Dziś Międzynarodowy Dzień Jazzu! Został ustanowiony w 2011 roku przez UNESCO, aby upamiętniać i celebrować korzenie tej sztuki oraz osoby, które ją kreowały i wciąż kreują. Skąd wzięła się ta muzyka? Ta sama, która dla jednych jest sensorycznym koszmarem, a drugim przynosi ukojenie i sięga w miejsca, do których nie dociera nic innego?
Wyobraźmy sobie początek XX wieku w Nowym Orleanie. Ciasny, zadymiony lokal gdzieś w Storyville. Segregacja rasowa obowiązuje, ale zaczyna drżeć w posadach. Zmęczenie opresją, wykluczeniem i bólem są częścią atmosfery jak tlen i azot. Okoliczności nie są ani łatwe, ani przyjemne, mimo tego duch pozostaje niezłomny. Soul wylewa się z muzyków, mieszając się z harmidrem dobiegającym z sali.
Zmęczone oczy patrzą na nuty, palce posłusznie przesuwają się po tłokach trąbki. Muzyka wydobywająca się z instrumentów jest wybitna, ale czegoś jej brakuje. Serce, które niesie w sobie pokolenia okrutnej opresji, zaczyna bić mocniej; zapragnęło zmiany — teraz, tutaj, na tej scenie. Dłonie drżą, wzrok odrywa się od nut i szuka reszty zespołu. Ciało już wie, że coś się wydarzy i nie da się tego zatrzymać. W oczach iskrzy światło, usta przyciśnięte do ustnika układają się w półuśmiechu. Każdy pogrążony jest w swoim świecie — niby razem, a jednak osobno — odgrywa swoją partię.

Gdzieś pod koniec utworu z trąbki wydobywa się inny dźwięk niż zazwyczaj. Nikt poza resztą muzyków się nie orientuje. Mimo że ich koledze to się nie zdarzało, uznają to za omsknięcie palca. Po chwili — kolejne odchylenie od dotychczasowej melodii. To brzmi za dobrze, zbyt świadomie jak na kolejny błąd. Zdziwione spojrzenia unoszą się i kierują w stronę trąbki. Trąbka odpowiada uśmiechem i zadziornie zagrywa wysoką nutę. Dezorientacja reszty powoli ustępuje.
Kolejny planowany utwór się nie zaczyna. Oczy nie patrzą już w nuty — świecą jasno, szukają swoich towarzyszy. Instrumenty opowiadają swoją historię, tworząc ją na bieżąco, a ciała są jedynie kanałem umożliwiającym przepływ. Wolność jest instynktem nie do zdarcia — zawsze znajdzie swoje ujście. Na początku XX wieku w Nowym Orleanie znalazła je w jazzie.

Ten gatunek nie ma jednego twórcy. Powstał, bo muzycy zaczęli grać tak, jak chcieli i czuli. Przybył do nas już po wielu wpływach i ewolucjach. Louis Armstrong, Miles Davis, John Coltrane, Ornette Coleman, Chet Baker; Ella Fitzgerald, Billie Holiday, Nina Simone, Sarah Vaughan. Każdy i każda z nich — oraz wielu innych genialnych muzyków i muzyczek — zmieniali jego oblicze, nie naruszając trzonu. Obecność kobiet w jazzie jest tym bardziej znacząca, że poza przeszkodą rasową musiały pokonać także barierę płci. Jazz pojawiał się wszędzie tam, gdzie trzeba było postawić opór opresji — w Polsce również.
Pierwsze ślady jazzu można u nas znaleźć już po I wojnie światowej, jednak to w czasach stalinowskich sięgnął do korzeni, z których się wywodzi. W okresie terroru jazz był postrzegany jako nabytek wrogiej kultury Zachodu. Koncerty odbywały się po kryjomu, płyty były sprowadzane nielegalnie, a muzycy obchodzili cenzurę, jak mogli. Z czasem jednak w większych miastach zaczęły się pojawiać festiwale i pierwsze stowarzyszenia. W Krakowie jazz zaczął się rozwijać po II wojnie światowej, natomiast jego prawdziwy rozkwit przypadł na lata 50. i 60. Kultowym miejscem była Piwnica pod Baranami, w której przestał być muzyką do tańca i przeplatał się z innymi eksperymentalnymi formami.
Gdy mówimy o polskim jazzie, na myśl przychodzą takie postacie jak Tomasz Stańko, Michał Urbaniak, Krzysztof Komeda, Artur Gold, Zygmunt Karasiński czy — ciekawostka! — pisarz Leopold Tyrmand, który zorganizował historyczny „Jam Session Nr 1” w Warszawie w połowie lat 50.

Dzisiaj jazz ma tak wiele form, jak wielu artystów go tworzy. Jest na całym świecie, miesza się z elektroniką, rockiem, popem i sam ze sobą. Przenika przez klasy, etniki, kultury, płcie i tożsamości. To nie zawsze jest lekka muzyka i w tym leży jej wolność, i za to najbardziej ją doceniam. Jest takie stwierdzenie, że do jazzu trzeba dojrzeć i czasami faktycznie tak jest. Dojrzałość w tym przypadku rozumiem jako gotowość na bycie sam na sam z muzyką; pojemność na różne formy ekspresji inne od naszych; traktowanie muzyki podmiotowo, a nie przedmiotowo.
Na pożegnanie zostawiam Wam wspaniały przekrój nowej fali polskiego jazzu — album Generacja Jazz. Płyta wytwórni U Know Me Records skupia młodych artystów i poza zaproszonymi zespołami (m.in. Immortal Onion czy Klawo), można usłyszeć Kosmos oraz quietet, czyli grupy wybrane w otwartym konkursie (w jury: Monika Borzym, Paulina Przybysz, Envee, Wojtek Mazolewski i Marcin Groh Grośkiewicz). Polski jazz ma się wyśmienicie i ten album jest tego przykładem.
Nowe pokolenie robi jazz tak, jak powinno się go robić, czyli po swojemu. Miksują go z muzyką elektroniczną czy hip-hopem i nawet jeśli na chwilę znikają trąbki i saksofony kojarzące się z nowoorleańskimi pubami, to wciąż wybrzmiewa bezwzględna wolność — a to przecież o nią chodzi.
zdjęcie z baneru: https://louisianastatemuseum.org/jazz-collection-photography-and-film