Korzystanie z kanonicznych zabiegów w muzyce wymaga ogromnej świadomości, wiedzy i szacunku wobec materiału źródłowego, by stworzyć coś nowego, a jednocześnie przywołującego skojarzenia z pierwowzorem. Midsommar to nie Slowdive — i choć w „Alice” garściami czerpią z ich dokonań, nie tworzą nieudanej kopii. Zamiast tego przekazują autentyczną shoegaze’ową duszę i konsekwentnie umacniają swoją pozycję na polskiej scenie gitarowej.