Michał od Kości – Piosenki z filmów, których nie było

2026-04-21 Natalia Drymlak

Co przyciąga mnie w muzyce? Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to możliwość zmierzenia się ze swoimi emocjami w formie kreatywnej, aby znaleźć w niej zrozumienie i ukojenie na ranne serducho, kiedy nie jest dobrze.

Mogę śmiało nazwać się muzyczną szczęściarą – dotychczas miałam ogromnego farta na trafianie na twórczość artystów, którzy pięknie rezonują z moją wrażliwością na to, co nas otacza. Będąc w ubiegłym roku na Scenie nad Rusałką (corocznej imprezie w Poznaniu – darmowych koncertach małych artystów w sezonie wakacyjnym nad tytułowym jeziorkiem), w celu posłuchania występu Jakuba Skorupy, miałam okazję zobaczyć Michała od Kości prezentującego swój dorobek artystyczny. Artysta pochodzący z Mysłowic bardzo zainteresował mnie swoją twórczością, kreując nostalgiczny i refleksyjny nastrój oraz wykonując swoje utwory na klawiszach i gitarze. Pogoda pięknie się w to wkomponowała, przywołując różowy zachód słońca nad jeziorem.


Rzucając się w głąb twórczości Michała, czułam się bardzo zajawiona na pierwszy longplay w historii artysty. „Piosenki z filmów, których nie było” to wyjątkowy ukłon w stronę naszych nostalgicznych wspomnień – marzeń, tych spełnionych, jak i tych, które zostały w naszych głowach. Autor staje przed słuchaczem, odsłaniając swoją skorupę i pokazując siebie od autentycznej strony.

Otwierający krążek „Piątek” bez hamulców stawia słuchaczy przed koniecznością zmierzenia się z życiowymi wątpliwościami, które są nieodłącznym elementem naszej drogi. Zmartwienia autora brzmią dla odbiorcy bardzo uniwersalnie i pozwalają spojrzeć na nasze trudności z innej, może nawet pozytywnej perspektywy.

Nostalgia mocno przebija się w „Butelkach”, które z lekkością przypominają ciepłe i beztroskie lato, zanurzając się w dziecięcych wspomnieniach i zaglądając w nie z perspektywy osoby już starszej, bardziej doświadczonej życiowo. Nie możemy także zapominać o wcześniej znanych słuchaczom numerach, jak lekki i gitarowy „Killer” czy pompatyczne „Dzisiaj raczej nie sprzątam”. Końcówka albumu dostarcza emocjonalnego zakończenia, darząc nas skojarzeniem z ostatnimi minutami bardzo dobrego filmu, który zostaje z nami po wyjściu z sali kinowej.

Ogromną siłą albumu jest warstwa liryczna – przy przygotowywaniu tego wpisu miałam przy sobie wydanie fizyczne (pięknie zaprojektowane przez Jakuba Tokarza) i łapałam się na powracaniu do książeczki z tekstami oraz czytaniu każdego z nich po kilka razy. Utwory bronią się nawet po pozbawieniu ich melodii – czyta się je jak dobrą poezję.


„Piosenki z filmów, których nie było” są jak wyjątkowy film ukazujący życie: wzloty i upadki, ogrom emocji oraz zmierzenie się z tym, co może być dla nas trudne, by następnie przejść do chwil radosnych, na które spoglądamy z uśmiechem na twarzy. Słuchając całości, leżąc w łóżku wieczorową porą, z kubkiem ulubionej herbaty obok, trudno było nie wyobrażać sobie scen filmowych czy serialowych, do których można by użyć tych utworów. Michał niesamowicie maluje muzycznym pędzlem po wyobraźni, tworząc w naszej głowie piękne obrazy, które poruszają przy obcowaniu z krążkiem. Tutaj jest jak z dobrym filmem: płyta zostawia w nas ślad, odczuwamy niedosyt i pragniemy wrócić do przeżywania tego dzieła, marząc, aby móc przeżyć poznanie tych utworów po raz pierwszy.